Nigdy już nie będziesz sama

Biel, skała, kamień. Stara, zniszczona łódka. Niczym niezmącona tafla jeziora. I mgła, gęsta mgła. Z trudem widzi wyciągniętą przed siebie rękę. Ale to nic złego, nie, ona lubi mgłę. To nawet lepiej. Nie dotrze tutaj żadne obce spojrzenie. Drewniany wóz handlarza
i czerwone peleryny. Trudno jej odsłonić koc, ale musi to zrobić. Biel, złote loki. Siostra? Blizna, okropny ślad rozciąga się po całej twarzy. Tak, siostra. Podaje jej rękę. Czy łódź nie powinna być pusta? Ale mężczyzna wyciąga dłoń, a ona wie, co robić. Kładzie na niej monetę. Ptak piszczy żałośnie w zaroślach, woda rozbija się o burty i spróchniałe deski. Nie chce tego zrobić. Nie pamięta czego, ale nie chce. Serce boli tak mocno, palce drżą. Ktoś wciska jej w dłonie sztylet. Nie, to nie miało być tak. Kamienny stół pęka w kilku miejscach, ale ona tego nie widzi. Szary materiał zakrywa rysy. Blade ciało układa się na płycie. Ona nie myśli, nie czuje, już nie chce. Słowa wbijają się w jej umysł bezlitośnie. Tak trzeba, nie ma wyjścia. Palce przesuwają się po rękojeści, gładzą wyryte na niej znaki. Krok do przodu. Ręce unoszą się same, nie przejmują się drżeniem. Dreszcz. Myśli uciekają, na szczęście nie zdąża ich łapać. Brązowy błysk, tak bardzo brązowy. Nie, spojrzenie nie może być brązowe. Ręce ciągną ostrze w dół. Krew płynie. Cisza. Koniec słów. Szary materiał nasiąka szkarłatem. Stół pęka. Łamie się. Siostra opada w dół, owinięta w czerwień. Ostrze uderza o kamień. Krew stygnie. Ciemność, wiatr i ciemność. Uchylenie oczu kosztuje zbyt wiele. Świst w uszach. Tak świszcze wiatr, napotykając jej podziurawioną duszę. Unosi powieki, nie widzi żadnego światła. Dotyk zimnego kamienia. Złowieszczy szept. Podpiera się łokciami i unosi głowę. Znów szare szaty. Ale to nie ta szarość, nie ta sama. Ta jest ciemniejsza, prawie czarna. Grymas. Strach. Twarz kobiety, wykrzywiona przerażająco. Miliony szeptów za ciemną zasłoną, miliony cieni łaknących krwi. Dłoń wyciągnięta w jej stronę. Ofiara została przyjęta. – Zniszczenie zasłony dwóch światów tworzy nowy świat. Kiwnięcie głową.
– Ale nie martw się, nie będziesz go przemierzała w samotności. Strach. Ogłuszający krzyk zaklętych dusz. Jęk. Pulsowanie tuż przy skroni. – Ten, którego zwą Emrysem, będzie kroczył w twoim cieniu. On jest twoim przeznaczeniem i on jest twoją zgubą. Mrok. Światło. * Gwałtownie chwyta powietrze. Palcami szarpie pościel. W panice rozgląda się wokół. Ale tu nie ma zamku, nie ma murów
i płyt z zimnego kamienia. Nie ma krwi, która wciąć pulsuje czerwienią pod powiekami. Stopniowo oddech się uspokaja, ale lęk nie odchodzi. Chatka jest drewniana i skromna, ale wciąż ciemna. Nie ma nikogo, kto zapaliłby światło. Przejeżdża dłonią po ciemnych lokach, sprawdza, czy na nadgarstku wciąż tkwi metalowa bransoleta. Powoli wstaje. W lustrze jest ona. Morgana. A za nią jej cień.

 

* ~ fandom Merlin BBC

Ellen de Saint

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *