mjr Jerzy Kobylański

Kolejny wywiad przedstawi nam kilka faktów z życia majora Jerzego Kobylańskiego, zapozna nas z jego najciekawszymi wspomnieniami z czasów, gdy był nauczycielem oraz służył w wojsku. Poznałyśmy jak to kiedyś było w naszej szkole i jak tamte czasy różnią się od współczesnych. Jednak jedno się nie zmieniło – młodzież zawsze była zbuntowana.

Ewa: Czy pracował Pan tylko u nas w szkole jako nauczyciel? Czy uczył Pan tylko PO?

Pan Kobylański: Nie pracowałem tylko w szkole, bo przez 25 lat służyłem w armii. Poza tym uczyłem tutaj jeszcze plastyki. Miałem też taki drobny incydent jak uczyłem tego przedmiotu. Zwykle wystawiałem piątki, szóstki, nie był to przedmiot maturalny, więc nie musiałem narzucać wielkiej dyscypliny. Było kiedyś takie zadanie, które polegało na zrobieniu plakatu reklamującego naszą szkołę. W tej klasie był taki jeden artysta. Przyniósł mi plakat, na którym szkoła wyglądała jak krematorium, z kominów unosił się czarny dym, było napisane I LO, do środka wchodzili normalni ludzie, a wychodziły kościotrupy. Dostał wiadomą ocenę – niedostateczny.

Asia: Więc może opowie Pan nam jak tam się pracowało i jak zniósł pan dyscyplinę wojskową?

P.K: Do wojska zapisałem się z własnej nieprzymuszonej woli. Bardzo lubiłem tę pracę, kiedyś zanosiło się nawet na to, że kiedyś zostanę generałem, ale w 1968 roku po wydarzeniach marcowych, nie podobały mi się wtedy pewne rzeczy i przeszkadzało im, że mówiłem o tym otwarcie. Dzisiaj armia jest zupełnie inna. Wymagania są większe niż wtedy. W tamtych czasach szeregowy dostawał 72 złote żołdu na miesiąc, wyżsi rangą mieli szansę zarobić o kilka groszy więcej. W moich pierwszych latach służby było jeszcze wielu oficerów z czasów wojny. Ich typowym powiedzeniem było ,,nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Jak zacząłem służbę w wojsku zdarzało się łamanie prawa, istniały jeszcze typowe nawyki wojenne. Z biegiem czasu to ustępowało. Doszli młodzi oficerowie, już powiedzmy wykształceni odpowiednio.

A: Czyli dobrze wspomina Pan czasy w wojsku?

P.K: Tak jak w życiu raz jest lepiej, a raz gorzej. Bardzo zapadła mi w pamięć śmierć żołnierza, który właściwie zginął na własną prośbę – wpadł pod pociąg. Był bardzo niezdyscyplinowany i przysłali go do mnie na tzw. rehabilitację. Przez jakiś czas nawet udawało mi się z nim pracować, ale były takie momenty, że był nie do opanowania.

E: A dlaczego w ogóle opuścił Pan wojsko?

P.K: Po prostu doszedłem do wniosku, że wyższego stanowiska już nie dostanę i moja dalsza służba w wojsku byłaby takim byciem dla bycia. Tym bardziej, że miałem wtedy ponad 25 lat, więc miałem już około 50% emerytury.

E: Myśli Pan, że u nas w szkole lepsze są metody staroświeckie czy nowoczesne?

P.K: Tutaj nie na reguły dlatego, że są różni ludzie. Widzicie to wśród swoich kolegów i koleżanek – jednemu wystarczy dobre słowo, a drugi musi dostać surową nauczkę. Wtedy młodzież była trudna. W latach 60. do wojska przychodziło jeszcze wielu żołnierzy, którzy nie umieli czytać i pisać. Ich szkolenie było ciężkie. Trzeba było te ich szare komórki naprawdę ruszyć, żeby takiego żołnierza czegoś nauczyć. Powtarzałem im, że robię to dla nich i jest to ich być może jedyna okazja, żeby zdobyć wykształcenie. Oni nie mieli nawet żadnych kursów np. spawacza albo kierowcy.

A: Jaki ma Pan stopień wojskowy?

P.K: Mam stopień majora. Najwyższy jest stopień generała. Służyłem w kilku jednostkach – w Żarach, w Kórniku, w Krotoszynie.

E: Ma Pan córkę, która uczy u nas w szkole. Czy ma Pan jeszcze jakieś dzieci?

P.K: Mam trzy córki. Jedna jest polonistką i mieszka w Zielonej Górze, jedna anglistką uczącą właśnie tutaj w I LO, a najstarsza pracuje na poczcie.

E: Czy przeniósł Pan dyscyplinę wojskową do domu?

P.K: Muszę przyznać, że się zdarzało. Zwłaszcza w pierwszej fazie po ślubie, kiedy byłem jeszcze młody, ale powoli wszystko się unormowało.

A: Ma Pan sentyment do naszej szkoły?

P.K: Lubię to co robię. W tej chwili jestem najstarszym nauczycielem, ja i Pan Rynek jesteśmy jednoroczni. Bardzo dużo się zmieniło przez ten czas. Jeździliśmy z uczniami na zbieranie ziemniaków, buraków, kamieni z pól. Muszę wam powiedzieć, że jak dostałem wychowawstwo pojechałem pierwszy raz do pracy z młodzieżą na pole to tak im się przyglądałem i zauważyłem, że kto jak zbierał, jak pracował, takim był uczniem. Wycieczek było naprawdę dużo w porównaniu z dniem dzisiejszym. Organizowaliśmy z uczniami wiele projektów i przedstawień. Raz zaproponowali mi nawet wystawienie kabaretu na dzień nauczyciela. Według nich nauczycielka od matematyki była niezłą ,,piłą”, nie wszyscy też byli zdolni, innym po prostu się nie chciało. Dziewczyny przyszły do mnie i powiedziały, że mają przeróbkę ,,Dziadów”. Tak mnie namawiały, że musiałem się zgodzić, ale musiało być też kilka poważnych wierszyków dla równowagi. Po tej części oficjalnej na scenę weszły czarownice z kotłem i wezwały ducha matematyka, który spowiadał się ze swoich grzechów (,,jak uczeń nie umiał zadania, to dawałem mu trudniejsze zadania”). Nauczyciele normalnie „ryczeli” ze śmiechu. Nikomu nie ubliżono, bardzo fajnie to dziewczyny zrobiły. Muszę też przyznać, że nasza młodzież jest inteligentna. W ciągu całej swojej pracy pamiętam tylko jednego ucznia, który był relegowany ze szkoły.

E: Czyli wie Pan jak sobie radzić z uczniami?

P.K: Wojsko mnie tego nauczyło. Bardzo trudno jest mnie złamać psychicznie, może właśnie przez to, że tak dużo przeszedłem. Nie żałuję, że wyrażałem swoje zdanie, przynajmniej zostałem sobą i mam tą satysfakcję. Mam swoje przekonania i takie zasady, że nikt mnie nie upodli. Nikomu nie zrobiłem krzywdy, jeśli coś robiłem, to dla dobra żołnierza, a nie dla siebie. Był taki okres, że gdy Jaruzelski został szefem nowego rządu politycznego zaczęto wprowadzać różne elementy. Byłem wtedy dowódcą czwartej kompanii w Żarach. Obok była taka mała dyskoteka, więc żołnierze wieczorami chcieli się wymykać. A ja tylko liczyłem którego nie ma i rano zamykałem ich dyscyplinarnie do aresztu. Kiedy przyjechał dowódca i zobaczył ilu ich tam jest, zawołał mnie na dywanik. Powiedziałem, że nie będę kamuflował jeśli żołnierz samowolnie się oddala na potańcówkę i przychodzi pod wpływem alkoholu. Nieraz w areszcie siedziała cała czwarta kompania. W końcu nastał taki czas, że miałem święty spokój. Jeszcze doszło do tego, że wprowadzono taki przepis, że żołnierz, który ukarany był aresztem, a kara nie została anulowana – dosługiwał. Jak miał na przykład zwolnienie na dzisiaj to wychodził 4 tygodnie później.  Po pół roku nie było w areszcie żadnego żołnierza czwartej kompanii.

 

Ewa Poloch

Asia Schubert

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *