Tajemnice liczby π

Nie ma nieciekawych liczb. Jednak na liście faworytów plasują się zazwyczaj wciąż te same : π, e oraz i. Najsławniejszą z nich jest zdecydowanie π – bohaterka dzisiejszego artykułu.

Na początek ustalmy, czym jest właściwie liczba π . (Chyba nikt z Was nie pomyślał o 3,14?)
Wartość liczbowa π  to 3,14159…, ale taka informacja niewiele wnosi. π  to stosunek obwodu koła do jego średnicy. Jest to zawsze ta sama liczba dla każdego koła, niezależnie od jego wielkości.
Oznaczenie symbolu π (greckiej litery, prawdopodobnie skrótu od słowa „obwód”) wprowadził William Jones dopiero w 1706 roku, a spopularyzował Leonhard Euler w swoich pracach.

Najstarsze przybliżenia π ustalili Babilończycy (3,125) i Egipcjanie (3,160). Natomiast do błyskotliwego sposobu uchwycenia liczby π (metody aproksymacji) doszedł człowiek, który wziął najsłynniejszą kąpiel na świecie, czyli Archimedes.

750px-Archimedes_pi.svgŹródło: wikipedia.pl

 

 

 

 

Archimedes narysował najpierw koło, a następnie skonstruował 2 sześciokąty- jeden dopasowany do wewnątrz koła, a drugi na zewnątrz. Niech średnica koła wynosi 1. Wówczas połowa obwodu sześciokąta wewnętrznego wynosi 3. Wielkość ta jest mniejsza od połowy obwodu koła, równej π, która z kolei jest mniejsza od połowy obwodu sześciokąta zewnętrznego, czyli 2V3 (sprawdź to!). Takie szacowanie umiejscawia nam π w przedziale 3 a 3,46.
Archimedes zaczął od sześciokąta i konsekwentnie zwiększał liczbę boków do 12, 24, 48, by zakończyć na 96. Pozwoliło mu udowodnić, że:

Bez tytułu

 

 

 

 

Przekłada się to na 3,14084 <π  < 3,14289, co daje dokładność do 2 miejsc po przecinku.
Urok przedstawionego tu obliczenia polega na rachunku nieskończoności. W granicy, gdy liczba boków wielokąta staje się nieskończona, dostajemy coraz dokładniejsze szacowania.
Poszukiwacze π nie mieli jednak zamiaru na tym poprzestać. Ludolph van Ceulen wykorzystał wielokąt o 60∙ 2^69 bokach, by wyznaczyć π  do 20 miejsc po przecinku. Silne pragnienie spowodowało, że później obliczył π do 32, a następnie do 35 cyfr po przecinku, które wyryto na jego nagrobku. W Niemczech liczbę  nazywa się die Ludolphsche Zahl, czyli ludolfiną.
W kolejnych latach rozpoczął się prawdziwy wyścig i bicie rekordów w obliczaniu liczby π. Metodę wielokątów zastąpiono szeregami nieskończonymi, kalkulatorami, metodą Buffona, a później komputerami. Były to spore osiągnięcia, ale zupełnie bezużyteczne. Nie chodziło jednak o zastosowania praktyczne, tylko o samą pogoń za cyframi. Obecny rekord (2011 rok) to ponad 10 bilionów cyfr po przecinku.

Jedno wiemy na pewno. Nigdy nie poznamy wszystkich cyfr. W 1767 roku matematyk Johann Heinrich Lambert udowodnił, że π  jest niewymierne. Nie ma zatem żadnej oczywistej prawidłowości w odkrywaniu kolejnych cyfr liczby π. Pojawiają się one w sposób przesądzony z góry, ale chaotyczny. Niemniej jednak zaobserwowano kilka zaskakujących faktów! Pierwsze 0 pojawia się dopiero na 32. miejscu. Pierwsze 6 powtórzonych kolejno cyfr to 999999 na 762. miejscu po przecinku. Następna szóstkach identycznych cyfr występuje na 193 034. miejscu  i znowu są to dziewiątki. Prawdopodobieństwo takich wystąpienia  przy rozkładzie losowym jest naprawdę bardzo małe.
Mimo wszystko π wydaje się być normalną liczbą. A przynajmniej wskazują na to statystyki, dotyczące pierwszych 200 miliardów cyfr, z których wynika, że każda cyfra pojawia się ze zbliżoną częstością.
Kolejny kamieniem milowym był dowód Ferdinanda von Lindemann o przestępności π . (Liczba przestępna to liczba niewymierna, której nie da się opisać równaniem o skończonej liczbie wyrazów.) Rozstrzygnięto w ten sposób jeden z problemów delijskich. Kwadratura koła polega na skonstruowaniu (przy użyciu wyłącznie  cyrkla i linijki) kwadratu, którego pole jest równe polu danego koła. Z faktu, że  również jest przestępne wynika, że kwadratura koła jest niemożliwa. (Dlaczego?)

Liczba π awansowała do rangi symbolu kulturowego. Dnia 14 marca wiele amerykańskich i polskich szkół obchodzi Dzień Liczby Pi.
Jej rozwinięcie to doskonały materiał ćwiczeniowy z zapamiętywania. Obecny rekord świata należy do 60-letniego Akiry Haraguchiego, który wyrecytował π do 100 000 cyfr po przecinku. Występ trwał 16 godzin i 28 minut i obejmował pięciominutowe przerwy co dwie godziny. Akira posłużył się metodą mnemotechniki, która polega na reprezentowaniu cyfr przez słowa o określonej liczbie liter. Poprzeczkę podniósł Mats Bergsten, który wyrecytował 9778 cyfr, żonglując jednocześnie trzema piłeczkami.
Obecność  można zaobserwować także w literaturze. Nawet nasza noblistka Wisława Szymborska poświęciła jej swój wiersz, zatytułowany „Liczba Pi”. Bardzo popularne są również „pi-ematy”, pisane z formalnym wymogiem , aby liczba liter w słowach odpowiadała cyfrom rozwinięcia dziesiętnego π. Żadna inna liczba nie doczekała się własnego gatunku literackiego!
Liczbę π  zobaczymy także na wielkim ekranie w filmie Darrena Aronofsky’ego- „Pi”.
Co więcej, w Internecie możecie sprawdzić, gdzie w rozwinięciu dziesiętnym liczby π występuje Wasza data urodzin.

Na temat  można by powiedzieć wiele, a jeszcze więcej zostało do odkrycia! Kto wie, może po 10^20 cyfr rzeczywiście są same zera i jedynki?

 

Justyna Merta

STRES – MOJE DRUGIE IMIĘ ?!

 

Jest obecny w twoim życiu,

I nie chowa się w ukryciu.

Odwiedziny jego częste,

Zwykle zwane są „Przeklęte”!

Jest twym stałym gościem, wiesz?

Niczym głodny, leśny zwierz!

Jak myślisz, co to jest?

Tak, zgadłeś. To jest stres!

Na początek kilka słów wstępu…

Stres – w psychologii definiowany jest jako dynamiczna relacja adaptacyjna, pomiędzy możliwościami jednostki, a wymogami sytuacji, charakteryzująca się brakiem równowagi psychicznej i fizycznej. W medycynie jest to natomiast zaburzenie homeostazy spowodowane czynnikiem fizycznym lub psychologicznym.

Dobry stres” kontra „ zły stres”

Wiem, że brzmi to absurdalnie, ale tak, to prawda – istnieje jeden z dwóch rodzajów stresu, który mimo swoich działań (zwykle przy dłuższym czasie trwania uznawanych za niekorzystne), wpływa zdrowotnie na nasz organizm. Określa się go mianem mobilizującego, zwanego również „dobrym stresem”. Prowadzi on jedynie do niewielkiego wzrostu adrenaliny, co wpływa bardzo korzystnie na nasz organizm – dba o prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego i ułatwia koncentrację.

Gorzej prezentuje się już jego druga odmiana – stres przewlekły ( „zły stres” ), będący objawem długotrwałego działania stresu mobilizującego.

Niestety, nie jest on przyjacielem dla naszego zdrowia – jest wrogiem.

To objawy?

Ile razy słyszałeś o stale wzrastającej liczbie ludzi cierpiących m.in. na bezpłodność, wrzody dwunastnicy i żołądka, cukrzycę, otyłość, osteoporozę, choroby serca, nadmierne wypadanie włosów, problemy z cerą, spadek odporności, alkoholizm, czy też ostatnio coraz bardziej popularny bruksizm?

Na pewno wiele razy. Jednak nie zdawałeś sobie zapewne sprawy, że są to właśnie objawy przewlekłego stresu. Co gorsza, moglibyśmy wymienić ich o wiele więcej.

Osobiście zmagam się z jednym z nich, będącym na szczęście w porę wykrytym przez mojego dentystę i możliwym do zwalczenia – bruksizmem. „Na szczęście”, gdyż nie doszło u mnie do żadnego zniszczenia zębów, lecz jedynie lekkiego i niezauważalnego gołym okiem starcia szkliwa. A uwierzcie, zobaczone przeze mnie zdjęcia jamy ustnej osób na to cierpiących, wzbudziły zarówno przerażenie, jak i obrzydzenie.

A co na to wpłynęło? Bardzo wiele stresujących czynników, które nałożyły się na siebie równocześnie i trwały za długo (stres przewlekły), m.in. szkoła, dom, życie prywatne.

Aktualnie w moim przypadku, wystarczy jedynie nakładanie na zęby specjalnego aparatu, kilka ćwiczeń na jamę ustną i niestosowanie past wybielających.

Tak więc macie dowód na to, że stres może być powiązany z różnymi narządami w naszym ciele, nawet zębami!

Co jak co, ale biologia jest jednak nieprzewidywalna!

Jak zwalczyć?

Prawda jest taka, że stresu nie pozbędziemy się nigdy.

Jest natomiast wiele sprawdzonych metod, które w znacznym stopniu pomogą nam go zmniejszyć. Pamiętajmy jednak, że sposoby radzenia sobie z nim każdy człowiek wypracowuje samodzielnie na podstawie swoich wcześniejszych doświadczeń, cech osobowościowych oraz możliwości organizmu. 

Tak więc wystarczy:

~regularnie ćwiczyć (każda forma ruchu się liczy)

~zdrowo się odżywiać

~chwila relaksu

~odpowiednia ilość snu

Wielu z nas wstydzi się jednak podzielić z kimś naszym problemem. Myślimy wtedy, że zostaniemy wyśmiani, czy uznani za mięczaków. Nic bardziej mylnego. Otóż prawda jest taka, że rozmowa jest jedną z najbardziej korzystnych sposobów terapii odstresowującej i należy z niej jak najczęściej korzystać.

Nie wstydźmy się, przecież wszystko jest dla ludzi”

 

Wiktoria Błażejewska

Merlin 2

– Zaskocz mnie.

Dwa magiczne słowa. Słowa, które miały zmienić wszystko. Nowa era. Jedna strona triumfuje, druga przegrywa. Jedna powstaje, druga ugina się pod nią i rozsypuje w pył.

Odszedł król, porzuciła królową korona. Niech żyje król, niech żyje jego królowa.

Merlin nie odwrócił wzroku. Nie padły żadne magiczne słowa. Zadrżały jedynie porzucone puchary, zadrżał ogień pochodni. Zapłonęły oczy.

*

Nie były to oczy Morgany, oczywiście, że nie. To nie ona miała zaskakiwać, miała być zaskoczona. I była, bo ona również nie odwróciła wzroku, więc nie było to trudne. Osoba, która zawsze kryła się w cieniu, która wyglądała tak niepozornie, która wracała do Artura za każdym razem jak obity pies do swego pana. Ta osoba stała przed nią w pełni gotowa, aby zaskoczyć właśnie ją. Nie była już domowym zwierzątkiem, odrzuciła smycz i zmieniła stronę.

Merlin poddający się jej byłby czymś niezwykłym. Czymś, o czym nie marzyła, o czym nie myślała. Czymś, co było po prostu niemożliwe. Gdyby miała wyznać jedną rzecz, której była absolutnie pewna, wśród wielu przewijających się przez jej głowę wybrałaby Merlina. Merlin, on nigdy nie zostawi Artura. Merlin, on nie jest czarownikiem.

Merlin… on najwidoczniej był człowiekiem, którego nie można być pewnym. Oczy zapłonęły.

*

To były oczy Merlina, oczywiście. Zazwyczaj szaroniebieskie i spokojne, czasem roześmiane, czasem wzburzone. Teraz złote.

Krótki okrzyk zaskoczenia, dźwięk miecza opadającego na kamień. Coś wzniosło Heliosa w powietrze i z ogromną siłą rzuciło nim o filar, pozwalając opaść pośrodku sali. Łoskot opadającego na ziemię ciała. I wcale nie było głośno, a strażnicy nie weszli do środka. Wszystko dlatego, że pośrodku sali położony był dywan, a Helios nosił przecież skórzaną zbroję.

Oczy zgasły. Morgana odwróciła wzrok i z powrotem opadła na oparcie tronu, od którego zdążyła się odsunąć. Wyglądała na bijącą się z myślami. Merlin nadal stał przodem do niej, nie zwracając uwagi na jęczącego Heliosa. Tak jak myślał, zwykły wojownik, nieważne jak silny i okrutny, nie jest żadną przeszkodą. Nie dla niego.

– To niemożliwe – odezwała się Morgana, unosząc głowę.

– Wciąż wierzysz, że są takie rzeczy? – Merlin zaśmiał się gorzko, w końcu odwracając wzrok. Już go to nie  bawiło. – Ja wierzyłem, kiedyś. Ale dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Tak samo, jak dla ciebie.

Oczywiście, Merlin nadal patrzył na Morganę. Nie wwiercał się już jednak w jej własne oczy. Nastał czas na rozmowę, skończyła się bitwa na spojrzenia.

– Jedyna rzecz, jakiej byłam pewna – odparła. – Twoja nie-magiczność. Twoja zwykłość i niezwykłość jednocześnie. Przyjechałeś z prowincji, byłeś miły, spokojny i uśmiechnięty, nawiązywałeś przyjaźnie i znalazłeś miejsce na dworze. Idealnie normalny. A potem pomagałeś, ratowałeś, oddawałeś siebie w zamian za Artura i wciąż mi przeszkadzałeś. Idealnie nienormalny.

Merlin prychnął. Zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne jak zdenerwowany był w środku, na zewnątrz wyglądał nienagannie. Idealnie pewny siebie.

– Na świecie nie ma ideałów – stwierdził, kręcąc lekko głową. – Ideały odwagi odczuwają strach, ideały spokoju krzyczą, ideały mądrości czynią głupie rzeczy. Można tak wymieniać w nieskończoność. A tak naprawdę chodzi o to, że można przez całe życie udawać kogoś zwykłego, a być niezwykłym.

– Jak ty.

Postanowił nie odpowiadać, w końcu nie było to pytanie. Morgana przyglądała mu się z uwagą, po chwili jednak zwróciła uwagę na Heliosa, który próbował podnieść się z posadzki. Zmarszczyła nos. Całkiem uroczo.

– Mówiłam, żebyś się wynosił. Co cię zatrzymało?

– Pani… – Helios wstał z wysiłkiem, trzymając się kurczowo kamiennego filaru. – Co uczyniłem, że postanowiłaś mnie ukarać?

– Och, to nie ja – głos Morgany złapał nutkę wesołości. – To nasz gość. Nie spodobał mu się ton, jakim do niego przemówiłeś.

– Nie wiedziałem, że jest twoim gościem, pani.

Morgana już miała odpowiedzieć, ale Merlin stracił cierpliwość. Pomyślał właśnie, że Artur powinien już wyruszyć. Nie było zbyt wiele czasu.

– Och, błagam – warknął, ponownie zaskakując Morganę. Odwrócił się w stronę Heliosa. – Słyszałem, że jesteś władcą. Królem. Popatrz na siebie. Nie jesteś wart swojego i tak nędznego życia. Wynoś się stąd wreszcie, jeśli chcesz je zachować, inaczej zdecyduję za ciebie.

Merlin spodziewał się tego, co się stanie. Miał jednak nadzieję, że Helios zachowa jasny umysł i wraz z resztkami godności wyjdzie z Sali. Zająłby się nim później. Nie byłby przeszkodą. Ale Helios nie widział w nim potęgi, nie dostrzegał mocy. Nie potrafił. Stał przed nim niezbyt umięśniony mężczyzna w mizernym ubraniu, z mieczem nadal przypiętym u pasa. Nie zrozumiał też słów Morgany. Więc uznał za stosowne chronić swojego honoru.

Ostrożnie okrążył Merlina, który nie spuszczał z niego wzroku. Dotarł do swojego miecza i podniósł go gwałtownym ruchem, mierząc w czarownika.

– Teraz zapłacisz za odzywanie się do mnie w ten sposób, sługo.

Merlin tylko pokręcił głową.

– Nie sądzę.

Było jak z Agravainem. Helios go nie docenił. Zamachnął się, tym razem Merlin wyciągnął przed siebie ręce. Ostatnią reakcją Południowca było zaskoczenie. Jego głowa uderzyła w ścianę, ciało osunęło się na ziemię bez życia. Nastała cisza.

Drzwi otwarły się, do środka wbiegło dwóch strażników. Jeśli byli zaskoczeni widokiem martwego przywódcy, nie dali tego po sobie poznać.

– Wszystko w porządku, pani?

– W najlepszym. Zabierzcie go stąd.

Po chwili Heliosa już nie było. Merlin dokładnie obserwował strażników i zamykane za nimi drzwi. Dopiero potem przeniósł wzrok z powrotem na Morganę. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, za to mężczyzna zdawał sobie sprawę, że patrzy na nią jak na ofiarę, jakby był tym złym. Bo rzeczywiście miał się nim przecież stać.

– Zabiłeś mojego sprzymierzeńca – powiedziała cicho.

– Nie powstrzymałaś mnie – odparł Merlin, przechylając głowę i zmieniając wyraz twarzy na zaciekawiony. – A on nie był do końca sprzymierzeńcem, prawda? Bardziej sługą.

– Był świetnym wojownikiem.

– Irytował cię. Królowa nie powinna się otaczać idiotami.

Morgana nie starała się już ukryć zdziwienia i ciekawości. Wyglądała na ucieszoną nowym Merlinem, który wydawał się być po jej stronie.

– Nie sądzisz, że mogłem przybyć jako szpieg? Sądzisz, że chcę zdradzić Artura?

Spojrzała na niego intensywnie swoimi wszystko-wiedzącymi oczyma o niemożliwym do jednoznacznego określenia, zielono-szarym kolorze. W tym momencie rzeczywiście wyglądała na prorokinię, wwiercała się w głąb jego duszy.

– Myślę, że padłbyś przede mną na kolana i skomlał jak pies. Błagałbyś o ochronę, pokazał marna sztuczkę z płomykiem w dłoni i przeklinał Artura za to, że cię odrzucił. Chciałbyś zostać moim sługą – podniosła się z tronu i zbliżyła się o kilka kroków. – A teraz… nie chcesz nim być, prawda, Merlinie?

Uniosła dłoń i pogładziła go po policzku. Wygiął lekko wargi w pewnym siebie uśmiechu, choć od jego decyzji tyle zależało.

– To ty będziesz służyć mi.

Szerzej otworzyła oczy i zatrzymała dłoń przy jego obojczyku, ale nie zabrała jej.

– Tak sądzisz?

– Jestem pewien.

Opuściła dłoń niżej, zaciskając palce na jego koszuli.

– Skoro myślisz, że możesz mną władać, dlaczego tego nie udowodnisz?

– Nie prowokuj mnie.

– Wiesz kim jestem?

– Doskonale wiem.

– Co sprawia, że uważasz się za lepszego?

– Wcale nie jestem lepszy od ciebie, Morgano. Jestem silniejszy.

Jeżeli ktoś nakryłby ich teraz, uznałby sytuację za schadzkę kochanków. Patrzyli sobie w oczy, dłoń Morgany nadal była kurczowo zaciśnięta na błękitnym materiale jego koszuli, Merlin również wyciągnął dłoń, bawiąc się jej lokami.

– Szukałaś mnie, a ja sam przybyłem do ciebie, Morgano.

Westchnęła lekko, zerkając przez chwilę na dłoń błądzącą w jej włosach.

– Jedyny człowiek, którego szukałam, ma się okazać moja zgubą.

– Chyba, że on sam o tym wie. Swoje własne przeznaczenie zawsze można zmienić, zwłaszcza, jeśli się je zna.

– Więc… jesteś moim przeznaczeniem? Emrysie? – zniżyła głos do szeptu.

Czarownik tylko się uśmiechnął, tym razem szczerze. Dawny Merlin zakwilił cicho w jego głowie i ostatecznie pogodził się z porażką. Przeznaczenie zostało zmienione. I on, Merlin, jako tego główna przyczyna, miał prawo naprowadzić je na nowe tory. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest ono kapryśne, ale był pewien, że da sobie radę. Zawsze dawał.

Pochylił się nad nią boleśnie powoli, wciąż patrząc jej w oczy. To nie miało być tak patetyczne, to miało boleć, ale zdawał sobie sprawę z tego, że ta chwila jest konieczna. Morgana w końcu przestała myśleć, skupiła się tylko na nim. I w tym momencie miała być zaskoczona ponownie, wzięta w niewolę. Merlin przyciągnął ją do siebie bez ostrzeżenia i wpił się w jej usta. Kobieta przywarła do niego, zaciskając na jego ramieniu drugą dłoń i całkowicie oddała się pod jego kontrolę. Objął ją mocno i pogłębił pocałunek, by po chwili zabrać ręce i odsunąć się od niej. Z ust Morgany wyrwał się krótki dźwięk rozczarowania. Osunęła się przed nim na kolana, biorąc głęboki oddech. Popatrzył na nią przez chwilę.

– Wszystko w porządku? – powiedział z nonszalancją, wymijając ją i idąc w kierunku tronu.

– To wszystko… – zamilkła na chwilę, unosząc głowę i odgarniając włosy ze swojej twarzy. – To wszystko możesz sobie tak po prostu zabrać. Jest twoje. Do czego jestem ci potrzebna?

Nadal klęczała na podłodze, ale odwróciła się w jego stronę.

– Jesteś Wysoką Kapłanką, potężną, widzącą wiedźmą.

– Nie będę błagać – powiedziała twardo. – Nie będę twoją własnością. Równam się z tobą.

Merlin nie bez zdziwienia zarejestrował, że jej barwa głosu była taka sama, jak na samym początku ich rozmowy.

– Właśnie dlatego – powiedział cicho i jakby do siebie, jednak kobieta doskonale go słyszała. – Jesteś wyjątkowa.

Podszedł do niej, chwycił delikatnie za ramiona i pomógł jej wstać. Wciąż patrzyła na niego intensywnie, jakby jeszcze nie otrząsnęła się po pocałunku, jednak sprawiała wrażenie niepokonanej. Merlin trafnie odczytał jej myśli – najpewniej wolała z nim walczyć ze świadomością, że prawdopodobnie przegra, niż stać się jego służką. Nie wiedziała, że władzę i poddaństwo można połączyć i to w bardzo satysfakcjonujący sposób.

– Tylko ty możesz się ze mną równać – powiedział miękkim głosem, biorąc jej dłoń w swoją i gładząc ją delikatnie. – Jesteś jedyna. Niepowtarzalna. Masz rację, poradziłbym sobie sam, ale to nie byłoby to samo. Potrzebuję ciebie.

Jej postawa zelżała, ale wciąż patrzyła na niego z nieufnością. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła.

– Oczywiście, że potrzebujesz – niepewnie, ale zabrała rękę. – Ale ja nie będę ci służyć, nie oddam ci korony dobrowolnie. Należy się mnie, noszę nazwisko Pendragon.

Spodziewała się, że może go zdenerwować, ale nic takiego się nie stało. Uśmiechnął się tylko szeroko, niemal jak dawny Merlin.

– Nie, nie rozumiesz. Jesteś królową, więc nie uczynię cię przecież służką. Ale czy nie można tego połączyć? Powiedzieliśmy dzisiaj sobie, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.

Wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się gwałtownym ruchem i ruszył w stronę tronu, zdzierając z siebie po drodze swoja sfatygowaną, skórzaną kurtkę. Stanął na podwyższeniu, oparł nogę na tronie Morgany i odsunął go na bok. Dostrzegł tron Artura ukryty z tyłu, za kolejnymi sztandarami, więc przywołał go zaklęciem i ustawił obok poprzedniego.

– Czyż nie tak powinno to wyglądać? – zapytał głośno, z powrotem odwracając się w stronę sali.

Morgana stała w tym samym miejscu, uważnie go obserwując. Wyglądała na zmieszaną, chyba nie do końca zrozumiała, o co chodziło czarownikowi.

Merlin uśmiechnął się z satysfakcją. Oto jego chwila, nie potrzebował świadków. Oto jego chwała. Ale ona nie musiała już być taka patetyczna, prawda? Więc nie zrobił tego z namaszczeniem, nie czekał na okrzyki, nie spodziewał się aplauzu. Po prostu usiadł. Zasiadł na tronie Camelotu.

Morgana wpatrywała się w niego ze zdumieniem i szacunkiem jednocześnie. Podeszła bliżej, nie spuszczając z niego wzroku.

– Nic nie powiesz? Nie wytłumaczysz? Zostawiłeś mnie obok siebie, w zdumieniu i zabrałeś co twoje. Co niemożliwego chciałeś uczynić możliwym?

– Nie chcę cię jako Wysokiej Kapłanki i sojuszniczki – powiedział Merlin twardym głosem. – Ani nie chcę cię jako służki. Ale czy nie powiedziałem, że cię potrzebuję?

– Do czego?

– Do rządzenia. Chcę, abyś była u mego boku – złagodził swoją surową wcześniej postawę, wyciągając rękę w jej stronę. – Chcę ciebie.

To słowo zabrzmiało jak zaklęcie. Zdumienie wyparło z niej na moment wszystkie inne uczucia. Zamarła bez ruchu. Merlin napawał się przez chwilę tym widokiem.

– Chyba nie jesteś zadowolona – powiedział z lekkim niepokojem. – To naprawdę wszystko czego chcę i co mogę ci dać. Nie możemy żyć osobno, Morgano. Albo razem, albo wcale.

Morgana uśmiechnęła się szeroko, podchodząc pod samo podwyższenie.

– To coś, o czym nie śmiałam marzyć.

Merlin rozsiadł się wygodnie na tronie, patrząc na nią z góry.

– Co, jeśli teraz ja ci nie wierzę? Jesteś zdradliwa, nie zdążyłbym nałożyć na głowę korony, a już miałbym wbity nóż w plecy, po samą rękojeść. A ty nadal rządziłabyś sama, jak zawsze chciałaś. Wielka Morgana Pendragon. Nie jestem zainteresowany zdradą.

Pokręciła głową.

– Nie możesz sądzić, że nie jestem lojalna tylko dlatego, iż nie miałam osoby, wobec której mogłabym być. Powiedziałeś prawdę, Merlinie. Albo razem, albo wcale. Bez ciebie zginę, przepadnę… stracę sens – westchnęła lekko, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi. – Mam wrażenie, że od kiedy tu wszedłeś minęły całe lata. Jakbym stała się inną osobą. Nie wiem, jak jeszcze rano mogłam sobie wyobrażać, że dam radę rządzić sama.

– Mówisz szczerze – powiedział z lekkim zdziwieniem w głosie, przeszywając ją wzrokiem.

– Mogę przysiąc, jeśli chcesz – odparła, jakby zinterpretowała jego wypowiedź jako pytanie.

– O, tak, przysięgniesz – Merlin opadł z powrotem na oparcie tronu.

– Na co? – zapytała ze zrezygnowaniem.

Wyglądała na rozczarowaną, że jej zapewnienie nie wystarczyło. Merlin poczuł się z tym źle.

– Nie chodzi mi o taka przysięgę, o jakiej pomyślałaś – stwierdził uspokajającym głosem. – Przysięgniesz przy wszystkich. Na swoją krew. Potem otrzymasz ode mnie obrączkę. A na samym końcu nałożę na twoja głowę koronę.

Gwałtownie uniosła spuszczoną wcześniej głowę.

– Tak, wiem, to niezbyt romantyczne oświadczyny. Zrobię to jeszcze raz, później – odchylił się w jej stronę z  czarującym uśmiechem. – A teraz proszę, Morgano. Podejdź do mnie. Usiądź obok.

Wyglądała na nieco oszołomioną. Odwzajemniła jego uśmiech, odzyskując część pewności siebie. Zrobiła dwa kroki w prawo, a potem weszła na podwyższenie i stanęła przed tronem, na którym siedziała przedtem. Odwróciła się w stronę sali powoli, chwytając fałdy sukni i usiadła. Zwróciła głowę w stronę Merlina, który patrzył na nią z zadowoleniem. Mężczyzna położył swoją rękę na oparciu i wystawił w jej stronę otwartą dłoń. Morgana przygryzła wargę i splotła ich palce.

CDN

Morgause de Saint

Twórczość Jedynkowicza

Wiadomość była jasna. Pozbył się przyjaciela z łatwością i teraz wspinał się na dach budynku po wąskich, pożarowych schodach. Było mu gorąco, ale nie zdjął szalika. Otworzył ciężkie drzwi i wyszedł na zewnątrz. Parzące promienie słońca opadły na jego twarz, wyjątkowo parny dzień wybrali sobie na konfrontację. Drugi mężczyzna już na niego czekał. Mimo pogody miał na sobie świetnie skrojony, błękitny garnitur z metką Westwood, która niemal wystawała zza jego paska. Dobrze, może nie wystawała, on po prostu to zauważył, we właściwy sobie sposób, mniejszą uwagę skupiając już na białej koszuli z zaokrąglonym kołnierzykiem i wzorzystym krawacie. Czyżby czaszki? Czarne włosy zaczesane były gładko do tyłu i błyszczały lekko od żelu. Na jego widok mężczyzna uśmiechnął się szeroko, bez sympatii, ale również bez żadnej nutki gniewu. W połączeniu z iskrami w jego oczach, był to raczej uśmiech szaleńca, który dostał w ręce swoją ulubioną zabawkę.

– Witaj – powiedział radośnie, zakładając ręce za plecami. – Miło mi, że zdecydowałeś się dołączyć.

– Tak, mnie też – podszedł bliżej, okrążając mężczyznę i wychylając się poza krawędź dachu.

– Wysoko, prawda? – ostentacyjne strzepnięcie z garnituru niewidzialnych pyłków i mężczyzna już dołączył do niego przy krawędzi.

– O czym chciałeś porozmawiać, że wybrałeś tak dramatyczne miejsce?

– Och, miejsce jest idealne. Lubię cię, poświęciłem ci mnóstwo czasu, ale oczywiście z korzyścią dla mnie, dzięki temu całe to życie nie było aż takie nudne. Jednak czas się pożegnać. Każda gra kiedyś się kończy, ktoś wygrywa, a ktoś przegrywa.

– A ty jesteś pewien, że wygrasz.

– Już wygrałem.

Mężczyzna wskazał ręką budynek naprzeciw. Nowoczesny biurowiec ze ścianami jakby ze szkła, ze względu na liczbę okien.

– O, tam – wskazał na piętro na wprost nich – jest mój przyjaciel.

– Dobrze jest mieć przyjaciół – odparł, zachowując twarz bez wyrazu.

– Teraz popatrz w dół.

Pod budynkiem szpitala zatrzymała się czarna, londyńska taksówka. Wysiadł z niej ktoś, kto nie powinien tutaj teraz być.

– Taak, w rzeczy samej, cudownie. Myślałeś kiedyś jak to jest: nagle ich nie mieć i to z własnej winy?

– Myślę o tym cały czas.

Mężczyzna wskazał teraz drobny budynek przypominający warsztat – tuż u stóp szpitala.

– Tam też chyba kogoś znam. I w pobliżu twojego mieszkania. I tam, gdzie pracujesz. Takie… rozstawienie pionków.

– Czego oczekujesz? – jego głos po raz pierwszy zadrżał. Cena była zbyt wysoka, aby dyskutować.

– Mówiłem, gra skończona. Ostatni ruch to zbicie króla – ciebie – lub twoich pionków, co spowoduje, że zbijesz się sam – ten sam radosny uśmiech. – Wybór należy do króla.

`No greater love hath a man than he lay down his life for his brother.`

Osoba, której nie powinno tu wcale być, zmierzała do budynku, więc wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer, który znał na pamięć. Zatrzymała się.

– Byłem w domu, fałszywy alarm, nie mam pojęcia, jak to się stało. Gdzie jesteś i dlaczego dzwonisz? Zawsze piszesz.

– Wybacz mi – powiedział spokojnym głosem, choć po jego policzku spłynęła łza. – Przykro mi, że cię w to wmieszałem, ale to była moja rozgrywka.

– O co chodzi? Ja… gdzie jesteś i dlaczego tak brzmisz? Wchodzę właśnie do szpitala.

– Stój tam, gdzie stoisz! Nie ruszaj się!

– Dobrze, spokojnie, stoję.

– Popatrz w górę.

Popatrzył. I dostrzegł go na krawędzi.

– Żadna nagroda cię za to nie spotka, kompletnie nic – mężczyzna za nim spacerował wzdłuż krawędzi, jednak odsunięty od niej. – Nic za to nie dostaniesz. Wciąż nie rozumiem, dlaczego chcesz to zrobić. Nigdy nie zrozumiem ludzi.

`Not for millions, not for glory, not for fame.`

– Ktoś jest tam z tobą?

– Nie, nikogo nie ma. Tylko ja i moje myśli.

– Nie rozumiem, dlaczego…

– Ja też nie. Nie wiem też, dlaczego dzwonię. Ale to chyba to, co ludzie robią. Zostawiają listy.

– Ja… wyjaśnij mi, zasługuję na wyjaśnienie.

Wciśnięcie przycisku ‚rozłącz’ kosztowało go wiele wysiłku. Nigdy się do tego nie przyzna, nikt nikomu o tym nie powie. Nikt nigdy się nie dowie.

Ale po deszczu przyjdzie słońce i życie i to o wiele lepsze, niż nie angażowanie się. Skoro w grze ktoś musi zginąć, niech to będzie ten, który nie poradzi sobie bez życia, nie samo życie. Król i pionek to pojęcia względne, czasem siedzisz, czasem klęczysz, zależnie od kart losu. Tym razem królem był on, bo to on decydował, kogo ocalić. A prawdziwy król dba o innych, nie o siebie, prawda? W tej krótkiej chwili świat się skończy i jednocześnie zostanie ocalony, nadejdzie ból, ale dzięki niemu szczęście. Nigdy nie był tak zdecydowany. Odetchnął głęboko. Serce, jak zwykle wbrew rozumowi, waliło jak szalone, przeczuwając, co ma się wydarzyć. Mężczyzna z tyłu wydał z siebie zadowolony pomruk.

Zrobił krok.

`For one person, in the dark where no one will ever know and see’

Morgause de Saint

Kontynuacja na blogu: http://morgause-de-saint.blogspot.com/

Przeczytasz moją książkę?

Większość nastolatków w moim wieku to normalni ludzie, mają szczęśliwe rodziny, których harmonię mogą zakłócić tylko jakieś drobne sprzeczki, nie wiedzą co ich czeka w przyszłości i żyją chwilą. Tylko ja jestem odmieńcem. Ja posiadam ten przeklęty „dar”. Miewam sny prorocze, które jakoś zawsze się spełniają. Wszystko zaczęło się pewnej nocy, gdy wróciłam z imprezy. Przyznaję, za dużo wtedy wypiłam i ktoś dał mi do spróbowania pewną tabletkę. Widziałam po tym różne dziwne rzeczy, jak różowe nietoperze, jednorożce z fioletowymi grzywami i mnóstwo takich. Nie wiem jak dotarłam do domu, ale podejrzewam, że nie było łatwo zwracając uwagę na stan, w którym się znajdowałam.

Wróciwszy do domu, podpełzłam do swojego pokoju i od razu rzuciłam się na łóżko. Nie minęło dużo czasu, a już spałam jak zabita. Śnili mi się moi dziadkowie podczas powrotu z sanatorium. Śniła mi się ich śmierć. Widziałam jak jechali samochodem, radośni i wypoczęci nucili jakąś piosenkę z repertuaru Elvisa Presleya. Nagle, ni stąd, ni zowąd przejechała obok ich samochodu trójka motocyklistów, pędzili jak szaleni, ich liczniki przekraczały wtedy 170 km/h. Kiedy w końcu hałas ich silników ustał, nastąpił wybuch. Był tak ogłuszający, że zbudziłby niejednego trupa pod ziemią. Po chwili auto dziadków, pod wpływem drgania ziemi, oderwało się od jezdni i zaczęło koziołkować do tyłu. Na wprost ich oczu ukazała się wielka chmura dymu i ognia. Potem nie widzieli już nic, odeszli.

Obudziłam się nad ranem przed oczami ciągle mając tamten dzień, w ustach czując dym i pocąc się niemiłosiernie. Czym prędzej zbiegłam na dół, do kuchni, gdzie mama przygotowywała niedzielne śniadanie.

– Mamo! Mamo! Nie uwierzysz, co mi się śniło! To babcia, dziadek…oni…zagraża im niebezpieczeństwo ! Oni muszą zostać jeszcze tydzień w sanatorium! – krzyczałam ze łzami w oczach. Mama spojrzała na mnie z niedowierzeniem. „Jest piękna, odziedziczyła urodę po babci” –pomyślałam odruchowo. Taka była rzeczywiście. Długie blond włosy łagodnie opadały jej na ramiona, ubrana w krótkie szorty i szarą bluzę taty wyglądała jak siedemnastolatka, a nie dorosła kobieta, która urodziła dziecko. W prawej ręce trzymała patelnię, a w lewej widelec. Robiła jajecznicę. Teraz stała wbita w ziemię i z rozszerzonymi oczami wpatrywała się we mnie.

– Ale co ty mówisz, Lui. Dziadkom nic nie zagraża, dzisiaj wracają i nie mogą…

– Nic nie rozumiesz! Oni zginą, mamo! Dzisiaj jest ich dzień! Widziałam to… Znowu miałam sen.

– Opowiedz nam o nim – poprosił tata, który dotychczas siedział przy stole i w milczeniu czytał gazetę.

– Podczas dzisiejszego powrotu przejedzie koło nich grupa motocyklistów. Po chwili nastąpi wybuch, ich samochód odrzuci do tyłu, a oni sami zginą w tym czasie! Miasto spłonie! – wykrzyknęłam jednym tchem.

– Hmm.., nie wydaję mi się żeby było to wiarygodne, Luizo. Chyba potrzebujesz porady lekarza, umówię cię na wizytę u psychologa na następny tydzień, zgoda? – spytał ojciec uśmiechając się do mnie.

– Nie! Nic nie rozumiecie! Mamo, powiedz mu! – z rozpaczą w oczach gapiłam się na matkę, a ona stojąc przy stole, obgryzała paznokieć. Zaczynałam panikować.

– Dobra, zgoda, zadzwonię do nich. – powiedziała i od razu zaczęła wybierać numer telefonu babci.

Opadłam na krzesło. „Jak oni mogą mi nie wierzyć? Przecież to rodzice matki, zwłaszcza ona powinna to zrozumieć…” – myślałam gorączkowo.

– Ostrzegłam dziadka, żeby jechał dziś ostrożnie, obiecał, że pojadą prosto do domu i postarają się trzymać z dala od dużych miast. Jednak wyjechać muszą dziś, ich termin urlopu właśnie się kończy. Nic więcej zrobić nie możemy, bądź spokojna, wszystko będzie dobrze. – rzekła mama podając mi talerz z pachnącą jajecznicą i świeżymi bułkami.

– Nie jestem głodna. – powiedziałam – pójdę do siebie.

Wbiegłam schodami na górę, rzuciłam się na łóżko i rozkręciłam muzykę w słuchawkach. Nic więcej nie dam rady zrobić, mój sen się sprawdzi, dziadkowie umrą, a mama będzie miała wyrzuty sumienia, że mi nie uwierzyła. Co jeszcze mogę zrobić?

Od tamtego czasu minęły już dwa lata. Pogrzeb dziadków odbył się trzy dni po tamtej niedzieli. Nie poszłam na niego. Mama się załamała i wpadła w depresję. Dni mijały monotonnie, wszyscy mieli mi za złe, że przepowiedziałam śmierć dziadkom. A przecież ja ich ostrzegałam. Mam teraz 17 lat, moi rodzice się rozwiedli pod wpływem częstych sprzeczek na mój temat, a ja sama mam na swoim koncie ogromne wybryki w szkole, parę bijatyk, pyskowanie do nauczycieli i kilkakrotne zażycie narkotyków. Cóż, wyrosło ze mnie niezłe ziółko.

Jestem właśnie na komisariacie. Za chwilę będę miała rozmowę na temat mojego ostatniego wybryku w budzie. Rozniosłam klasę chemiczną. Dosłownie. Stworzyłam masę pirotechniczną, o której ostatnio mówiliśmy na chemii i tydzień później podłożyłam ją pod biurko nauczyciela po skończeniu lekcji. Wybuch nie był taki, jak się spodziewałam, ale przynajmniej eksplodowało biurko, przednie ławki oraz szafki z probówkami. Wszędzie pełno szkła, a w środku tego bałaganu zdenerwowana pani Miller krzycząca w niebogłosy „SOBESTO! Natychmiast do mnie!”. Jedyne, co mnie ciekawi, to to, skąd ta głupia krowa wiedziała, że to akurat moja wina? Żeby okazać jeszcze odrobinę dumy, wchodząc do klasy krzyknęłam udając zaskoczenie :

– Jezus, Maria! Co tu się stało? – i patrzyłam jak wściekła Millerowa dostaje furii , zaczyna tupać nogą o podłogę rozgniatając tym samym resztki probówek, które leżały porozsypywane na całej powierzchni.

 

Marta Perska

Bez nawracania

„Zabierz mnie do kościoła(…) dobry Boże, pozwól mi oddać Ci me życie” –Nie, w żadnym wypadku nie mam zamiaru Was nawracać 😉 W końcu piszę tu nie o waszych poglądach, lecz o muzyce. A tak właściwie: kto z Was, drodzy czytelnicy, zainteresowałby się piosenką wiedząc, że jej tłumaczenie ma dokładnie taki sens? Pomyślelibyście: O nie, kolejny „nawiedzony”, który poprzez swoje utwory próbuje wpoić słuchaczom jakieś swoje idee. Przyznam, że i ja nie byłabym do końca zainteresowana taką piosenką, gdyby nie to, że usłyszałam ją w radiu i od razu ujął mnie głos wokalisty. Hozier, a właściwie Andrew Hozier- Byrne, to młody (bo niespełna 24-letni) muzyk pochodzenia irlandzkiego. I tu pojawia się rozwiązanie naszej zagadki- w krajach celtyckich popularne są piosenki o tematyce religijnej i kościelnej, tak więc artysta ten wcale nie okazał się dziwakiem i odmieńcem 😉 „Take me to church” jest według mnie utworem wyjątkowym, genialnym a sam refren przyprawia mnie o ciarki na plecach. Piosenkarz oprócz zdolności wokalnych, ma również niesłychany talent muzyczny, gdyż znakomicie gra na gitarze i zanim zajął się śpiewaniem, był gitarzystą w zespole, który założył wraz z kolegami. Kiedy wystukuję jego nazwisko w google, to wikipedia niestety nie rozpisuje się na jego temat. Wiadomo-on dopiero zaczął istnieć na rynku muzycznym. We wrześniu ukazał się jego debiutancki album ‘Hozier’. Pomimo tego, iż utwory znajdujące się na płycie mają raczej charakter sakralny i patetyczny, zachęcam Was do odsłuchu. Nie musicie skupiać się na słowach, po prostu zamknijcie oczy, wsłuchajcie się w jego głos i….magia!

Paulina Stachowska

h

PODSŁUCHANE, PODEJRZANE, SPISANE

Ten dział jest jak kameleon – wtapia się w tłum tych całkiem poważnych artykułów, które znajdziecie na stronie Zajawki. Mam nadzieję, że potraktujecie go z przymrużeniem oka, a jego krótka treść sprawi Wam choć odrobinę radości, tak jak mi jej skompletowanie.

***

Ostatnio dowiedziałam się…

…o istnieniu organizacji Mars One, która planuje osiedlić ludzi na Marsie już w 2025 roku. Początkowo ma to być drużyna, składająca się z osób, wybranych z pośród 202 tysięcy 586 chętnych (w tym 1942 Polaków). Pieniądze na realizację tego projektu mają pochodzić z ogólnoświatowego reality show, pokazującego życie „przyszłych Marsjan”, przygotowujących się do misji. To, co jest chyba najbardziej kontrowersyjne, to brak technologii umożliwiającej powrót – ma to być wyprawa w jedną stronę…

***

Ostatnio podsłuchałam…

…rozmowę ze szkolnej ławki:

-A Ty to lubisz tak występować na scenie?

-A co mi tam po lubieniu. Musiałam zrobić z siebie idiotę, to zrobiłam. I tyle, trudno.

***

Ostatnio odkryłam…

…profil na Instagramie Murada Osmanna, który fotografuje świat z dość nietypowej perspektywy: na każdym zdjęciu widać dziewczynę artysty, prowadzącą go za rękę na tle pięknego krajobrazu.

Warto zajrzeć: http://instagram.com/muradosmann

***

Ostatnio zobaczyłam…

…że w Japonii wymyślono nowe zastosowanie dla łóżeczek przeznaczonych dla dziecięcych lalek z IKEI – jak się okazało, są one idealnym legowieskiem dla… kotów. Czyż to nie urocze?

ikea-duktig-bed-hack-cat-bed-19

Magdalena Bortel

Magia liczb Fibonacciego

Czas na kolejną porcję naszej ukochanej matematyki. Dzisiejszy artykuł powinien przypaść do gustu biologom, ponieważ zajrzymy do świata roślin i zwierząt.
W dziele pt. „Liber Abaci” z 1202r. Leonardo z Pizy zamieścił takie oto zadanie:
Ile par królików może sprowadzić na świat jedna para w ciągu roku, jeśli: 1) każda para rodzi nową parę w ciągu miesiąca, a ta nowa para staje się płodna w następnym miesiącu; 2) króliki nie zdychają?

Continue reading

„We can find another way”

– Gdybym był na jego miejscu?

– Nie jesteś na jego miejscu. Nie ma sensu o tym teraz dyskutować.

– Mógłbym być. Co byś wtedy zrobił?

*

Szara peleryna zabrana bez wiedzy właściciela powiewała za jeźdźcem. Nie można było dostrzec jego twarzy ze względu na obszerny kaptur nasunięty na oczy, ale również dlatego, że jeździec pędził w zawrotnym tempie. Stojącym na nocnej warcie rycerzom wydał się zaledwie szarą smugą i choć jeden z nich dostrzegł zarys jego sylwetki, nic nie powiedział swoim towarzyszom. Oni zaś przetarli w zdumieniu oczy i zgodnie uznali to za wynik zmęczenia, choć żadnego z nich tej nocy nie opuścił niepokój. Niepotrzebnie, gdyż jeździec dawno był już daleko stąd.

*

Rankiem król zauważył, że sługi nie ma w jego namiocie.

*

Artur chciał rzucić wszystko i wyruszyć na poszukiwania Merlina. Jednak jego rycerze byli już gotowi do drogi, zachęceni do walki jego ostatnim wyczynem. Izolda znów wydawała się być pod wrażeniem jego oddania słudze, ale tym razem nawet Gwen nie podzielała jego obaw.

– Merlin wyglądał wczoraj na wzburzonego. Pewnie martwi się o Gajusza, nie wie, co się z nim dzieje. Ale zdaje sobie na pewno sprawę z tego, że teraz to on jest twoim medykiem. Pewnie szuka ziół, jak zwykle kiedy chce zejść ci z oczu, a one mogą się przydać, kiedy już dostaniemy się do Camelotu.

– Gwen, on zniknął bez słowa. Jesteśmy w środku lasu. Morgana jest królową.

– Sam mówiłeś, że nie powinien iść za tobą w ogień, kiedy nie umie nawet dobrze chwycić miecza.

– W takim razie ty też powinnaś zostać z tyłu – odpowiedział, jednak nie próbował jej przekonać.

Czuł dziwną bezradność, charakterystyczną dla momentów, kiedy Merlina nie było przy nim, a on nie wiedział, gdzie jego sługa dokładnie jest. Ale teraz, co najdziwniejsze, nikt tego nie zauważał. Sądził, że Merlin przyjaźnił się z rycerzami, a już na pewno z Gwen – jednak jego ukochana wzruszyła tylko ramionami, a tamci szykowali się do walki, zupełnie o nim nie pamiętając.

W powietrzu wisiało coś dziwnego.

*

Tak jak wcześniej on nie spodziewał się ataku, tak teraz nie spodziewała się go Morgana.

Oczywiście, nie znaczy to, że nie była przygotowana. Pewnym było, że prędzej czy później Artur – nieważne jak rozbity – wróci. Nie sądziła jednak, że jej brat będzie w stanie pozbierać się tak szybko. Na nieszczęście Artura, Morgana była wychowanicą króla dość długo, aby poznać wszystkie sekrety zamku równie dobrze jak on. Przy każdym teoretycznie sekretnym wejściu czuwały straże. Siłą Artura było to, że Morgana nie mogła przewidzieć, które przejście wybierze Artur i poważnie uszczupliła swoje właściwe straże, obstawiając każde z nich.

W środku rycerze rozpierzchli się. Ktoś poszedł po uwięzionych – Artur ruszył jednak wprost do Sali Tronowej. Przy końcu korytarza zorientował się, że towarzyszą mu tylko Gwen, Tristan i Izolda. Reszta musiała się zająć wojskami czuwającymi po drodze.

Były król, córka kowala oraz przemytnik i jego ukochana przeciw samotnej Morganie. Jego siostra miała przewagę.

*

(niniejszym następuje pierwsza wersja wydarzeń, czujcie się ostrzeżeni)

Merlin dotarł do murów zamku na długo przed świtem. Czuł się zmęczony – najpierw zaklęciem, a potem szaleńczym galopem. Z północy dął mroźny wiatr przemocą wdzierający się do płuc, a las szumiał dziwnie i coś w jego głębi wydawało niepokojące odgłosy. Zmysły Merlina były jak otępiałe, a w jego głowie brzmiało echo słów Artura. Decyzja, którą podjął jakiś czas temu, ciążyła mu na sercu, ale nie miał zamiaru jej zmieniać. Dawna rozmowa z Morganą po chwili wysiłku zastąpiła króla błądzącego w jego myślach.

– Nie musi tak być. Możemy znaleźć inną drogę.
– Nie ma innej drogi.

Nie ma innej drogi. Już nie ma potrzeby się ukrywać.

Wybrał główną bramę. Już nigdy nie będzie się ukrywał, nie będzie udawał idioty i tchórza. Strażnicy wystawili przeciw niemu lśniące w blasku księżyca halabardy – on wysunął w ich stronę dłonie i zacisnął pięści. Gdyby przetrzymał ich trochę dłużej, opadliby na ziemię bez życia. Merlin cofnął zaklęcie i minął żołnierzy, nie patrząc jak w omdleniu osuwają się po ścianach. Dwóch rycerzy, których imion nie zamierzał sobie przypominać, zakreśliło w powietrzu idealny łuk i upadło z hukiem na szare kamienie. To mogło kogoś zaalarmować, ale dla Merlina nie miało to już żadnego znaczenia. Ruszył prosto przez środek dziedzińca, zostawiając za sobą pokonanych strażników. Wrota zamku rozwarły się przed nim gwałtownie, odbijając się od ścian. Pochodnie przed nim same stawały w ogniu. Kilku kolejnych rycerzy upadło na podłogę, ledwo go zauważając. Tępy ból głowy stawał się nie do zniesienia… Nagle wszystko ustało.

Merlin odetchnął, z ulgą wypuszczając z płuc powietrze. Poczuł się jak nowo narodzony. Poczucie winy zostało za nim, w poprzednim korytarzu, teraz liczył się tylko ból, tylko gniew, tylko zemsta. Zrealizowanie planu. Dopięcie swego. Stary Merlin, ten, który jeszcze przed chwilą był tak głośny, nadal podsuwał mu gorzkie myśli – że triumf nad przyjaciółmi nie zapewni mu satysfakcji, że droga, którą wybiera, nie przyniesie mu szczęścia, że nie spełni on już swojego przeznaczenia. Ale z każdym dniem Merlin miał coraz bardziej dość. Lancelot, który znał prawdę, oddał życie za coś, co nie ma tak naprawdę wartości, jaką powinno mieć.

Merlin chciał pozostać po dobrej stronie, ale taka już nie istniała. Jakkolwiek by się starał, Artur pozostanie synem Uthera. Cokolwiek by zrobił, Artur mimo wszystkich swoich zalet nie poradzi sobie sam przez moment.

Artur wciąż będzie przeprowadzał egzekucje. Nigdy nie zmyje litością magicznej krwi ze swoich rąk.

Nie wspominając o tym, że dwie godziny temu w królu nie było ani grama litości. Próbując nie przypominać sobie słów Artura, rozbrzmiewających nad szubienicą, ani tych, jakie wypowiedział Merlinowi prosto w twarz.

Król żyje w słodkiej nieświadomości. Dlatego jego serce jest całe. Ale również dlatego król nie poczuł, jak serce jego sługi jest łamane.

Wyrzuty sumienia wydają się już śmieszne. Dopóki jego serce mogło czuć Artura blisko siebie, jako dzielnego i dobrego człowieka, nigdy nie pojawiła się w nim myśl, aby sprzeciwić się przeznaczeniu. Ciężar jego losu był niczym, przeznaczenie – tylko drogowskazem, ale to Merlin wiedział, dlaczego oddałby wszystko za Artura Pendragona. To wszystko, za co Merlin kochał go jak brata, nie ma już jednak większego znaczenia. Powinno mieć – ale nie ma. Jest tylko pustka. Czarna, ziejąca tą pustką dziura. W miejscu, w którym powinno być serce.

Ale, kiedy ból ustał, Merlin poczuł, że pozostał w nim z tego serca jeszcze kawałek. Kawałek o ostrych krawędziach, jak fragment potłuczonej tafli szkła. Ale on też powinien potrafić czemuś się poświęcić. Czemuś, co nie będzie w stanie pokruszyć go jeszcze drobniej.

Rycerz, który wybiegł mu na spotkanie, był samotny. Merlin powstrzymał jego miecz, niedbale machając ręką, a potem podszedł bliżej niego.

– Nie musisz się mnie obawiać – powiedział brzmiącym złowrogo szeptem. – Wystarczy, że oznajmisz swojej pani, że przybyłem do niej na spotkanie.

Merlin wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że potrafi wyartykułować takie dźwięki. Nigdy nie miał okazji spróbować. Żołnierz wyglądał na wystraszonego. Zauważył w jego oczach to samo, co było w oczach Morgany, to było pewne. Niemal mu się ukłonił, podniósł miecz, ale szybko schował go do pochwy i zniknął w kolejnym korytarzu. Merlin postał jeszcze chwilę w miejscu, wyglądając przez okno na dziedziniec. Dzwon zabił kilka razy, ale już się uciszył. Morgana najpewniej sprawdziła już, że tajne wejścia są nietknięte, a gość, którego opisał jej rycerz, przybył do niej sam. Pewnie uznała to za głupotę. Na początku, zanim żołnierz powiedział jej, że przybysz zostawił za sobą ślad składający się z nieprzytomnych Południowców. Niewiedza wzmaga strach.

Teraz Merlin już się tak nie spieszył. Powoli stawiał swoje kroki, z przyjemnością wysłuchując ich dźwięku. Przez całe życie sprawnie i szybko przemykał wśród innych ludzi, nie zwracając na siebie ich uwagi. Od dziś to inni będą usuwać mu się z drogi.

Merlin wszedł do Sali Tronowej. Splótł ręce za plecami, kiedy zorientował się, że lekko drżą. Pewność wyboru i własnej siły nie zwykły uciszać nerwów. Mógłby zdobyć to samemu, ale nie chciał być już dłużej samotny. Poza tym, bez Morgany byłoby smutno. Bez niej byłby samotny. I wiedział, że może sprawić, aby Morgana była szczęśliwa. Jeżeli tylko zechce być.

Drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Tym razem to nie była jego zasługa, ale też nie był zbytnio zaskoczony. Mógł się spodziewać, że kiedy wejdzie do gniazda wroga, nie wypuszczą go zbyt chętnie. W Sali panował półmrok. Sztandary i herby zdarte przemocą ze ścian leżały wokół filarów, jakieś drobiazgi i puchary do wina pobrzękiwały lekko, gdy któryś ze strażników potracił je przypadkowo. Szepty urwały się nagle.

– Wynosić się – głos Morgany miał w sobie jakąś metaliczną siłę. Merlin dawno go nie słyszał, zdawało mu się, jakby zmienił barwę na bardziej ostrą.

Nie bardzo miał pojęcie, kim byli zebrani tutaj ludzie, ale nie musiał się tym przejmować, gdyż polecenie Morgany było nad wyraz jasne. W mroku panującym u końca długiej sali Merlin niczego nie dostrzegł, ale usłyszał otwierane i zamykane w pośpiechu boczne drzwi. Opanował drżenie rąk i ruszył naprzód wolnym krokiem. Miał nadzieję, że dawny Merlin nie odezwie się w jego głowie w najmniej odpowiednim momencie. Pochodnie zapaliły się efektownie, gdy, w niemal całkowitej już ciemności, dotarł prawie do samego tronu. Szedł tą droga tyle razy, że nikt nie musiał mu mówić, w jakim miejscu się znajduje. Wzrok skierował na posadzkę. I bez patrzenia przed siebie doskonale widział w swojej głowie zaskoczoną Morganę.

To wszystko było przecież bez znaczenia, naprawdę. Bez znaczenia było, że to najpotężniejsza wiedźma na ziemi. Nie miało znaczenia to, że była prorokinią. Jakże śmieszny wydawał się rycerz, który opisał jej przybysza. To nie mógł być Merlin. Ten mężczyzna w niebieskiej koszuli i brązowej, skórzanej kurtce nie mógł być Merlinem. Człowiek, który wszedł do zamku jak do siebie, wręcz zmuszając ją do przybycia tutaj, nie mógł nim być. To wszystko przecież… było kompletnie bez znaczenia. To niemożliwe.

A jednak, pomyślał mściwie Merlin. Bez względu na plany, wiedźma nadal nie była jego sprzymierzeńcem. Wyjście jej pewności naprzeciw zawsze było satysfakcjonujące.

– Merlin? – ton jej głosu utracił twardą barwę, ale tak naprawdę nie stracił na sile.

Mężczyzna uniósł wzrok.

Morgana miała na sobie swoją czarną jak pochmurna noc, koronkową suknię. Ciemne loki, przewiązane w pośpiechu kilkoma rzemykami, opadały na jej ramiona w nieładzie. Zaskoczenie już znikło z jej zmęczonej twarzy. Tak, zmęczonej. Merlin domyślał się, że w obecnej sytuacji nie spała zbyt wiele. Cienie pod oczami nie były jednak aż tak widoczne, zwłaszcza, kiedy Morgana uśmiechała się promiennie, jak teraz. Myśli, że ma cię w garści. Dawny Merlin widocznie postanowił się odizolować i zwracać się do niego w drugiej osobie. To było nawet zaletą. Myśli dawnego Merlina nie zaprzątał misterny plan ani zwątpienie w Artura, może dlatego, że on sam był właśnie myślą… Dopiero po chwili Merlin dostrzegł stojącego po prawej stronie tronu umięśnionego, czarnoskórego wojownika w bogatej, ale skórzanej zbroi. Mężczyzna miał pewny siebie wyraz twarzy, trochę zbyt dumny. Stał oczywiście na drodze, ale w tym momencie nie miał już dla Merlina żadnego znaczenia. Żaden wojownik mu nie przeszkodzi, to rzecz, której mógł być pewien.

– Morgano – Merlin opadł przed nią na jedno kolano, jak rycerz podczas pasowania, i szybko wstał.

Kolejny błysk zaskoczenia. Cóż, Merlin był prawdopodobnie ostatnią osobą, która miałaby się przed nią pokłonić dobrowolnie, wliczając samego Artura. Jakkolwiek oddalili się od siebie już dawno temu, Morgana bardzo dobrze znała jego hierarchię wartości. Przynajmniej taką, jaką wyznawał wtedy. Nie nazwał jej jednak królową, co było dość proste do zinterpretowania.

– Więcej szacunku, psie! – wycharczał ciemnoskóry mężczyzna, prawdopodobnie przywódca pomagających Morganie Południowców. – Wchodzisz tu jak do siebie i mówisz do swojej królowej!

– Nie bądź niegrzeczny, Heliosie. Merlin rozmawia ze mną, nie z tobą – powiedziała Morgana, odzyskując rezon.

– Masz rację… Heliosie. Wszedłem do siebie i rozmawiam ze swoją królową – słowo „swoją” zaakceptował w taki sposób, jakby wiedźma rzeczywiście była jego własnością, chociaż jego twarz pozostała spokojna i skupiona.

Morgana zadrżała. Dobrze. Helios wręcz zagotował się ze złości. Widocznie łatwo się denerwował. Gdyby nie jego karnacja, pewnie by poczerwieniał. Teraz jednak tylko wysyczał coś szeptem, zatrzymywany przez niemy nakaz Morgany. Kobieta odetchnęła głęboko. Merlin niemal czuł zawrotny bieg myśli w jej głowie.

– Zostaw nas samych – rzekła cicho.

Oczywiście, nakaz skierowany był do Heliosa. Wojownik spojrzał na nią z zaskoczeniem.

– Nie oddalaj mnie, pani. Najpewniej znasz tego człowieka, ale nie wyraża on odpowiedniego szacunku w stosunku do ciebie. Chętnie nauczę go odpowiedniego zachowania. Poza tym, nie powinnaś zostawać z nim sama, ten Merlin dotarł aż tutaj, zostawiając za sobą omdlałych rycerzy…

– Czy ty mi właśnie wydałeś rozkaz? – jej głos był stanowczo zbyt cichy. Niebezpieczny. Obiecujący.

Merlin przeniósł ciężar ciała na druga nogę, miał ochotę odchrząknąć. Z pewnością oblizał wargi, kiedy pozbywał się go ze swojej głowy.

– Nie, oczywiście, że nie, pani. Wybacz, jeśli to tak zabrzmiało – starał się wyglądać pewnie, w końcu miał pod sobą armię wojowników.

Nie był jednak dość silny. Stracił siłę, poddając się urokowi Morgany. Pozostał mu teraz tylko strach i nadzieja na użyteczność. W kręgach, w jakich zdecydował się żyć, nieużytecznych się wyrzuca.

Merlin uśmiechnął się lekko. W żadnym wypadku wesoło, po prostu z satysfakcji. Wiedźma potrafiła doskonale interpretować ludzkie emocje.

– Skoro tak, nie widzę powodu, dla którego miałbyś nie wykonać mojego polecenia – spojrzała na niego z ironicznym uśmiechem. – Wynoś się.

Mężczyzna z desperacją starał się zachować pewność siebie. Spojrzał na Merlina z pewna dozą wyższości i odwrócił się w stronę bocznych drzwi. Czarownik wytrzymał spojrzenie i przeniósł wzrok na Morganę. Wyglądała na zaciekawioną.

– Nie jesteś tym, kim byłeś. Ani tym, kogo udawałeś – wiedźma rozsiadła się wygodnie na tronie, skupiona na odgłosach kroków Heliosa.

– Zaskoczona? – spojrzał na nią intensywnie.

– Jeszcze nie.

Bardzo intensywnie. Morgana nie odwróciła wzroku. Każda inna kobieta stopniałaby jak lód, opadła przed nim na kolana. Cóż, ona wyglądała na poruszoną. Na to liczył.

– Zaskocz mnie.

CDN

Morgause de Saint

Powrót „Jeżycjady”

Najczęściej nie lubię serii, które ciągną się latami i mają po kilkanaście tomów. Czytam je głównie z sympatii dla pierwszych części (bo kolejne stają się one z biegiem czasu coraz słabsze) i żyję nadzieją, że autor niedługo zakończy serię z godnością. Istnieje jednak jeden wyjątek – „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz, której dwudziesta już część została wydana w pierwszym tygodniu listopada. I którą oczywiście musiałam mieć już parę dni po premierze.

Muszę przyznać, że podchodziłam do „Wnuczki do orzechów” z pewnym lękiem. Wszystko przez „McDusię”, część wcześniejszą, która niezbyt mi się podobała. Całe złe wrażenie zostało jednak zatarte. Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Dorota Rumianek, ktoś, kto wcześniej w serii się nie pojawił. Dziewczyna mieszka we wsi pod Poznaniem, chce studiować medycynę i posiada takie umiejętności, jak powożenie bryczką (również na stojąco!). Właśnie podczas tego ostatniego zajęcia, znajduje w lecie nieprzytomną Idę Pałys, osobę doskonale znaną wielbicielom „Jeżycjady”. Dzięki temu znajdujemy nawiązania do poprzednich części, które uwielbiam. W tle pojawiają się bohaterowie wcześniejszych tomów, dzięki czemu wiadomo, jakie są ich dalsze losy.

„Jeżycjada” opuściła Poznań i przeniosła się na chwilę na wieś. Nie straciła przy tym na realizmie, przeciwnie – wszystko opisane jest tak dokładnie, że czytelnik może sobie wyobrazić otoczenie, w którym przebywają bohaterowie. Nie są to jednak nużące opisy prosto z „Nad Niemnem”, informacje podane są lekkim językiem, który sprawia, że powieść bardzo szybko się czyta. Ja zrobiłam to przez tydzień 3 razy – raz jak najszybciej (żeby dowiedzieć się, co jest dalej), potem uważnie (zwracając uwagę na wszystkie szczegóły, rozkoszując się treścią) a na koniec powróciłam do kilku moich ulubionych fragmentów (a jest ich dość sporo!).

Książka nie jest gruba (265 stron), a poza treścią ma jeszcze jedną, ogromną zaletę – ilustracje, których autorką jest sama Małgorzata Musierowicz. Dzięki temu wiemy, jak wyglądają bohaterowie, jak się zmienili od czasu ostatniego spotkania z nimi. W przygotowaniu jest też dwudziesta pierwsza część „Jeżycjady” – „Feblik”. Czekam na niego z niecierpliwością. Oby bardziej przypominał „Wnuczkę do orzechów” niż demoniczną „McDusię”.

Ita Jarzembowska