Pani Aurelia

Dla każdego ucznia słowo nauczyciel rozumiane jest inaczej. Niektórzy widzą w nim autorytet, na którym się wzorują i starają się nie zawieść. Inni uważają nauczycieli za zło konieczne, jakiemu muszą na co dzień sprostać lub jako surową postać siedzącą za biurkiem i oceniającą wszystko, co robią. Musimy pamiętać, że rola nauczyciela nie ogranicza się do wkładania nam w głowę wiedzy i nieustannego sprawdzania jej. Jest to osoba, która wspiera i pomaga rozwijać nam swój potencjał. Często nawet w stresujący sposób zmusza do nauki, ale wychodząc z tej szkoły ze świetnie zdaną maturą będziemy za to wdzięczni. Jakich granic powinien trzymać się nauczyciel, żeby uczeń nie czuł się zbyt pewnie i swobodnie na jego lekcjach?  Na co powinien zwracać największą uwagę w relacjach z nim? I jak zainteresować go wykładanym przedmiotem? Mniej więcej o tym rozmawiałyśmy z panią Aurelią Gancarz, nauczycielką historii.

 

–                    Na początku chciałyśmy  zapytać czy stęskniła się Pani za szkołą w ciągu wakacji?

–                    Za szkołą nie tęskniłam, ale za młodzieżą tak. Możliwe, że po prostu mam jakieś zboczenie zawodowe, bo lubię swoją pracę.

–                    Czyli spełnia się Pani w swojej pracy?

–                    Myślę, że tak, chociaż pracuje się coraz trudniej. Zawsze marzyłam, żeby być nauczycielką. Pamiętam, jak chodziłam do szkoły podstawowej, miałam wtedy siedem lat i już  wyobrażałam sobie, że stoję przy tablicy no i uczę. Odkąd pamiętam zawsze lubiłam czytać książki historyczne i oglądać filmy. Nawet gdy musiałam zrobić lekcje, porzucalam je na rzecz  książek. W nocy gdy już mama prosiła, żebym poszła spać,  z latarką w ręku oszukiwałam ją i czytałam książki. Więc właściwie to spełniłam swoje marzenie, chociaż zawsze myślałam, że będę nauczycielką wychowania fizycznego. A skończyłam, ucząc historii i wos-u.

–                    Jest Pani pracoholiczką, nie może Pani wytrzymać bez szkoły?

–                    Nie mogę wytrzymać bez zajęcia i takiego bezczynnego siedzenia. Zawsze znajdę sobie jakieś zajęcie. Kiedy wracam ze szkoły, zawsze trzeba coś przygotować – poprawić sprawdziany, przygotować materiały na lekcje, coś przeczytać. Jest reforma programowa, która wymaga takiego przestawienia się. Ale nawet jak już to wszystko zrobię, to dalej wyszukuję sobie jakiegoś zajęcia. Uwielbiam czytać, zwykle w soboty i niedziele nadrabiam wszystkie zaległości.

–                    A jakie książki Pani czyta?

–                    Uwielbiam książki historyczne. Jakoś ta historia nie chce mi się znudzić. Nie czytam tego, co akurat w szkole omawiamy, bo to może jest mniej ciekawe. Uwielbiam książki z okresu II wojny światowej. Zawsze są takie, do których wracam. Na przykład książka o wojnie na dalekim wschodzie.

–                    Zawsze lubiła Pani historię czy coś sprawiło, że się nią Pani zafascynowała?

–                    Zawsze lubiłam historię. Po szkole sportowej zastanawiałam się gdzie pójść na studia. W czasie szkoły średniej trenowałam lekkąatletykę. Uwielbiałam biegać, grałam też w piłkę ręczną, w siatkówkę. Koleżanki z klasy zdecydowały się na WF, a ze mną był problem. Nie chciałam na ten kierunek, bo nie lubiłam biologii. Koleżanki powiedziały: to wybierz tą twoją ulubioną historię.

–                    Czy po studiach od razu trafiła Pani tutaj, do pierwszego lo?

–                    Uczyłam w szkole podstawowej numer 10. Był to bardzo miły czas i nie sądziłam, że trafię do liceum, bo uwielbiałam pracę z dziećmi. Teraz nie zastąpiłabym tej pracy na żadną inną. Uczyłam różne klasy – językowe, matematyczne i właściwie nie ma dużej różnicy poza tym, że matematycy mają taki ścisły umysł, jak sama nazwa zresztą wskazuje. Oni jakoś tak matematycznie do historii podchodzą, ale to wcale nie znaczy, że źle. Największe sukcesy do tej pory, takie olimpijskie, mieli uczniowie z klas językowych, chociaż oni właśnie byli w tym liceum przez cztery lata, włączają zerówkę. Trzy lata to jednak bardzo krótko na liceum.

–                    Lubi być Pani wychowawcą klasy?

–                    Bardzo lubię być wychowawcą. Do tej pory nie zdarzyło mi się, żebym nim nie była. Cały czas miałam klasę i zawsze byłam zadowolona. Cały czas są jakieś trudności, ale bycie wychowawcą oznacza, że nauczyciel może się w pełni realizować.

–                    Chętnie wyjeżdża Pani na klasowe wycieczki, czy uważa to Pani za bardzo męczące?

–                    Wycieczki są męczące, ale i bardzo potrzebne. Tylko że te przepisy, które teraz mamy powodują, że nauczyciele mniej chętnie wyjeżdżają na  wycieczki. Kiedyś panowały bardziej serdeczne relacje, gdy wyjeżdżaliśmy, teraz wszystko jest obwarowane całą masą przepisów. Ale ja uważam, że wyjazdy na wycieczki są niezbędne, bo wtedy integruje się zespół klasowy.

 

–                    Jak Pani myśl, dlaczego ma Pani tak dobry kontakt z młodzieżą?

–                    Nie wiem czy jest aż tak dobry.

–                    My zauważyłyśmy, że tak. Może Pani nam wyjaśni w takim razie jak to się dzieje, że nasza klasa – IID jest pełna entuzjazmu, kiedy tylko słyszy pani Gancarz?

–                    Staram się traktować ucznia naprawdę jak człowieka i widzę w tych młodych ludziach może nawet nie swoje dzieci, bo tylu dzieci nie mogłabym mieć, ale pamiętam jak tłumaczyłam wszystko synowi, jak z nim rozmawiałam i wobec was staram zachowywać się tak samo. Jesteście najważniejsi w szkole, gdyby was nie było, szkoła byłaby niepotrzebna, nauczyciele też.

–                    Jaki jest przepis na sukces według Aurelii Gancarz?

–                    Na sukces? Nie wiem, czy jest jakiś przepis na sukces, ale trzeba może po prostu starać się robić to, co się robi dobrze i trzeba to lubić. Bo jeśli ktoś zostaje nauczycielem i traktuje to jako zło konieczne,  to on nigdy tego kontaktu z młodzieżą nie zdobędzie. Trzeba lubić to, co się robi, niezależnie od tego, czy jesteśmy nauczycielem, lekarzem, kucharzem, musimy kochać swoją pracę i wtedy chyba jest łatwiej.

–                    Kontaktowała się Pani w wakacje ze swoimi uczniami dawnymi lub obecnymi?

–                    O tak. Uczniowie piszą do mnie, dzwonią, często rozmawiamy na Facebooku. Mam kontakt z uczniami, którzy już dawno wyszli z tej szkoły, a my nadal świetnie się dogadujemy. Byłam teraz niedawno na ślubie jednego z moich uczniów. To jest zawsze bardzo miłe.

–                    Czyli dba Pani o przyjacielskie relacje z uczniami?

–                    Nie zawsze to jest możliwe, bo niektórzy  uczniowie wykorzystują to w zupełnie inny sposób niżby należało, ale mimo że nie chcę robić tego na siłę, to z niektórymi takie przyjacielskie relacje są. Są uczniowie tęskniący za dawną szkołą lub tacy, którzy pewne zachowania odbierają przyjaźniej. Nie uważają nauczyciela za człowieka drugiej kategorii, z którym nie można rozmawiać, bo jest to coś wstydliwego.

–                    Myśli Pani, że takie spoufalanie się z młodzieżą wpływa na ich stosunek do przedmiotu, wyniki w nauce? Sądzi Pani, że to doceniamy czy raczej wykorzystujemy?

–                    Z tym jest bardzo różnie, bo ja nigdy nie byłam taką osobą bardzo konsekwentną i wydaje mi się, że to niedobrze, niektórzy uczniowie potrafią to wykorzystać i wtedy uczą się mniej niż powinni. Ale ja wiem, że się nie zmienię. Wiem, że uczniowie uczą się, żeby mnie nie zawieść. Są też tacy, którym nie zależy na tym, by z historii mieć dobre wyniki, bo uważają ją po prostu za jeden z przedmiotów. Ci, którym zależy na historii, myślę, że uczą się chętnie. Historia jest ważnym przedmiotem. Jedna dziewczyna, która już ukończyła szkołę powiedziała mi, że jeśli nie będziemy znali przeszłości, nie zrozumiemy teraźniejszości, a jak nie zrozumiemy teraźniejszości, to nie zbudujemy lepszej przyszłości.

–                    Gdyby mogła Pani cofnąć czas, zmieniłaby Pani coś?

–                    Nie. I nawet nie chcę o tym myśleć, że można by coś zmienić, bo wtedy można popaść w jakąś paranoję i można być niezadowolonym z siebie i z życia, a każdy chyba może znaleźć tyle elementów ciekawych w swoim życiu, że pomyśli sobie, że wszystko jest okay. Myślę, że ktoś pisze te nasze plany, nie tylko sami się ustawiamy i tak musi być.

 

 

–                    Słyszałyśmy, że ma pani nowych lokatorów w domu.

–                    Tak, ale właściwie nie w domu u siebie, tylko w Osiecznej, u mojej mamy. Wszyscy myślą, że tam mieszkam, bo spędzam tam każdą wolną chwilę.

–                    A nie mieszka pani?

–                    Nie, ja mieszkam w Lesznie. No i tak się złożyło, że latem, na początku lipca pojawił się nowy domownik, piesek japońskiej rasy, ma na imię Ito, a później pojawił się drugi szczeniaczek, nazywa się Brando. Są rozkoszne, ale wymagają olbrzymiego zainteresowania. Zachowują się jak dzieciaki, ale ja jestem zakochana w tych pieskach.

Bardzo lubię zwierzęta. Zdecydowanie wolę psy.

 

 

Rozmawiały: Joanna Schubert i Ewa Poloch

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *