Pudełko

Kiedy byłam mała, nie lubiłam chodzić do przedszkola. Teoretycznie wszystko było w porządku, ale gdzieś tam rodziła się już niechęć do ludzi. Bo ja w zasadzie nie lubiłam ludzi. Tłum wywoływał u mnie ból głowy, nigdy nie wiedziałam co powiedzieć i wciąż czegoś ode mnie wymagano. Kiedyś przewróciłam się na jednej ze ścieżek naszego dużego placu zabaw na obrzeżach Manchesteru. Dopiero kiedy się podniosłam, zauważyłam, że to jeden z chłopców mnie popchnął. Był starszy o rok i niewiarygodnie wielki w porównaniu do mnie. Wychowawczyni pogroziła mu palcem, ale od razu wypuściła, zwłaszcza, że nic mi się nie stało – miałam tylko obdarty nadgarstek. Chłopiec pokazał mi język ponad jej ramieniem i pobiegł w drugą stronę. „Chłopcy tacy są, silniejsi”, usłyszałam wtedy. Pokiwałam głową i wróciłam na ścieżkę. Potem znalazłam go, podłożyłam mu nogę, a potem wdeptałam w trawnik. Miałam pięć lat. Matka nie powiedziała ani słowa.

 

Może sposób nie jest właściwy, ale pozwala osiągnąć cel, prawda?

 

            Budzą mnie strzały. Karabin maszynowy, ciężki. Ostrzeliwał barykadę, za którą leżałam. Kilka metrów obok wybuchł granat. W nikogo nie trafił. Ciężko odkleiłam od cementu policzek oblepiony krwią. Sprawdziłam twarz, rozcięcie pod okiem, niewielkie, już wyschło. W moim lekkim karabinie brakowało amunicji, ale i tak przewiesiłam jego pas przez ramię. Otarłam nos rękawiczką i kucnęłam, przeszukując ziemię wokół mnie. Pod płachtą nadpalonej blachy znalazłam wyrzutnię z jednym załadowanym granatem, zanim świadomość dopasowała się do nowej sytuacji, instynkt podniósł mnie i rzucił kilka kroków naprzód, obok barykady. Wystrzeliłam granat na dach sąsiedniego budynku, z którego nas ostrzeliwano. Wybuchł natychmiast, spalając karabin, a podmuch wyrzucił dwójkę ludzi poza krawędź. Wśród ostatnich kul dało się słyszeć kilka przekleństw, dopiero po chwili zapadła cisza. Nie głucha, gdzieś w oddali nadal strzelano i ktoś nadal przeklinał, ale tutaj mogłam stanąć prosto, zdjąć hełm i pozwolić twarzy ochłodzić się podmuchem wiatru, nawet jeśli ten pachniał siarką. Ktoś krzyknął: „Na dół”, ale wzruszyłam ramionami. Dopiero po chwili postanowiłam zejść na niższe piętro po schodach pożarowych. Były stare i zardzewiałe, skrzypiały przy najmniejszym poruszeniu, ale wciąż ufałam ich stabilności. Na piętrze znalazłam łazienkę. Woda była chłodna i czysta, mogłam się orzeźwić i napić, potem oczyścić ranę. Za szafką z lustrem znalazłam nawet stary plaster. Naklejałam go, śmiejąc się ze swojej ostrożności i syków – kiedy ja poprawiałam swój policzek, ktoś właśnie stracił nogę i wykrwawiał się na śmierć. Lub spadł z budynku, na który ktoś wyrzucił granat. Ale w sumie sami podjęli wyzwanie, prawda? Naprawiłam jeszcze koka, chociaż nie zakładałam już hełmu. Spojrzałam na chwilę w lustro, wyśmiałam swoje podkrążone, nieludzko błękitne oczy, patrzące w taflę bez szczególnego wyrazu, później zwyczajnie wyszłam przez drzwi i zjechałam na dół windą. Zabawne, że wciąż grała w niej muzyka. Jakaś opera? Nie potrafiłam sobie przypomnieć. Sytuacja kazała mi się śmiać, śmiać tak głośno, aż ktoś usłyszy, czekałam tylko na mgłę i ciemność, gdybym rozpoznała Silent Hill, mogłabym pomyśleć, że to sen. Ale przecież… ja też sama się na to pisałam. Tym żyłam i to potrafiłam robić. W czym problem? Pokręciłam głową. Oszukano mnie.

Wyszłam z budynku już o wiele ostrożniej, z lękiem potrząsając pustym magazynkiem. Poczułam dziwną mieszaninę strachu, ulgi i gniewu, może też odrobinę smutku, potykając się o ciało jednej z koleżanek z mojej drużyny. Może to ona krzyczała? Cóż, to był ostatni raz. Nie znałam jej dość dobrze, aby paść na kolana z rozpaczy. Wiedziałam, że jest nasza, po białej naszywce na rękawie. Nawet nie pamiętałam jej imienia. Szybko zabrałam całą jej amunicję i załadowałam magazynek, przytwierdziłam też do pasa jej Glocka, gdyż swojego zgubiłam wcześniej. Za drzwiami znów poczułam siarkę i krew, ale czułam się o wiele pewniej. Pierwszy nadbiegł Thomas, przynajmniej zdawało mi się, że takie nosił imię. Niski, ruchawy szatyn, dziwnie młody, jak na tę profesję. Przypominałby mi pewnie młodszego brata i wywołał jakieś siostrzane uczucia, ale nie miałam młodszego brata. Dostał dwa szybkie strzały prosto w serce, aby upadł szybko i bez dźwięku. O oszczędzeniu bólu starałam się nie myśleć. Osunął się wzdłuż ściany budynku, w wąskim przejściu, którym akurat przechodziłam. Pechowy traf. Odwróciłam się na kilka sekund, w sam raz, żeby powalić Władimira krótką serią w brzuch. Mnie nie zachodzi się od tyłu. Tak, zdecydowanie zabawne myśli miałam w tamtej chwili. Przy Philu przez moment się zawahałam. Szedł szybko i jakby lekko przestraszony, odgarniając rudą grzywkę. Niemal mnie nie zauważył. Miałam nadzieję, że nie zauważy. Zdziwił się, kiedy dostrzegł kierunek mojego marszu. Wyciągnął broń. Zbyt wolno. Jego naprawdę przez chwilę było mi szkoda. Raz współpracowaliśmy, nie mogłam znaleźć powodu, dla którego powinien zginąć… Źle wycelowałam. Ja. Co się stało? Dość, że dostał w nogę. Zatrzymałam się nad nim, jakbym miała go dobić. Kiwnął głową. Był w przeciwnej drużynie. A ja westchnęłam. To niepotrzebny problem, niepotrzebne skrupuły, ale przecież w normalnej sytuacji nigdy bym do niego nie strzeliła. On nie był taki, jakich wybierałam. Powinnam odmówić strzału. Powinnam go ocalić. Kucnęłam i rozdarłam nogawkę. Ani śladu kuli, musnęła tylko mięsień, zostawiając krwawy ślad. Phil obserwował mnie bez ruchu, chociaż nie wypuścił dłoni z rąk. Wiedział. Wiedział, że nigdy bym nie chybiła. Wytargałam z buta kawałek swojego materiału i zawiązałam go wokół rany. Nawet nie syknął. Mniej poważne, niż policzek, prawda? Spokojnie wytarłam okrwawione palce o jego nogawkę i wstałam, poprawiając kamizelkę. Dopiero potem spojrzałam mu w oczy, niebieskie jak moje, zmrużone i oczekujące. Oddychał nieco ciężej.

 

– Wyjście jest oczywiście w stronę, w którą nie pójdziesz – powiedziałam cicho, biorąc do rąk karabin. – Ale możesz przeczekać tam, skąd wracam. Jest jedzenie i gra muzyka. Jeśli wycelujesz w drzwi, nikt nie wejdzie.

 

Pokiwał głową.

 

– Jak długo? – spytał zachrypniętym głosem, po czym opluł ścianę obok i zaczął się podnosić.

– Zależy, jak szybko załatwię sprawę – podałam mu rękę.

 

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale wzruszył ramionami i pokuśtykał w kierunku, z którego tu przyszłam. Kiedy ruszyłam już naprzód, zawołał jeszcze:

 

– Osiem miesięcy temu, kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, wiedziałem.

 

Zanim się odwróciłam, znikł już na klatce schodowej.

Ktoś wybiegł z prawej ścieżki, a ja strzeliłam, zanim zdążyłam pomyśleć. Anderson. Z mojej drużyny. Nie zraniłby mnie. Ale kazałby mi iść w drugą stronę. Nie patrzyłam na niego długo, ale ruszyłam naprzód.

Kilkaset metrów dalej spotkałam Jeffreya. Należał do przeciwnej drużyny, czerwona naszywka niemal błyszczała w sztucznym świetle latarni, tak samo jak jego niemal białe włosy i wypolerowana lufa karabinu. Gniewnie spojrzałam na żarówkę, potem na słońce, które w tym momencie chowało się dokładnie za ścianami wieżowców. Jeffrey mógł obejść budynki przeciwną ścieżką i nie spotkać mnie, teoretycznie więc również szedł pod prąd. Odgarnęłam włosy i opuściłam karabin. Byłam czujna, ale miałam przeczucie, dziwne drżenie w kościach, niemoc w palcach.

 

– Hej, przystojniaku! – zawołałam zrezygnowanym głosem, podchodząc bliżej.

 

Dostrzegłam jego szeroki uśmiech. Uniósł broń, a potem z premedytacją rozstrzelał wszystkie pięć żarówek, wiszących u lamp przy żywopłocie. Parsknęłam.

 

– Nie wierzę – zaśmiał się, zdejmując i otrzepując rękawiczki, ale nie zdejmując ze mnie wzroku. – Betty Black we własnej osobie. Miło mi cię wreszcie spotkać. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego nie nazywają cię Betty White? Bardziej pasowałoby do ciebie.

– Betty Red brzmi całkiem fajnie – odparłam, zahaczając o niego drapieżnym wzrokiem, zanim zdrapałam z kołnierza kurtki zaschniętą krew. – Ale podejrzewam, że to dlatego, iż noszę czerń. Albo dlatego, że tak wpisałam sobie w dowodzie.

– Zły kierunek, Betty.

– Wiem. Chociaż… może nie do końca? – uniosłam brew, kiwając głową w stronę ścieżki biegnącej na zachód.

– Dlaczego nie do końca?

– Bo to mój kierunek

 

Wyminęłam go i weszłam na drogę. Brak czujności. Nie zdążyłam podnieść broni, kiedy zza zakrętu wybiegł Akihiro. Japończyk z białą naszywką, bez żadnych skrupułów, który wycelował prosto w nas obu. Jeffrey był szybszy, powalił go celnym strzałem w głowę, krew bryznęła na ścianę, a ja zachwiałam się i oparłam o żywopłot. Byłam strasznie zła na siebie. Aki irytował mnie od lat, widocznie ja jego też. Ale na czym polegała na cholerna gra? Przyjaciel chce mnie zabić, a wróg ratuje? Wyprostowałam się, spojrzałam na niego. Patrzył na mnie z uniesionym kącikiem ust.

 

– Los sprzymierzeńców przypieczętowany – stwierdził, ruszając moją ścieżką.

 

Pobiegłam za nim, dopóki nie zrównaliśmy kroku.

 

– Więc, Jeffrey…

– Mów mi Jeff, możesz to również krzyczeć.

 

Zaraz po śmiałym komentarzu zarumienił się lekko, a ja ze zrozumieniem pokiwałam głową. Słońce wyłaniało się zza chmur, jeszcze nie robiło się pomarańczowe.

 

– Więc, Jeff… lubisz stare magazyny i energiczne oczekiwanie?

 

Uśmiechnął się, nie patrząc na mnie i pociągnął nas w stronę jednego z garaży.

 

*

 

Opuściliśmy go godzinę później, uśmiechnięci. Słońce było już nieco niżej.

Wybraliśmy. Ścieżka była kręta, ukryta wśród żywopłotów, przypominała labirynt. Wciąż słyszałam strzały, z jednej strony bliższe, z drugiej – tą drogą nie dało się ich odnaleźć. Kiedy na naszej drodze pojawiał się ktoś, znikaliśmy. Tutaj nie było żadnej krwi.

 

– Zmiana sposobu?

– Byłam nieco otępiała, teraz myślę trzeźwiej.

 

Pozwolił sobie na lekki uśmieszek. Mimo wszystko, nazywałam się Betty Black.

 

– Ach tak? – usłyszałam jeszcze, zanim uderzyłam trzepnęłam go w nerkę.

 

Musieliśmy przyspieszyć.

Problem leżał gdzie indziej. Problem był taki, że tych ludzi nawet nie znałam, a sytuacja niczego nie wymagała. Wolałam nie zagłębiać się w meandry własnego umysłu, byłam beznadziejna w relatywizmie. Moje działania nie miały większego sensu. Kiedy byłam młoda – ćwiczyłam. Na wszystkim. Na szczęście miałam rozsądną nauczycielkę. Kiedy musiałam zarabiać – zarabiałam, chociaż niezbyt chwalebnie. Dosłownie po trupach weszłam na szczyt, na którym teraz jestem. Teraz zabijam tylko, jeśli chcę i tylko, jeśli uważam to za wystarczająco słuszne. Wyrzucam zlecenia ludzi poirytowanych i zbyt pewnych siebie, którzy pragną czyjejś śmierci dla własnej chorej satysfakcji lub z kaprysu. Przyjmuję zlecenia ludzi zdradzonych i cierpiących, zabijam morderców. Można powiedzieć – więc po prostu zabijasz, prawda? Tak, dokładnie tak. Dokładnie tak wygląda to z boku. Właśnie dlatego nie lubię o tym myśleć. W niewielkiej przestrzeni mojego sumienia, do której daję sobie dostęp, głos mówi „kończysz łańcuch zbrodni” i tego się trzymam. Wizerunku dziewczyny przecinającej łańcuch. Udowadniającej, że może, że jest świetna, że wyrzuty sumienia to nie rzecz.

 

W końcu osiągam cel, prawda? Prawda?

 

Ta misja jest inna. W drugiej chwili to w ogóle przestała być misja. Ktoś zebrał nas wszystkich, tych przecinających łańcuchy i tych brutalnych i potwornych, zebrał nas w grupy, omamił nasz wzrok, zamknął w pudełku. W tym pudełku nie ma miejsca na więcej niż jedną, ewentualnie dwie osoby. Jako naturalni drapieżnicy mamy za zadanie się powyrzynać. W pełnym słońcu i zapachu siarki.

 

Jestem oszukana. Każdy z nas jest oszukany. Wyzuty ze wszystkiego, co posiadał i co chroniło go przed wnętrzem swojej własnej głowy. Zabijałam i prułam naprzód, a własna religia i część sumienia, którą trzymałam zamkniętą, zżerały mnie od środka. Krzyczały w mojej głowie. Sprawiły, że sama dla siebie stałam się bezwartościowa. Stanęłam w miejscu, zamiast myśleć o sobie jako bogini wyzwolenia, wróciłam do siebie sprzed dziesięciu lat. Do niepewnej, straconej społecznie dziewczyny, która miała do wyboru skoczyć z dachu lub zmienić nazwisko i wybrać drogę, do której dążyła. Trzeba było tylko zamknąć sumienie na klucz. Raz się udało. Teraz zdawało się to trochę niemożliwe.

 

Ale sumienie to jedna rzecz, a dzisiejszy cel i jego osiągnięcie – całkiem inna. Zamknięcie w pudełku może cofnąć cię o dziesięć lat, ale czy o nich zapomniałam? Nie.

 

Każdemu z nas kazano iść na przyjaciół z kolorowym materiałem na rękawie. Aby przyjaźń też straciła smak i wartość.

 

Kazano nam się mordować, więc co zrobili buntownicy? Kochali się. W starym, opuszczonym garażu, na masce samochodu.

 

Rozstrzeliwaliśmy każdą kamerę, aby nikt nie wiedział, że jest nas dwoje. Plecami do siebie, miarowo. Raz ja patrzyłam w tył, raz on. Nie oszczędzaliśmy strażników. Przepraszam. Za późno na to. Po schodach zszedł Pete, patrząc na nas uważnie. Był z mojej drużyny. Znajdował się tam, gdzie nie powinno go być.

 

– Ja… – zatrzymał się, przygryzając wargę.

 

Jeff czekał na mnie cierpliwie, wyglądając strażników i niezauważonych kamer.

 

– Peter…

– Ja… Bet, naprawdę…

– Wyjdź. Teraz.

 

Spojrzał na mnie niemal z bólem. Westchnął. Ominął nas szybkim, sprężystym krokiem.

 

– Będę stał przy drzwiach – powiedział, mrugając do mnie.

 

„Zawodowa solidarność?”, zapytałaby moja matka. Wyobraziłam ją sobie, bladą, suchą, w trumnie. Na górze grała muzyka. Nareszcie sobie przypomniałam. Upiór w Operze.

 

            W środku, na skórzanej kanapie, siedziały dwie kobiety. Całowały się niecierpliwie, czochrały swoje włosy i podciągały sukienki. W kominku palił się ogień, mimo ciepła na zewnątrz. Może tak było bardziej dramatycznie? Chrząknęłam. Nie odskoczyły od siebie jak nastolatki, ale nie zdołały ukryć zaskoczenia. Usiadły prosto, obie odgarnęły do tyłu blond włosy i starły rozmazane ślady szminki. Były do siebie całkiem podobne.

 

– Beatrice! – zawołała Tylor, tajemnicza bizneswoman, twórczyni mojej drużyny. – Nie spodziewałam się ciebie tutaj. I ten uroczy, młody dżentelmen…

– Nie taki uroczy i nie taki młody – zachichotała druga. Miała o wiele cieńszy głos. – Jeffrey.

– Cecile.

– Miło cię widzieć.

– Przykro mi, że nie mogę się odwdzięczyć tym samym.

 

Tylor zachichotała, sięgając po wino.

 

– Jeśli ktokolwiek miał się tu pojawić, to z pewnością nie ty, Beatrice. Nie, żebym nie doceniała twojego intelektu, ale po drodze tylu strażników…

– Ja ich zestrzeliłem – wtrącił Jeff, mrugając do mnie.

– No tak – pokiwała głową w moja stronę. – Może ty jesteś po prostu na to za dobra?

 

Wytrzymałam jej wzrok ze stoickim spokojem i wzruszyłam ramionami, chociaż krew wrzała mi w żyłach. Nikt nie będzie mi mówił, do czego się nadaję. A już na pewno nie Tylor.

 

– Dlaczego to wszystko?

– Och, kochanie. Nie uważasz, że wasz fach stał się nieco… zbyt popularny? Zbyt rozlazły, oficjalny, podzielony. Światu w zupełności wystarczy kilku płatnych morderców.

 

Zgromiłam Cecile wzrokiem.

 

– Zabójców – poprawiłam z niemiłym uśmiechem.

 

Blond flądra pokiwała głową i wstała, kierując się w stronę barku. Kiedy Tylor zwróciła nasza uwagę gwałtownym ruchem, ta rzuciła się do naszych pleców z paralizatorem. Zdążyłam przyłożyć jej w twarz, zanim upadłam i zwinęłam się w kłębek. Cholera, tak dać się podejść w samym gnieździe. Jesteś idiotką, Betty. Kopnęła mnie jeszcze, zanim usiadła obok kochanki.

 

Nie wiedziałam, jak to wszystko dalej się potoczy. Kilometr dalej, wśród ścieżek, żywopłotów i kwadratowego, wyłożonego kostką dziedzińca, nasi przyjaciele i wrogowie rozstrzeliwali się, smarując ziemię krwią. Ja przyszłam tutaj, oczekując czegoś innego. Ale widocznie czekała na mnie tylko śmierć.

 

Szkło rozprysło się. W jednej chwili szyba wpadła do środka w ostrych, nieregularnych kawałkach. Ominęły nas, leżących na podłodze i schowaną za oparciem flądrę, pocięły rękę Tylor, która znów sięgała po wino. Do środka wpadła kobieta, na oko trzydziestoletnia i wyraźnie zmęczona, o ciemnych, poplątanych włosach, z błyskiem w oku. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie to, że miała na sobie ciemny, obcisły materiał niewiadomego pochodzenia i wleciała przez dziurę po wspomnianej szybie. Otrzepała się z kurzu, niedbałym ruchem ręki całą naszą broń ustawiła pod ścianą. Pasek karabinu boleśnie przesunął mi się po skórze. Ogień w kominku zgasł. Ciszę przerwało łkanie Tylor. Nieznajoma kobieta odgarnęła włosy i westchnęła teatralnie.

 

– Mam na imię Julia i słyszałam, co się tutaj dzieje. Przyszłam, aby zaprowadzić porządek.

 

Jeff próbował coś powiedzieć, ale uciszyła go syknięciem.

 

– Zabójcy nie muszą się wypowiadać, wszystko wiem. Kazałam im przestać. Otworzyłam te cholerne, pancerne drzwi. Poszli już sobie. Nie słyszycie, że strzały ustały?

 

Mruknęłam coś pod nosem, drugi raz dzisiaj podnosząc się ze skulonej pozycji. Wymacałam plaster, który mimo wszystko jeszcze się trzymał.

 

– Zostało jeszcze kilka wyjść na hasło, mogłabym to w sumie zostawić, skoro już się nie zabijają, ale pomyślałam, że ukaram złoczyńców. Panno – zwróciła się do Tylor – proszę otwierać drzwi.

 

Tylor spojrzała na nią w ciężkim szoku, ale pokiwała głową i chwyciła za telefon.

 

– Czy godzi się zrobić tu coś jeszcze?

– Nie znasz się – wyjęczałam przez łzy.

 

Spojrzała na mnie z pogardą.

 

– Powinniście zakończyć swój proceder…

– Wyjdź – odezwała się Cecile jeszcze bardziej piskliwym głosem. – Po prostu wyjdź.

 

Nie byłam pewna, czy to dobre rozwiązanie. Mimo wszystko.

 

– Przybyłam tu, aby skończyć z bezprawiem, nie, żeby wychodzić na twoje polecenie, flądro.

 

Mimo wszystko, Julio…

Nikt nie zwrócił uwagi na Jeffa. Na Jeffa, który odzyskał swoją broń i pociągnął za spust. Po krótkiej serii, w drzazgach mebli i rosnącej kałuży krwi, Cecile i Tylor padły bez życia. Druga zdążyła otworzyć drzwi, druga krzyknąć. Julii nie stało się nic. Popatrzyła na nas w lekkim szoku, prosto w lufę karabinu Jeffa. Po chwili mierzenia się na spojrzenia, Jeffrey opuścił broń i wstał, podając mi rękę. Przyjęłam ją.

 

Sprawiedliwości stało się za dość?

 

– Dokładnie tak, jak nie chciałam, żeby się stało – wymruczała Julia, ale i tak wzruszyła ramionami.

 

Strzały. Znów padły strzały. Mimo, że wyjścia były już otwarte.

 

Zwierzęta w kokardkach, mordercy z naszywkami.

 

Potrząsnęłam głową.

 

– Nie słyszysz? Idź. Tam panuje morderstwo.

– Nie wiem już, gdzie powinnam iść.

– My zajmiemy się resztą.

– Wy? – zaśmiała się. – Wy jesteście nikim. Uważacie się za dobro? Wykorzystujecie zło. Jesteście źli. Powinnam zostać, nie iść. Powinnam ukarać was.

– Nie uważamy się za nic – powiedziałam spokojnie. – A ty być może powinnaś.

 

Spojrzała mi w oczy, po czym skierowała się w stronę okna, bez słowa.

 

– Julio?
Stanęła, patrząc na mnie w oczekiwaniu.

 

– Budynek numer jeden, Phil, proszę.

 

Zanim zniknęła, skinęła głową.

 

Przez chwilę chłonęliśmy ciszę. Strzały cichły, przynajmniej w naszych głowach. Świat się kończył i zaczynał jednocześnie.

 

– Cóż – zaczął Jeff, podając mi broń. – Ja też będę się już zbierał.

 

Uśmiechnęłam się.

 

– Do zobaczenia w Sztokholmie.

– Nie wiem…. nie wiem, czy kiedykolwiek pojawię się jeszcze w Sztokholmie.

 

Pokręciłam głową, po czym spojrzałam w jego oczy. Błękitne.

 

– Zło zostaje, więc ty też masz zostać.

 

Nie czekałam na jego odpowiedź.

 

Wyszłam.

 

Nowy świat wcale nie będzie się zbyt wiele różnił od starego.

 

A ja znowu znajdę sobie cel.

 

Kamila ‚Megalcarwen’ Matuszewska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *