Terecet atmosferyczny

ŚMIERĆ EKOLOGICZNA

Jak co roku, nadszedł czas wspominania zmarłych i odświeżania ich miejsca pochówku. Wraz z tym wiążą się niemałe koszty – trzeba się wyposażyć w dużą amunicję zniczy, bukietów i innych fikuśnych dekoracji jak np. śpiewające figurki (nie polecam, jakby ktoś postawił to na moim nagrobku, chyba bym wstał i wyrzucił). Usiądźmy więc na chwilę i dajmy sobie pomyśleć – A po co to komu?

Nie namawiam oczywiście do całkowitego zerwania ze zdobieniem nagrobków.  Ale też bez przesady – wyobraźmy sobie na chwilę cmentarz we Wszystkich Świętych – masa grobów, a na każdym z grobów – masa zniczy i kwiatów sztucznych oraz prawdziwych. Z moich prostych obliczeń wynika, że ilość śmieci, która znajdzie się w cmentarnym śmietniku, około miesiąc później, wynosi masa2. No i ta cała kolekcja plastiku, tworzyw sztucznych, wosku, liści i zwiędłych kwiatów będzie powoli wsiąkała w ziemię, póki nie zabierze ich śmieciarka… na śmietnisko, (ponieważ wątpię, by komuś chciałoby się to wszystko segregować), a tam ponownie to wszystko będzie się mieszać z ziemią. O dalszych negatywnych skutkach raczej nie trzeba dalej mówić, gdyż każdy słyszał to już setki razy na różnych etapach edukacji.

Co zatem zrobić?

Zacznę od czegoś, o czym często przy takich dyskusjach się zapomina. Całego świata nie zmienimy. Nie od razu. I tak, nasza pojedyncza decyzja, że będziemy to robili inaczej niż inni, ma wbrew pozorom znaczenie. Co więc proponuję? Przede wszystkim elektryczne wkłady – nie dość, że działają znacznie dłużej, to wyglądają z zewnątrz niemalże tak samo, a do tego można w nich wymieniać baterie, które z kolei oddajemy w wiadome miejsca (Biedronka, czy inna Żabka). Ale co z kwiatami? Te sztuczne wytrzymują znacznie dłużej, ale prawdziwe dużo szybciej się rozkładają. Według mnie lepsze są te organiczne. Jak znam życie, podczas następnej wizyty u zmarłego, kwiaty będą wymienione niezależnie od tego jakie są (mogły być zniszczone przez pogodę, albo po prostu mamy taki kaprys, aby je zmienić). Świetnie, rozwiązaliśmy już dwa problemy. Jedyne przedmioty pozostawione na grobach dla zmarłych, które jeszcze przychodzą mi do głowy, to wszelakie figurki. Z nimi sprawa jest w miarę jasna. Wybierajmy po prostu takie, których nie będzie trzeba od razu wyrzucać. Większość problemów załatwiłyby zwykłe pojemniki do segregowania odpadów, wtedy problem ze śmieciami byłby znacznie mniejszy, a zatem używanie biodegradowalnych bądź długotrwałych dekoracji nie miałoby takiego znaczenia.

Czuję, że nie jestem póki co zbytnio odkrywczy, ale to nic – niektóre rzeczy czasami trzeba powiedzieć, choć się wydają oczywiste. Także, po tych formalnościach przejdziemy do deseru, albowiem okazuje się, że…

Zakopywanie trumien z rozkładającymi się ciałami jest szkodliwe, a do tego kosztowne i zabierające dużo miejsca. Czyli co – kremacja? Jest ona przede wszystkim znacznie tańsza, ale czy zdrowsza dla środowiska? Powiedzmy, że jest to nieco lepsze rozwiązanie, aniżeli grzebanie, lecz wraz ze spalaniem wiąże się kwestia zużycia masy elektryczności, która jest potrzebna, by podgrzać ciało do żądanej temperatury, używa się przy tym również gazu ziemnego, a opary, które wydobywają się z kominów krematorium mają w sobie rtęć. Oczywiście istnieją różne sposoby, by rozłożyć ciało człowieka tak, by nie wytwarzać prawie w ogóle zanieczyszczeń, ale te rozwiązania mają jedną wadę – są kosztowne.  No więc, jak (nie)żyć? Najlepiej by było, gdybyśmy… zakopywali zwyczajnie ciała bez trumien. Jest to sposób tani i korzystny dla otoczenia, ponieważ nasze szczątki ulegną biodegradacji. Choć Ci najbardziej radykalni ekolodzy woleliby układać w ziemi jedno przy drugim, uważam, że powinniśmy pamiętać o pierwiastku człowieczeństwa i z szacunkiem wyznaczać miejsca na kolejne groby, tak aby każdy zmarły miał swój pomnik – trochę na wzór amerykańskich cmentarzy.

“Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” – przypomina mi o tym, że śmierć to złączenie się z naturą. Według tego, w co większość z nas wierzy, rzeczy materialne nie przydadzą nam się w zaświatach. Oczywiście, pamiętajmy o tych, co odeszli i oddawajmy im cześć – ale bądźmy w tym rozsądni. W końcu jeśli ludzie śmiertelnie narażą środowisko, to kto ich pochowa?

            Mikołaj Płóciniczak

źródło: 1


PO ILE ZA KILOGRAM?

UWAGA! Na czas czytania artykułu radziłabym odstawić na bok wszelkie produkty spożywcze. Dziękuję.

„Jesteś tym, co jesz.” W takim razie tylko kanibale zachowują człowieczeństwo.

Ten temat wydaje się być bardzo kontrowersyjny i nieodpowiedni dla osób wrażliwych psychicznie, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nigdy nie zastanawiał się, jak smakuje ludzkie mięso.

ŁUP – coś uderzyło o szybę w moim oknie. Pewnie Grzegorz się dobija. Ignoruję i piszę dalej.

Pamiętam, że kiedy byłam mała, zastanawiałam się, dlaczego lwy, tygrysy, wilki i inni drapieżnicy, których mój młody umysł poznawał, ucząc się alfabetu, nie zjadają samych siebie, skoro TEŻ są zbudowani z mięsa. Nie, nie brzmiało to dla mnie dziwnie. Wręcz wyobrażałam sobie lwa na sawannie, który wygrzewając się w afrykańskim słoneczku, skubie swoją łapę.

Ale jak poznać smak czegoś, nie zjadając go? Na razie (piszę „na razie”, bo nie będę zdziwiona, jeśli za kilkadziesiąt lat naukowcy przedstawią urządzenie kodujące smak danej potrawy za pomocą jego kodu genetycznego) jedyną metodą jest test organoleptyczny. Psychopatów, morderców, ekstrawaganckich konsumentów – określeń na ludożercę może być wiele – było więcej, niż mogłoby się wydawać. I to właśnie oni stanowią jedyne źródło informacji. Najczęstszym porównaniem okazuje się być wieprzowina. Potwierdzeniem tej tezy może być niejaki Karl Denke – żyjący przed II wojną światową rzeźnik z okolic Wrocławia. Słynął ze sprzedaży smakowitej wieprzowiny. Jak zapewne już się domyślacie – zawartość wieprzowiny w tej wieprzowinie była znikoma. Przedsiębiorczy rzeźnik „przerabiał” ludzkie mięso na wieprzowe i w takiej formie je sprzedawał. Zastanawiające jest to, że jego klienci nie zorientowali się, że niedzielne schabowe smakują nieco inaczej.

Tę wersję potwierdza również przykład niemieckiego kanibala Armina Meiwesa, który opisywał mięso ludzkie jako „świńskie”, ale bardziej gorzkie i wyraziste w smaku.

Druga na miejscu znajduje się wołowina- krwistoczerwone, chude mięso.

Pewien amerykański dziennikarz i podróżnik William Seabrook, na początku XX wieku podczas wyprawy do zachodniej Afryce spotkał się z kanibalizmem u żyjących tam plemion.

Po powrocie do Paryża, postanowił przeprowadzić eksperyment, do którego ciało dostarczył mu paryski szpital. Seabrook zrobił z niego potrawkę, którą następnie spożył.

Jego relacja miała być następująca: ludzkie mięso kojarzy mu się trochę z wołowiną, trochę z cielęciną, niezwykle delikatne, o smaku jakiego nie ma żadne inne mięso.

 

ŁUP – Dobra, Grzesiek, zrozumiałam, nigdy nie ciekawił cię smak ludzkiego mięsa. A teraz daj mi się skupić!

Jednak kanibalizm nie zawsze pozostaje bezkarny. I nie mam tu na myśli ludzkiego potępienia, następstw psychicznych, czy smażenia się w piekle. Okazuje się, że jedzenie ludzkiego mięsa może za sobą przynosić poważne konsekwencje zdrowotne.

W latach 60. XX wieku w Papui Nowej Gwinei wśród plemienia Fore odnotowano nieznaną dotąd nieuleczalną, śmiertelną chorobę zakaźną: „kuru” (co pochodzi od plemiennego słowa „kuria” bądź „guria” – „drżeć”) popularnie nazywaną „śmiejącą się śmiercią”. Mieszkańcy wspomnianego plemienia praktykują obrzędy kanibalistyczne W wyniku długotrwałych ofiarnych badań, wśród członków plemienia Fore, wykazano w sposób przekonujący, że kuru przenosi się w czasie kanibalistycznych uczt. Chory najczęściej nie jest w stanie poruszać się o własnych siłach, dręczą go bóle brzucha, kości i stawów, silnie drży, pojawiają się prymitywne odruchy chwytania, ssania czy gryzienia. Charakterystyczne są silne wahania nastrojów: od depresji po euforię. Stąd określenie „śmiejąca się śmierć”.

Wydawałoby się, że w XXI wieku, w czasach szeroko pojętej i docierającej niemal wszędzie cywilizacji, kanibalizm jest czymś wręcz antycznym, historycznym, czymś, co praktykują jedynie najdziksze plemiona żyjące gdzieś na końcu świata. Okazuje się jednak, że niekoniecznie tak jest. Co zatem może skłonić cywilizowanego i, w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa, normalnego człowieka do zjedzenia ludzkiego mięsa? Nethen Constantin, autor książki „Historia kanibalizmu” wyróżnia trzy zasadnicze powody:

Po pierwsze: pożądanie, wewnętrzny głos,  którego źródłem mogą być zaburzenia, defekt genetyczny czy problemy w dzieciństwie.

Po drugie: ludzka potrzeba, głód, ekstremalne warunki, brak jakiegokolwiek innego pożywienia.

Po trzecie: rytuały

  • oddanie szacunku pokonanemu przeciwnikowi, aby jego ciało nie gniło w ziemi (np. plemię Wari z Brazylii);
  • chęć przejęcia cech zmarłej osoby (np. aborygeńskie jedzenie mózgu);
  • potępienie, zhańbienie wroga, jedząc jego ciało (np. Japończycy podczas II wojny światowej)

 

Rozmowy na temat kanibalizmu potrafią być niezwykle zajmujące i wywołujące uczucie konsternacji i zwątpienia co do doboru interlokutorów. Ciekawość to ważna cecha. Przydatna. Dzięki niej poznajemy świat. Niemniej, pewne sprawy powinny zostać niewyjaśnione. Bo chyba zgodzicie się ze mną, że lepiej umrzeć w niewiedzy, niż kiedykolwiek na własnej nomen omen skórze przekonać się, jak smakuje ludzkie mięso.  😉

Artykuł skończony. Można coś zjeść.

Ja zgłodniałam.

 

Imponderabilia

źródła: 1 2 3 4


HALLOWEEN NIEJEDNO MA IMIĘ

Myślę, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego jak bardzo różnią się od siebie kraje leżące nawet na tym samym kontynencie. Pomimo tego, że żyjemy w dobie internetu, gdzie każdy ma dostęp do niemal każdego miejsca na Ziemi, to nasza wiesza na temat tradycji czy obrzędów innych grup etnicznych jest znikoma. Często również zdarza się, że bierzemy udział w obchodzeniu świąt, nie znając ich symboliki czy wymownego zamysłu, o genezie nie wspominając. Dlatego też, przy okazji listopada, zaprezentuję trzy popularne święta, które pozornie dotyczą tego samego, ale w praktyce oznaczają coś zupełnie innego.

Halloween – czyli pierwotny strach przed nieznanym

Dokładna geneza i pierwotny przebieg święta nie jest do końca znany. Przypuszcza się, że to mogło być rzymskie święto bogini Pomony (opiekunki owoców i nasion) lub celtyckie święto rozpoczęcia zimy.

Na północy Europy Halloween było obchodzone po prostu jako zakończenie jesieni i początek zimy. Ludzie radowali się udanymi zbiorami i urodzajem ciepłych miesięcy, jednak martwiło ich widmo zbliżającej się zimy; mrozu i chłodu, które wiązały się również z głodem.

Kolejna teoria mówi o druidach, kapłanach celtyckich, wierzących w duchy. Uważali oni, że  Samhain (bóg śmierci) na przełomie października i listopada zdobywa coraz więcej siły. Miała się wtedy zacierać granica między dwoma światami: światem ludzi a światem demonów. W tę jedną noc dusze zmarłych mogły nawiedzić ludzi, aby odpokutować swoje ziemskie przewinienia. Ludzie palili w ten czas ogniska na cześć boga słońca i światła – Luga. Przyciągały one do nich dobre duchy, a odstraszały te złe. Często, aby przebłagać Samhaina ludzie składali mu krwawe ofiary, niejednokrotnie zdarzało się, że na ołtarzu składano ludzi.

Był jeszcze jeden sposób, aby odstraszyć złe moce. Chcąc wyjść z domu zakładali niespotykane stroje oraz maski. Po co? Wierzyli, że w przebraniach złe duchy nie rozpoznają w nich ludzi, a co za tym idzie, nie zrobią im krzywdy…

Dzisiaj nikt nie boi się demonów, wszyscy dobrze wiemy, że nic nam nie zagraża. W naszych czasach obchodzi się Halloween, aby dobrze się bawić ze znajomymi czy po prostu przebrać się dla własnej satysfakcji. Chyba wszyscy chociaż raz w życiu słyszeliśmy o zabawach takich jak ‚apple bobbing’ czy „cukierek albo psikus”.

Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny – nasza sprawa

Obok Halloween najbardziej znane święto na całym globie obchodzone jest głównie w Europie. W dzisiejszych czasach mówi się o tym jako o chrześcijańskiej tradycji, ale poganie również świętowali dzień poświęcony zmarłym. Tak naprawdę pierwsi chrześcijanie obchodzili święto zmarłych w kwietniu lub w maju, dzisiaj z biegiem lat uległo to zmianie.

W czasach Imperium Rzymskiego obchodzone było 13 maja lub w pierwszy piątek po Wielkanocy, zależnie od kalendarza jakiego używali wyznawcy Chrystusa. W tym dniu wspominano męczenników, którzy zginęli w imię swojej wiary w latach intensywnych prześladowań w Rzymie.

Pierwszego listopada każdego roku całymi rodzinami spotykamy się przy grobach zmarłych. Na cmentarzu odbywa się uroczysta Msza Święta. Bliscy często przy okazji mogą się spotkać, ale również pomodlić się za zmarłych i powspominać ich. Choć w rzeczywistości jest to dzień, w którym wspominamy Świętych Kościoła Katolickiego, wiele osób błędnie uważa, że to dzień wszystkich zmarłych.

Dzień Zaduszny, czyli 2 listopada, to dzień przeznaczony na modlitwę za wszystkich zmarłych. Warto pamiętać, aby przed tym dniem zadbać o groby swoich bliskich, ale również zrobić tego dnia dobry uczynek i zapalić znicz na zaniedbanym grobie, takim, o którym już nikt nie pamięta.

Dia de los Muertos – meksykańska wersja naszych świąt?

Otóż nie! Chociaż nie można ukryć, że są to święta bardzo podobne do siebie, odbywają się nawet w tym samym terminie – 2. listopada. Jednak tradycja obchodów tego święta liczy 3000 lat i może niektórym przypominać Halloween.

Jest to bardzo kolorowe święto. Szkielety ubierane są w odświętne stroje, czaszki są malowane i ozdabiane kwiatami i wstążkami, następnie ustawia się je w różnych miejscach w mieście. Ludzie malują swoje twarze tak, aby przypominały czaszki oraz ubierają barwne stroje. Ma to symbolizować, że zmarli nadal żyją, a ich dusze świętują tego dnia z żywymi. Organizowane są tego dnia parady i festiwale, a nawet piecze się specjalny chleb zmarłych tzw. „pan de muerto”

Jego tradycja ma swój początek wśród plemion indiańskich m. in. Azteków i Majów. Duży wpływ na kształt święta miał kult czaszek przodków wśród tych plemion. Czczono głównie najbliższych zmarłych oraz dzieci. Obchodzone pierwotnie dziewiątego miesiąca kalendarza słonecznego Azteków, trwało cały miesiąc. Składano wtedy hołd „Królowej Śmierci” – bogini Mictecacíhuatl, żonie władcy Krainy Zmarłych.

Dzień Zmarłych (Dia de los Muertos) jest dniem wesołym, to dzień zabawy i wielkiego szczęścia. Data jego obchodzenia została zmieniona przez chrześcijańskich konkwistadorów z Hiszpanii, którzy chcieli, aby Indianie utożsamiali swoje święto z Zaduszkami kościoła katolickiego. Dzięki takiemu zabiegowi, poganom łatwiej było przyjąć wiarę w Jednego Boga.

Każde z tych świąt jest ciekawe i na pewno warto chociaż raz spróbować w jego obchodach uczestniczyć.

Martyna Kuppe

źrodła: 1 2 3

OSACZENI – NIEŚWIADOMI…?

Technologie informatyczne zrewolucjonizowały sposób życia, myślenia, postrzegania, funkcjonowania człowieka we współczesnym świecie. Osaczają nas z każdej strony, biorą czynny udział w naszym życiu. Fakt jest taki, że poddaliśmy się im bezkrytycznie, gdyż sprawne gromadzenie i przekazywanie informacji stało się obecnie niezbędnym warunkiem dla naszego rozwoju.                                                                                                                                     Czy Ty? My? …jesteśmy świadomi tego, jaki wpływ ma świat technologii informatycznej na naszą codzienność, postrzeganie drugiego człowieka? Świata? Na nasze zdrowie?

Milowy krok dla ludzkości

Technologie informatyczne zostały stworzone przez człowieka dla człowieka, po to, by poprawić jakość życia. Byłbym kompletnym ignorantem, gdybym nie nadmienił o ich pozytywnym wpływie na nasze życie. Dzięki intensywnemu rozwojowi technologii informatycznej zyskała nauka, medycyna, elektronika i wiele innych „gałęzi” mających wpływ na poprawę warunków i jakości życia. Stworzyły sieć przekazu informacji dzięki, którym świat zrobił milowy krok do przodu. Mam tu na myśli, chociażby łatwość komunikacji między ludźmi. Internet „zmniejsza” odległość, pozwala na kontakt werbalny i wizualny, szybkość przepływu informacji przyczynia się do bardzo intensywnego rozwoju na każdym polu nauki.

Język – dziedzictwo kulturowe

Dzisiejszy świat jest barwny, kolorowy. Z każdej strony bombardują nas – podawane bardzo atrakcyjnie – informacje. Krzyczą bilbordy, „uśmiechają się” i wciągają nas portale internetowe, mrużą oko, wabią. A my? Wchodzimy w to! Dla relaksu, rozrywki, pozyskania rzetelnej (też!) informacji. Liczne komunikatory sprawiają, że cały świat jest w zasięgu ręki. Blisko. Chłoniemy, stajemy się częścią świata, który dyktuje swoje warunki. Dostrzegamy to? Czy stajemy się graczami, nie zauważając, że np. zubażamy język ojczysty. Tak! Zubażamy! A dbanie o język ojczysty jest przecież mocno związane z zachowaniem odrębności kulturowej, własnej tożsamości! Warto zauważyć, że w necie posługujemy się słowami-kodami, używamy angielskich słów, skracamy słowa języka ojczystego. Dewastujemy język ojczysty – nasze niematerialne dziedzictwo kulturowe.. a przecież jest to tak istotny element potrzebny do tego, by zachować własną tożsamość, kulturę.

Kultura, tradycja, tożsamość

Technologie informatyczne wyraźnie zacierają granice między społeczeństwami, zanikają lokalne różnice kulturowe, które zostają zastąpione tymi bardziej atrakcyjnymi, wygodniejszymi. Kultura, tradycja, tożsamość narodowa zmienia dziś oblicze. Świat staje się globalną wioską, gdzie mówi się tym samym językiem i hołduje podobnym wartościom. Wpływ portali na kształtowanie świadomości ludzi jest ogromny i powinien budzić niepokój, ponieważ budowanie na ich podstawie wyobrażenia o człowieku, świecie.., może być bardzo mylące, nieprawdziwe. Warto pamiętać, że media, które dziś kształtują ludzkie poglądy, spojrzenie na świat, życie.., to nic innego, jak jakiś sztab ludzi (określonych np. politycznie), którzy przekazują nam swoje lub narzucane przez np. władze poglądy oraz kreują właściwy sobie wizerunek świata, sprawy, człowieka. Może warto na chwilę wydostać się z tej „pajęczej sieci” i zastanowić się – jak bardzo w niej tkwimy? Gdzie i kiedy mówimy językiem własnym, a kiedy to co „zeskanuje” nasza podświadomość ze świata informacji medialnej?

Izolacja społeczna

Brzmi mocno? Abstrakcyjnie? Otóż jest to problem dzisiejszej cywilizacji, który swe korzenie ma właśnie w „dobrach” technologii tj., internet. Działają one bardzo podstępnie. Dostarczają rozrywki (gry, filmy), niosą ładunek adrenaliny, podnoszą (pozornie) poczucie własnej wartości (komunikatory, portale) lub sprawiają, że nasze samopoczucie z tych samych powodów pikuje w dół. Bywa, że głęboki dół. Brak realnych kontaktów, autorytetów, rozmów o sprawach ważnych i nieistotnych sprawia, że zanurzamy się w świat wirtualny, który jest.. bezpieczny. Wchłania nas jak gąbka. Daje obietnicę bezkarności (!). Mamy dwustu przyjaciół na Facebooku a zielonego pojęcia o przyjaźni. Nie czujemy prawdziwych emocji tylko budujemy… No właśnie co? Świat, który nie istnieje? Wyobrażenie o człowieku, którego nie ma? Uciekamy. Jesteśmy my i komputer, internet, cały świat. Izolujemy się od człowieka, codzienności bo lepiej jest tam, gdzie nikt nie oczekuje od nas spojrzenia w oczy, deklaracji, rozwiązywania problemów, a życie i wyobrażenie o sobie możemy wykreować sami. Tak naprawdę w internecie można mieć swoje drugie życie. Można być kim się chce. Ważną role odgrywa tu anonimowość – łatwa droga do „czegokolwiek” ( przestępstwa, oszustwa, zuchwałych zachowań). Tu nikt ci nie zrobi krzywdy. Zawsze można zmienić portal, komunikator, wyjść z sieci. Bezpiecznie. Anonimowo. Wygodnie.

Osaczeni? Świadomi…? Nie…?

 

Nikodem Michalski

 

Moment

Jestem zwolenniczką szukania tak zwanego „złotego środka”, chcąc znaleźć sobie miejsce w wielu aspektach życia, które niejednokrotnie bywają dla mnie zastanawiające.

Czy kiedykolwiek przyszło wam do głowy pytanie, dlaczego 11 listopada jest dniem wolnym od szkoły i pracy? Powiecie: „Przecież to Święto Niepodległości, najważniejsze państwowe święto!”
Zgadza się. Niemniej dla mnie była to odpowiedź co najmniej niezadowalająca.
W końcu moglibyśmy iść do Szkoły i obchodzić święto podczas apelu, bo dlaczego by nie?
Zaczęłam się zastanawiać, jaki jest sens tego święta.

Nie ma tradycyjnego czy odgórnie narzuconego sposobu celebrowania kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości. Co to oznacza w praktyce? Cóż, jest wiele możliwości.
Jedni uczestniczą w marszach, chodzą na przeróżne uroczystości związane z upamiętnianiem ważnych postaci bądź anonimowych bohaterów. Na tych samych spotkaniach znajdują się osoby, które przypominają młodszym i starszym (i tych pośrednim) jaka jest geneza tego iście ważnego w naszej narodowej historii święta. Inni preferują pojechać i poczuć się swojsko w otoczeniu rodziny, zjadając obfity obiad. Ktoś po prostu zastanie w domowym zaciszu, wywiesi flagę, postoi, poduma…
Wyczuwacie, do czego zmierzam?
Możecie cieszyć się wolnym dniem, spędzając go na wiele sposobów, jakkolwiek, gdziekolwiek, z kimkolwiek.
Wiecie dlaczego?
Bo żyjemy w niepodległym kraju.
Bo 98 lat temu w wagonie kolejowym w Compiegne we Francji Niemcy podpisali zawieszenie broni na wschodzie, a Polska po 123 latach staje się państwem suwerennym i niepodległym.
I właśnie na tym polega cały sens obchodów tego Święta.

Zostawiam Was z własnymi przemyśleniami. Dziękuję za poświęcenie krótkiej chwili uwagi na moje przemyślenia. 🙂

Imponderabilia

Najpopularniejsze błędy językowe

Tak, zdajemy sobie sprawę, że są poważniejsze problemy na świecie, niż zawracanie głowy jakimiś bezużytecznymi zasadami.

Polityka, wybory, wojny, pokoje, płyty, panele…

Ale maturę z języka polskiego wszyscy zdajemy, nieprawdaż? I na razie się nie zanosi na jakieś zmiany w tej kwestii.

Poza tym nie widzimy powodów, by kaleczyć nasz piękny, różnorodny i barwny język. Bo i po co?

 

Włanczać

Włączać

Jedna z najczęstszych i najbardziej wyprowadzających z równowagi umysłowej przyczyn krwawienia uszu.

Zdajemy sobie sprawę, że jest to błąd typowo fonetyczny. Nie wynika z niewiedzy, po prostu o wiele łatwiej wypowiedzieć „an”, niż „ą”. W takim wypadku proponujemy wymowę „on”. Tzn. mówić „włonczać”, zamiast „włanczać”.

Nadal jest to błąd, ale już nie tak drażniący.

 

Dwutysięczny piętnasty

Dwa tysiące piętnasty

 

Błąd, który jak widmo krąży po naszej Szkole.

Szanowni czytelnicy! Rok dwutysięczny faktycznie istnieje. A raczej istniał. Był to rok 2000. I żaden inny. Zaraz po nim był rok 2001, czyli dwa tysiące pierwszy. Odmieniamy tylko pierwszy człon. Bitwa pod Grunwaldem miała miejsce w tysiąc czterysta dziesiątym roku, a nie w tysięcznym czterysta dziesiątym roku.

To nawet trudno się wymawia.

 

Wziąść

Wziąć

Na miłość Boską! Nie powielajmy błędu Szanownej Pani Profesor Pawłowicz! Cytując Profesora Miodka: „Wziąć jest od brać, a nie od kraść.

Pisze

Jest napisane

 

Jeżeli ktoś nam mówi, że „pisze na tablicy”, to automatycznie pytamy: „Kto?”

Pisać może osoba, ale tekst został napisany przez kogoś. Sam nie byłby w stanie tego zrobić.

 

Poszedłem

Poszedłem

 

Klasyk. I największe przekleństwo chłopaków, których uderzała ta oburzająca niesprawiedliwość. („ale dziewczyny mogą!”)

No cóż, panowie. Pozostaje jedynie zacisnąć zęby i jakoś przełknąć tę ujmę na godności.

 

5 październik

5 października

 

Gdy mówimy „Dziś jest 5 październik”, to oznacza to coś powtarzane cyklicznie co roku tego samego miesiąca (w tym przypadku piąty raz). A gdy chcemy poinformować kolegę, że kartkówka jest 9.11. to mówimy „dziewiątego listopada”    lub „dziesiątego”, jeżeli chcemy go oszukać.

 

Tą książkę

Tę  książkę

 

Mimo iż językoznawcy dopuścili tę formę w mowie potocznej, to jednak w pracach pisemnych wciąż jest to błąd. Dlatego proponujemy stale używać tej poprawnej wersji. Jak to zapamiętać? Proste, musi się rymować.

„Widzisz tę dziewicę?”

„I co, dalej jest tą dziewicą?”

Ba-dum tss

 

Czekaj za mną

Czekaj na mnie

 

Gdybyśmy umiały rysować, wstawiłybyśmy tu odpowiedni satyryczny obrazek.

Ale nie umiemy.

W każdym razie, gdy ktoś do nas powie „czekaj za mną”, chcąc spełnić jego prośbę, posłusznie za nim stanąć i czekać.

Wówczas jeszcze nie wiemy na co, ale liczymy, że kolega jest na tyle uprzejmy i nam powie.

 

W cudzysłowiu

W cudzysłowie

 

To jest tylko i wyłącznie kwestia poprawnej odmiany, nic więcej.

Wiemy, że ta pierwsza forma brzmi tak jakoś… lepiej? Melodyjniej?

Lecz pamiętajmy, że nie wszystko co piękne, jest poprawne.

Łatwo zapamiętać tę zasadę, powołując się na rów. Nie mówimy „jak krowie na rowiu”, lecz „jak krowie na rowie, prawda?

Istnieje jeszcze jedna, łatwiejsza forma do zapamiętania. Mianowicie cztery litery…

Resztę dopowiedzcie sobie sami.

 

Oddziaływujący

Oddziałujący/oddziaływający

 

Błąd, błąd, błąd.

Po prostu błąd.

Tworzymy jeden niepoprawny wyraz z dwóch poprawnych.

W tym przypadku, wbrew zasadom matematyki, plus dodać plus daje minus.

———————————————————————————————-

I to tyle z naszej strony.

Nie jest to trudne, a zastosowanie się do tych rad spowoduje, że ten mały, polski świat stanie się lepszym miejscem.

Przynajmniej dla nas, autorek.

Takie już jesteśmy, ciągle narzekamy, a same spadamy w dół.

Marta Wejman, Paulina Andrzejewska

Jak postrzega świat współczesny nastolatek?

Nigdy nie myślałam, że życie w ciele nastolatki często będzie takie trudne…

Mając prawie 16 lat, zaczęłam myśleć nad sensem ludzkiego istnienia i wpadłam do przepaści zwanej ŻYCIEM. Jako mała dziewczynka widziałam samo dobro niosące się z ludzkich serc,
a świat był po prostu kolorowy, można powiedzieć, że na każdym kroku się do nas uśmiechał.
Teraz już tego nie ma.

Całą ziemię opanował czas smutku, łez i agresji…

Nie ma już barw – są szarości.

Czy czasy beztroskiego „dzieciństwa” powrócą?

Przestałam już w to wierzyć, ufać komukolwiek…

 

Nastolatków napadli złodzieje kradnący nasze uczucia i w zamian dali problemy, mówiąc, że z nimi będzie nam lepiej. Kłamstwo! Problemy wyniszczają od środka, stajemy
się wrakami… Dobijający jest też fakt, że nikt nie widzi naszego wołania o pomoc, nawet nasi rodzice… Jednocześnie chcemy mieć w kimś oparcie, powiedzieć wszystko co ciąży nam na duszy, ale boimy się reakcji innych, boimy się odrzucenia, które znajduje się na każdym kroku.
Ze wszystkim jesteśmy SAMI.

Życie, świat przeobrażają się w ŚMIERĆ.

Czarne myśli, ubrania – wszystko.

Jeszcze trochę, a na naszej planecie nie będzie uśmiechniętych dzieci, będą smutne albo po prostu skrócą swoje cierpienie wewnętrzne.

 

Do tego to wszystko zmierza?

 

Do licznych samobójstw?

 

Bo tak wygląda życie współczesnego nastolatka – jego już nie ma, jest tylko czekanie.

 

„Życie to nowoczesna bajka, bez szczęśliwych happy endów…”

 

Weronika Kantorska

Światowy Dzień AIDS

Zarówno temat HIV/AIDS, jak i nietolerancji, nie jest nam obcy. I o ile ten pierwszy znamy głównie z telewizji, prasy, broszur czy plakatów, tak z tym drugim mamy do czynienia bardzo blisko na co dzień.

Otyłość, inny kolor skóry, gorsza sytuacja materialna to przykłady głównych powodów uprzedzenia do innych osób. Sama spotkałam się z sytuacją, kiedy kierowca autobusu był nieprzyjemny wobec osoby bezdomnej, która – dokładnie tak jak reszta podróżnych – chciała kupić bilet.

Lecz czy nietolerancja może dotyczyć osób chorych?

Obecnie obserwujemy, że coraz więcej ludzi chce pomagać poprzez różnego rodzaju zbiórki, powstawanie fundacji czy chociażby przekazywanie 1% podatku.

Jednak nie we wszystkich przypadkach społeczeństwo wykazuje się tak wielkim sercem. Są choroby (takie jak AIDS), do których – mimo rosnącej świadomości na temat sposobów zakażenia – wciąż jesteśmy uprzedzeni.

Istnieje wśród ludzi lęk przed zagrożeniem i chęć ucieczki przed chorym na AIDS. Na ogół ludzie uważają, że być nosicielem HIV i chorym na AIDS znaczy nie mieć przyszłości, ani nadziei w życiu.

Tak jest, ale tylko wtedy, gdy sami doprowadzimy do wykluczenia takich osób ze społeczeństwa. Czują się one odrzucone, osamotnione, co może doprowadzić nawet do depresji czy innych zaburzeń psychicznych.

Skąd bierze się nasza nietolerancja? Z niewiedzy?

Nasza świadomość rośnie, lecz wciąż wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie zarazimy się wirusem poprzez podanie ręki, korzystanie ze wspólnych naczyń, pływanie w jednym basenie, a nawet przez pocałunek. HIV przenosi się w trakcie kontaktów seksualnych bądź gdy dojdzie do kontaktu z krwią osoby zakażonej. W praktyce oznacza to, że istnieje niewielkie ryzyko zakażenia, jeżeli na co dzień mamy styczność z osobą zarażoną.

Ludzie chorzy są tacy jak my – chcą normalnie żyć i nie być wykluczonymi społecznie tylko dlatego, że ich tatuażysta użył nieodpowiedniej igły.

Temat akceptacji jest trudny, lecz – o ile nie wynaleziono jeszcze leku na AIDS – naszej nietolerancji da się w jakimś stopniu zaradzić.

Potrzebna jest odrobina wyobraźni, empatii. Teoretycznie każdy z nas może się znaleźć w sytuacji, która doprowadzi do zakażenia. Co wtedy?

Zależałoby nam na akceptacji, współczuciu, pomocy ze strony innych.

Czasu nie da się cofnąć, ale możemy pracować nad teraźniejszością, tak by każdemu żyło się lepiej i nikt nie został skreślony tylko przez swoją chorobę.

Tej tolerancji ma nas uczyć Światowy Dzień AIDS, który odbywa się co roku 1 grudnia. Warto nie przechodzić obojętnie obok takich dni.

 

Paulina Andrzejewska

Czym jest noc?

Noc kojarzy się większości z potrzebą snu, odpoczynku od pracy, szkoły, itp.
Jest ukojeniem i czasem na nabranie sił na kolejny dzień. Dużo w tym prawdy, ale czy tak jest
u wszystkich? Szczególnie u młodych ludzi? Zastanówcie się. Odkryjcie ukryte miejsca
w waszych głowach. Znaleźliście rozwiązanie? Nie? To teraz nie będzie łatwa droga, ponieważ
od tego momentu już zaczynają się schody i długa podróż w świat nastoletnich marzeń…
Krótko mówiąc, kiedy zasypiamy mamy nadzieję „na lepsze jutro”.

 

„Wschodzące Słońce nigdy nie wie co się wydarzy,

a zachodzące – próbuje zapomnieć.”

 

Również nastolatkowie są jak SŁOŃCE, tylko że ono promienieje, a my nie…
Nas przysłaniają ciemne, gęste chmury rozpaczy, przez które nie mamy możliwości się przebić,
bo jesteśmy za słabi. Tutaj jest nasz najgorszy punkt… Ale moment! We Wszechświecie znajduje się również uszkodzony „srebrny glob” – KSIĘŻYC. On widzi chyba najwięcej pokrzywdzonych duszyczek, to smutne. Co noc zagląda w nasze okna po to, żeby czuwać, dać poczucie bezpieczeństwa i zniszczyć obawy przed ciemnością. Ktoś wie jakie momenty widzi patrząc?
Widzi nastolatków zwijających się z bólu, płaczu… Noc wyciąga z nas najgorsze uczucia, które zadały cierpienia sercu w ciągu dnia, lecz jest pewna mała drobnostka w „nastoletniej nocy” – marzymy o rzeczach, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.

 

Jasność nie jest idealną porą na jakiekolwiek uczucia, wtedy jesteśmy „fałszywie” silni,
a ciemność – przeraża. Za jej panowania nie ma się siły na udawanie, poddajemy się.
Czasami jest tak, że czujemy ten przytłaczający ból w okolicy klatki piersiowej i nie możemy
nic zrobić, jesteśmy bezbronni, nie chcemy uronić łzy albo po prostu nie potrafimy i stajemy się przygnębieni poprzez smutne piosenki, które były lub są związane z jakąś naszą historią, mamy
do nich sentyment… Dzięki muzyce pozbywamy się chwil, które nas dzisiaj złamały oraz naszych krzywdzących wspomnień z przeszłości.

 

Potrzeba oczyszczenia duszy nie jest łatwym procesem.
Niektórzy się go boją – boją się własnych EMOCJI! Nie da się żyć bezdusznie.

 

Weronika Kantorska

O przekraczaniu ludzkich możliwości.

My, ludzie młodzi, często mamy wątpliwości. Obawiamy się o wiele spraw, martwimy i nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli. Jednak myślę, że czasem zbyt wyolbrzymiamy nasze problemy.

Takim krótkim wstępem chciałam nawiązać do osoby, która mimo, iż nie ma nóg i rąk to potrafi się cieszyć życiem i daje nam przykład prawidłowej postawy na świat. Może już o Nim słyszeliście, bowiem mowa o Nicku Vujicic. Nick urodził się nie mając obu kończyn. Jako dziecko często zastanawiał się, dlaczego jest inny od jego rówieśników. Oprócz problemów związanych z przemieszczaniem się, wykonywaniem podstawowych, codziennych czynności, chłopak przeszedł przez depresję, czuł także ogromną pustkę i samotność. Nick miewał zwątpienia i upadki. Jak sam mówił, miał w życiu taki okres, że stracił nadzieję. Zmaganie się z takimi problemami ukształtowało go jednak w niezwykłego człowieka. W tym roku, Nick kończy 33 lata, prowadzi własną stronę internetową, pojawia się na ekranach telewizji, pisze książki, prowadzi audycje radiowe. Jednym słowem: niesamowite. Nick szerzy nadzieję i wiarę ludzi na całym świecie. Zajmuje się głoszeniem prawd o Chrystusie, dzięki któremu Jego życie zmienia się na lepsze. Zachęca do modlitwy, zaufaniu Bogu i zaznacza, że to właśnie dzięki wierze jego życie przepełnione jest miłością i nadzieją. Człowiek, który stracił w życiu tak wiele, ma jednocześnie tyle sił, aby radzić sobie z tak ogromnymi trudnościami.

Przeciętny człowiek nie docenia tego co ma. Wyobraź sobie… jak można żyć bez rąk i nóg? Gdy o tym myślę, wydaje mi się to niemożliwe. Człowiek ten udowadnia wszystkim, że pokonać można wszystko!

Zaległości w szkole, gorszy dzień, nadmiar obowiązków, kłótnie, problemy – czasem myślę sobie, że nie potrafię udźwignąć tego, co otrzymuje od losu. Gdy jednak patrzę na tego człowieka, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę mam w życiu wszystko, czego mi potrzeba. Podziwiam go całym sercem. A Wam życzę powodzenia, aby spojrzeć na świat z innej perspektywy i docenić piękno naszego istnienia.

Weronika Giera kl. I C

STRES – MOJE DRUGIE IMIĘ ?!

 

Jest obecny w twoim życiu,

I nie chowa się w ukryciu.

Odwiedziny jego częste,

Zwykle zwane są „Przeklęte”!

Jest twym stałym gościem, wiesz?

Niczym głodny, leśny zwierz!

Jak myślisz, co to jest?

Tak, zgadłeś. To jest stres!

Na początek kilka słów wstępu…

Stres – w psychologii definiowany jest jako dynamiczna relacja adaptacyjna, pomiędzy możliwościami jednostki, a wymogami sytuacji, charakteryzująca się brakiem równowagi psychicznej i fizycznej. W medycynie jest to natomiast zaburzenie homeostazy spowodowane czynnikiem fizycznym lub psychologicznym.

Dobry stres” kontra „ zły stres”

Wiem, że brzmi to absurdalnie, ale tak, to prawda – istnieje jeden z dwóch rodzajów stresu, który mimo swoich działań (zwykle przy dłuższym czasie trwania uznawanych za niekorzystne), wpływa zdrowotnie na nasz organizm. Określa się go mianem mobilizującego, zwanego również „dobrym stresem”. Prowadzi on jedynie do niewielkiego wzrostu adrenaliny, co wpływa bardzo korzystnie na nasz organizm – dba o prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego i ułatwia koncentrację.

Gorzej prezentuje się już jego druga odmiana – stres przewlekły ( „zły stres” ), będący objawem długotrwałego działania stresu mobilizującego.

Niestety, nie jest on przyjacielem dla naszego zdrowia – jest wrogiem.

To objawy?

Ile razy słyszałeś o stale wzrastającej liczbie ludzi cierpiących m.in. na bezpłodność, wrzody dwunastnicy i żołądka, cukrzycę, otyłość, osteoporozę, choroby serca, nadmierne wypadanie włosów, problemy z cerą, spadek odporności, alkoholizm, czy też ostatnio coraz bardziej popularny bruksizm?

Na pewno wiele razy. Jednak nie zdawałeś sobie zapewne sprawy, że są to właśnie objawy przewlekłego stresu. Co gorsza, moglibyśmy wymienić ich o wiele więcej.

Osobiście zmagam się z jednym z nich, będącym na szczęście w porę wykrytym przez mojego dentystę i możliwym do zwalczenia – bruksizmem. „Na szczęście”, gdyż nie doszło u mnie do żadnego zniszczenia zębów, lecz jedynie lekkiego i niezauważalnego gołym okiem starcia szkliwa. A uwierzcie, zobaczone przeze mnie zdjęcia jamy ustnej osób na to cierpiących, wzbudziły zarówno przerażenie, jak i obrzydzenie.

A co na to wpłynęło? Bardzo wiele stresujących czynników, które nałożyły się na siebie równocześnie i trwały za długo (stres przewlekły), m.in. szkoła, dom, życie prywatne.

Aktualnie w moim przypadku, wystarczy jedynie nakładanie na zęby specjalnego aparatu, kilka ćwiczeń na jamę ustną i niestosowanie past wybielających.

Tak więc macie dowód na to, że stres może być powiązany z różnymi narządami w naszym ciele, nawet zębami!

Co jak co, ale biologia jest jednak nieprzewidywalna!

Jak zwalczyć?

Prawda jest taka, że stresu nie pozbędziemy się nigdy.

Jest natomiast wiele sprawdzonych metod, które w znacznym stopniu pomogą nam go zmniejszyć. Pamiętajmy jednak, że sposoby radzenia sobie z nim każdy człowiek wypracowuje samodzielnie na podstawie swoich wcześniejszych doświadczeń, cech osobowościowych oraz możliwości organizmu. 

Tak więc wystarczy:

~regularnie ćwiczyć (każda forma ruchu się liczy)

~zdrowo się odżywiać

~chwila relaksu

~odpowiednia ilość snu

Wielu z nas wstydzi się jednak podzielić z kimś naszym problemem. Myślimy wtedy, że zostaniemy wyśmiani, czy uznani za mięczaków. Nic bardziej mylnego. Otóż prawda jest taka, że rozmowa jest jedną z najbardziej korzystnych sposobów terapii odstresowującej i należy z niej jak najczęściej korzystać.

Nie wstydźmy się, przecież wszystko jest dla ludzi”

 

Wiktoria Błażejewska

Pytania i odpowiedź

Portal internetowy. Wiele jest dziś takich. Jako współczesna nastolatka i użytkowniczka internetu, założyłam konta na kilku . Jestem również czytelniczką i widzem, czytam książki i mniej popularne prace innych ludzi oraz oglądam filmy i seriale, które uważam za interesujące. Niektóre z rzeczy, z którymi się zetknęłam, okazały się dość genialne, abym została ich fanką. Podczas gdy ludzie przerywają swoje życie na to, co nazywają ‚rozrywką’, moje życie to ‚rozrywka’, przerywana snem i nauką.

Continue reading