Terecet atmosferyczny

ŚMIERĆ EKOLOGICZNA

Jak co roku, nadszedł czas wspominania zmarłych i odświeżania ich miejsca pochówku. Wraz z tym wiążą się niemałe koszty – trzeba się wyposażyć w dużą amunicję zniczy, bukietów i innych fikuśnych dekoracji jak np. śpiewające figurki (nie polecam, jakby ktoś postawił to na moim nagrobku, chyba bym wstał i wyrzucił). Usiądźmy więc na chwilę i dajmy sobie pomyśleć – A po co to komu?

Nie namawiam oczywiście do całkowitego zerwania ze zdobieniem nagrobków.  Ale też bez przesady – wyobraźmy sobie na chwilę cmentarz we Wszystkich Świętych – masa grobów, a na każdym z grobów – masa zniczy i kwiatów sztucznych oraz prawdziwych. Z moich prostych obliczeń wynika, że ilość śmieci, która znajdzie się w cmentarnym śmietniku, około miesiąc później, wynosi masa2. No i ta cała kolekcja plastiku, tworzyw sztucznych, wosku, liści i zwiędłych kwiatów będzie powoli wsiąkała w ziemię, póki nie zabierze ich śmieciarka… na śmietnisko, (ponieważ wątpię, by komuś chciałoby się to wszystko segregować), a tam ponownie to wszystko będzie się mieszać z ziemią. O dalszych negatywnych skutkach raczej nie trzeba dalej mówić, gdyż każdy słyszał to już setki razy na różnych etapach edukacji.

Co zatem zrobić?

Zacznę od czegoś, o czym często przy takich dyskusjach się zapomina. Całego świata nie zmienimy. Nie od razu. I tak, nasza pojedyncza decyzja, że będziemy to robili inaczej niż inni, ma wbrew pozorom znaczenie. Co więc proponuję? Przede wszystkim elektryczne wkłady – nie dość, że działają znacznie dłużej, to wyglądają z zewnątrz niemalże tak samo, a do tego można w nich wymieniać baterie, które z kolei oddajemy w wiadome miejsca (Biedronka, czy inna Żabka). Ale co z kwiatami? Te sztuczne wytrzymują znacznie dłużej, ale prawdziwe dużo szybciej się rozkładają. Według mnie lepsze są te organiczne. Jak znam życie, podczas następnej wizyty u zmarłego, kwiaty będą wymienione niezależnie od tego jakie są (mogły być zniszczone przez pogodę, albo po prostu mamy taki kaprys, aby je zmienić). Świetnie, rozwiązaliśmy już dwa problemy. Jedyne przedmioty pozostawione na grobach dla zmarłych, które jeszcze przychodzą mi do głowy, to wszelakie figurki. Z nimi sprawa jest w miarę jasna. Wybierajmy po prostu takie, których nie będzie trzeba od razu wyrzucać. Większość problemów załatwiłyby zwykłe pojemniki do segregowania odpadów, wtedy problem ze śmieciami byłby znacznie mniejszy, a zatem używanie biodegradowalnych bądź długotrwałych dekoracji nie miałoby takiego znaczenia.

Czuję, że nie jestem póki co zbytnio odkrywczy, ale to nic – niektóre rzeczy czasami trzeba powiedzieć, choć się wydają oczywiste. Także, po tych formalnościach przejdziemy do deseru, albowiem okazuje się, że…

Zakopywanie trumien z rozkładającymi się ciałami jest szkodliwe, a do tego kosztowne i zabierające dużo miejsca. Czyli co – kremacja? Jest ona przede wszystkim znacznie tańsza, ale czy zdrowsza dla środowiska? Powiedzmy, że jest to nieco lepsze rozwiązanie, aniżeli grzebanie, lecz wraz ze spalaniem wiąże się kwestia zużycia masy elektryczności, która jest potrzebna, by podgrzać ciało do żądanej temperatury, używa się przy tym również gazu ziemnego, a opary, które wydobywają się z kominów krematorium mają w sobie rtęć. Oczywiście istnieją różne sposoby, by rozłożyć ciało człowieka tak, by nie wytwarzać prawie w ogóle zanieczyszczeń, ale te rozwiązania mają jedną wadę – są kosztowne.  No więc, jak (nie)żyć? Najlepiej by było, gdybyśmy… zakopywali zwyczajnie ciała bez trumien. Jest to sposób tani i korzystny dla otoczenia, ponieważ nasze szczątki ulegną biodegradacji. Choć Ci najbardziej radykalni ekolodzy woleliby układać w ziemi jedno przy drugim, uważam, że powinniśmy pamiętać o pierwiastku człowieczeństwa i z szacunkiem wyznaczać miejsca na kolejne groby, tak aby każdy zmarły miał swój pomnik – trochę na wzór amerykańskich cmentarzy.

“Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” – przypomina mi o tym, że śmierć to złączenie się z naturą. Według tego, w co większość z nas wierzy, rzeczy materialne nie przydadzą nam się w zaświatach. Oczywiście, pamiętajmy o tych, co odeszli i oddawajmy im cześć – ale bądźmy w tym rozsądni. W końcu jeśli ludzie śmiertelnie narażą środowisko, to kto ich pochowa?

            Mikołaj Płóciniczak

źródło: 1


PO ILE ZA KILOGRAM?

UWAGA! Na czas czytania artykułu radziłabym odstawić na bok wszelkie produkty spożywcze. Dziękuję.

„Jesteś tym, co jesz.” W takim razie tylko kanibale zachowują człowieczeństwo.

Ten temat wydaje się być bardzo kontrowersyjny i nieodpowiedni dla osób wrażliwych psychicznie, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nigdy nie zastanawiał się, jak smakuje ludzkie mięso.

ŁUP – coś uderzyło o szybę w moim oknie. Pewnie Grzegorz się dobija. Ignoruję i piszę dalej.

Pamiętam, że kiedy byłam mała, zastanawiałam się, dlaczego lwy, tygrysy, wilki i inni drapieżnicy, których mój młody umysł poznawał, ucząc się alfabetu, nie zjadają samych siebie, skoro TEŻ są zbudowani z mięsa. Nie, nie brzmiało to dla mnie dziwnie. Wręcz wyobrażałam sobie lwa na sawannie, który wygrzewając się w afrykańskim słoneczku, skubie swoją łapę.

Ale jak poznać smak czegoś, nie zjadając go? Na razie (piszę „na razie”, bo nie będę zdziwiona, jeśli za kilkadziesiąt lat naukowcy przedstawią urządzenie kodujące smak danej potrawy za pomocą jego kodu genetycznego) jedyną metodą jest test organoleptyczny. Psychopatów, morderców, ekstrawaganckich konsumentów – określeń na ludożercę może być wiele – było więcej, niż mogłoby się wydawać. I to właśnie oni stanowią jedyne źródło informacji. Najczęstszym porównaniem okazuje się być wieprzowina. Potwierdzeniem tej tezy może być niejaki Karl Denke – żyjący przed II wojną światową rzeźnik z okolic Wrocławia. Słynął ze sprzedaży smakowitej wieprzowiny. Jak zapewne już się domyślacie – zawartość wieprzowiny w tej wieprzowinie była znikoma. Przedsiębiorczy rzeźnik „przerabiał” ludzkie mięso na wieprzowe i w takiej formie je sprzedawał. Zastanawiające jest to, że jego klienci nie zorientowali się, że niedzielne schabowe smakują nieco inaczej.

Tę wersję potwierdza również przykład niemieckiego kanibala Armina Meiwesa, który opisywał mięso ludzkie jako „świńskie”, ale bardziej gorzkie i wyraziste w smaku.

Druga na miejscu znajduje się wołowina- krwistoczerwone, chude mięso.

Pewien amerykański dziennikarz i podróżnik William Seabrook, na początku XX wieku podczas wyprawy do zachodniej Afryce spotkał się z kanibalizmem u żyjących tam plemion.

Po powrocie do Paryża, postanowił przeprowadzić eksperyment, do którego ciało dostarczył mu paryski szpital. Seabrook zrobił z niego potrawkę, którą następnie spożył.

Jego relacja miała być następująca: ludzkie mięso kojarzy mu się trochę z wołowiną, trochę z cielęciną, niezwykle delikatne, o smaku jakiego nie ma żadne inne mięso.

 

ŁUP – Dobra, Grzesiek, zrozumiałam, nigdy nie ciekawił cię smak ludzkiego mięsa. A teraz daj mi się skupić!

Jednak kanibalizm nie zawsze pozostaje bezkarny. I nie mam tu na myśli ludzkiego potępienia, następstw psychicznych, czy smażenia się w piekle. Okazuje się, że jedzenie ludzkiego mięsa może za sobą przynosić poważne konsekwencje zdrowotne.

W latach 60. XX wieku w Papui Nowej Gwinei wśród plemienia Fore odnotowano nieznaną dotąd nieuleczalną, śmiertelną chorobę zakaźną: „kuru” (co pochodzi od plemiennego słowa „kuria” bądź „guria” – „drżeć”) popularnie nazywaną „śmiejącą się śmiercią”. Mieszkańcy wspomnianego plemienia praktykują obrzędy kanibalistyczne W wyniku długotrwałych ofiarnych badań, wśród członków plemienia Fore, wykazano w sposób przekonujący, że kuru przenosi się w czasie kanibalistycznych uczt. Chory najczęściej nie jest w stanie poruszać się o własnych siłach, dręczą go bóle brzucha, kości i stawów, silnie drży, pojawiają się prymitywne odruchy chwytania, ssania czy gryzienia. Charakterystyczne są silne wahania nastrojów: od depresji po euforię. Stąd określenie „śmiejąca się śmierć”.

Wydawałoby się, że w XXI wieku, w czasach szeroko pojętej i docierającej niemal wszędzie cywilizacji, kanibalizm jest czymś wręcz antycznym, historycznym, czymś, co praktykują jedynie najdziksze plemiona żyjące gdzieś na końcu świata. Okazuje się jednak, że niekoniecznie tak jest. Co zatem może skłonić cywilizowanego i, w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa, normalnego człowieka do zjedzenia ludzkiego mięsa? Nethen Constantin, autor książki „Historia kanibalizmu” wyróżnia trzy zasadnicze powody:

Po pierwsze: pożądanie, wewnętrzny głos,  którego źródłem mogą być zaburzenia, defekt genetyczny czy problemy w dzieciństwie.

Po drugie: ludzka potrzeba, głód, ekstremalne warunki, brak jakiegokolwiek innego pożywienia.

Po trzecie: rytuały

  • oddanie szacunku pokonanemu przeciwnikowi, aby jego ciało nie gniło w ziemi (np. plemię Wari z Brazylii);
  • chęć przejęcia cech zmarłej osoby (np. aborygeńskie jedzenie mózgu);
  • potępienie, zhańbienie wroga, jedząc jego ciało (np. Japończycy podczas II wojny światowej)

 

Rozmowy na temat kanibalizmu potrafią być niezwykle zajmujące i wywołujące uczucie konsternacji i zwątpienia co do doboru interlokutorów. Ciekawość to ważna cecha. Przydatna. Dzięki niej poznajemy świat. Niemniej, pewne sprawy powinny zostać niewyjaśnione. Bo chyba zgodzicie się ze mną, że lepiej umrzeć w niewiedzy, niż kiedykolwiek na własnej nomen omen skórze przekonać się, jak smakuje ludzkie mięso.  😉

Artykuł skończony. Można coś zjeść.

Ja zgłodniałam.

 

Imponderabilia

źródła: 1 2 3 4


HALLOWEEN NIEJEDNO MA IMIĘ

Myślę, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego jak bardzo różnią się od siebie kraje leżące nawet na tym samym kontynencie. Pomimo tego, że żyjemy w dobie internetu, gdzie każdy ma dostęp do niemal każdego miejsca na Ziemi, to nasza wiesza na temat tradycji czy obrzędów innych grup etnicznych jest znikoma. Często również zdarza się, że bierzemy udział w obchodzeniu świąt, nie znając ich symboliki czy wymownego zamysłu, o genezie nie wspominając. Dlatego też, przy okazji listopada, zaprezentuję trzy popularne święta, które pozornie dotyczą tego samego, ale w praktyce oznaczają coś zupełnie innego.

Halloween – czyli pierwotny strach przed nieznanym

Dokładna geneza i pierwotny przebieg święta nie jest do końca znany. Przypuszcza się, że to mogło być rzymskie święto bogini Pomony (opiekunki owoców i nasion) lub celtyckie święto rozpoczęcia zimy.

Na północy Europy Halloween było obchodzone po prostu jako zakończenie jesieni i początek zimy. Ludzie radowali się udanymi zbiorami i urodzajem ciepłych miesięcy, jednak martwiło ich widmo zbliżającej się zimy; mrozu i chłodu, które wiązały się również z głodem.

Kolejna teoria mówi o druidach, kapłanach celtyckich, wierzących w duchy. Uważali oni, że  Samhain (bóg śmierci) na przełomie października i listopada zdobywa coraz więcej siły. Miała się wtedy zacierać granica między dwoma światami: światem ludzi a światem demonów. W tę jedną noc dusze zmarłych mogły nawiedzić ludzi, aby odpokutować swoje ziemskie przewinienia. Ludzie palili w ten czas ogniska na cześć boga słońca i światła – Luga. Przyciągały one do nich dobre duchy, a odstraszały te złe. Często, aby przebłagać Samhaina ludzie składali mu krwawe ofiary, niejednokrotnie zdarzało się, że na ołtarzu składano ludzi.

Był jeszcze jeden sposób, aby odstraszyć złe moce. Chcąc wyjść z domu zakładali niespotykane stroje oraz maski. Po co? Wierzyli, że w przebraniach złe duchy nie rozpoznają w nich ludzi, a co za tym idzie, nie zrobią im krzywdy…

Dzisiaj nikt nie boi się demonów, wszyscy dobrze wiemy, że nic nam nie zagraża. W naszych czasach obchodzi się Halloween, aby dobrze się bawić ze znajomymi czy po prostu przebrać się dla własnej satysfakcji. Chyba wszyscy chociaż raz w życiu słyszeliśmy o zabawach takich jak ‚apple bobbing’ czy „cukierek albo psikus”.

Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny – nasza sprawa

Obok Halloween najbardziej znane święto na całym globie obchodzone jest głównie w Europie. W dzisiejszych czasach mówi się o tym jako o chrześcijańskiej tradycji, ale poganie również świętowali dzień poświęcony zmarłym. Tak naprawdę pierwsi chrześcijanie obchodzili święto zmarłych w kwietniu lub w maju, dzisiaj z biegiem lat uległo to zmianie.

W czasach Imperium Rzymskiego obchodzone było 13 maja lub w pierwszy piątek po Wielkanocy, zależnie od kalendarza jakiego używali wyznawcy Chrystusa. W tym dniu wspominano męczenników, którzy zginęli w imię swojej wiary w latach intensywnych prześladowań w Rzymie.

Pierwszego listopada każdego roku całymi rodzinami spotykamy się przy grobach zmarłych. Na cmentarzu odbywa się uroczysta Msza Święta. Bliscy często przy okazji mogą się spotkać, ale również pomodlić się za zmarłych i powspominać ich. Choć w rzeczywistości jest to dzień, w którym wspominamy Świętych Kościoła Katolickiego, wiele osób błędnie uważa, że to dzień wszystkich zmarłych.

Dzień Zaduszny, czyli 2 listopada, to dzień przeznaczony na modlitwę za wszystkich zmarłych. Warto pamiętać, aby przed tym dniem zadbać o groby swoich bliskich, ale również zrobić tego dnia dobry uczynek i zapalić znicz na zaniedbanym grobie, takim, o którym już nikt nie pamięta.

Dia de los Muertos – meksykańska wersja naszych świąt?

Otóż nie! Chociaż nie można ukryć, że są to święta bardzo podobne do siebie, odbywają się nawet w tym samym terminie – 2. listopada. Jednak tradycja obchodów tego święta liczy 3000 lat i może niektórym przypominać Halloween.

Jest to bardzo kolorowe święto. Szkielety ubierane są w odświętne stroje, czaszki są malowane i ozdabiane kwiatami i wstążkami, następnie ustawia się je w różnych miejscach w mieście. Ludzie malują swoje twarze tak, aby przypominały czaszki oraz ubierają barwne stroje. Ma to symbolizować, że zmarli nadal żyją, a ich dusze świętują tego dnia z żywymi. Organizowane są tego dnia parady i festiwale, a nawet piecze się specjalny chleb zmarłych tzw. „pan de muerto”

Jego tradycja ma swój początek wśród plemion indiańskich m. in. Azteków i Majów. Duży wpływ na kształt święta miał kult czaszek przodków wśród tych plemion. Czczono głównie najbliższych zmarłych oraz dzieci. Obchodzone pierwotnie dziewiątego miesiąca kalendarza słonecznego Azteków, trwało cały miesiąc. Składano wtedy hołd „Królowej Śmierci” – bogini Mictecacíhuatl, żonie władcy Krainy Zmarłych.

Dzień Zmarłych (Dia de los Muertos) jest dniem wesołym, to dzień zabawy i wielkiego szczęścia. Data jego obchodzenia została zmieniona przez chrześcijańskich konkwistadorów z Hiszpanii, którzy chcieli, aby Indianie utożsamiali swoje święto z Zaduszkami kościoła katolickiego. Dzięki takiemu zabiegowi, poganom łatwiej było przyjąć wiarę w Jednego Boga.

Każde z tych świąt jest ciekawe i na pewno warto chociaż raz spróbować w jego obchodach uczestniczyć.

Martyna Kuppe

źrodła: 1 2 3

OSACZENI – NIEŚWIADOMI…?

Technologie informatyczne zrewolucjonizowały sposób życia, myślenia, postrzegania, funkcjonowania człowieka we współczesnym świecie. Osaczają nas z każdej strony, biorą czynny udział w naszym życiu. Fakt jest taki, że poddaliśmy się im bezkrytycznie, gdyż sprawne gromadzenie i przekazywanie informacji stało się obecnie niezbędnym warunkiem dla naszego rozwoju.                                                                                                                                     Czy Ty? My? …jesteśmy świadomi tego, jaki wpływ ma świat technologii informatycznej na naszą codzienność, postrzeganie drugiego człowieka? Świata? Na nasze zdrowie?

Milowy krok dla ludzkości

Technologie informatyczne zostały stworzone przez człowieka dla człowieka, po to, by poprawić jakość życia. Byłbym kompletnym ignorantem, gdybym nie nadmienił o ich pozytywnym wpływie na nasze życie. Dzięki intensywnemu rozwojowi technologii informatycznej zyskała nauka, medycyna, elektronika i wiele innych „gałęzi” mających wpływ na poprawę warunków i jakości życia. Stworzyły sieć przekazu informacji dzięki, którym świat zrobił milowy krok do przodu. Mam tu na myśli, chociażby łatwość komunikacji między ludźmi. Internet „zmniejsza” odległość, pozwala na kontakt werbalny i wizualny, szybkość przepływu informacji przyczynia się do bardzo intensywnego rozwoju na każdym polu nauki.

Język – dziedzictwo kulturowe

Dzisiejszy świat jest barwny, kolorowy. Z każdej strony bombardują nas – podawane bardzo atrakcyjnie – informacje. Krzyczą bilbordy, „uśmiechają się” i wciągają nas portale internetowe, mrużą oko, wabią. A my? Wchodzimy w to! Dla relaksu, rozrywki, pozyskania rzetelnej (też!) informacji. Liczne komunikatory sprawiają, że cały świat jest w zasięgu ręki. Blisko. Chłoniemy, stajemy się częścią świata, który dyktuje swoje warunki. Dostrzegamy to? Czy stajemy się graczami, nie zauważając, że np. zubażamy język ojczysty. Tak! Zubażamy! A dbanie o język ojczysty jest przecież mocno związane z zachowaniem odrębności kulturowej, własnej tożsamości! Warto zauważyć, że w necie posługujemy się słowami-kodami, używamy angielskich słów, skracamy słowa języka ojczystego. Dewastujemy język ojczysty – nasze niematerialne dziedzictwo kulturowe.. a przecież jest to tak istotny element potrzebny do tego, by zachować własną tożsamość, kulturę.

Kultura, tradycja, tożsamość

Technologie informatyczne wyraźnie zacierają granice między społeczeństwami, zanikają lokalne różnice kulturowe, które zostają zastąpione tymi bardziej atrakcyjnymi, wygodniejszymi. Kultura, tradycja, tożsamość narodowa zmienia dziś oblicze. Świat staje się globalną wioską, gdzie mówi się tym samym językiem i hołduje podobnym wartościom. Wpływ portali na kształtowanie świadomości ludzi jest ogromny i powinien budzić niepokój, ponieważ budowanie na ich podstawie wyobrażenia o człowieku, świecie.., może być bardzo mylące, nieprawdziwe. Warto pamiętać, że media, które dziś kształtują ludzkie poglądy, spojrzenie na świat, życie.., to nic innego, jak jakiś sztab ludzi (określonych np. politycznie), którzy przekazują nam swoje lub narzucane przez np. władze poglądy oraz kreują właściwy sobie wizerunek świata, sprawy, człowieka. Może warto na chwilę wydostać się z tej „pajęczej sieci” i zastanowić się – jak bardzo w niej tkwimy? Gdzie i kiedy mówimy językiem własnym, a kiedy to co „zeskanuje” nasza podświadomość ze świata informacji medialnej?

Izolacja społeczna

Brzmi mocno? Abstrakcyjnie? Otóż jest to problem dzisiejszej cywilizacji, który swe korzenie ma właśnie w „dobrach” technologii tj., internet. Działają one bardzo podstępnie. Dostarczają rozrywki (gry, filmy), niosą ładunek adrenaliny, podnoszą (pozornie) poczucie własnej wartości (komunikatory, portale) lub sprawiają, że nasze samopoczucie z tych samych powodów pikuje w dół. Bywa, że głęboki dół. Brak realnych kontaktów, autorytetów, rozmów o sprawach ważnych i nieistotnych sprawia, że zanurzamy się w świat wirtualny, który jest.. bezpieczny. Wchłania nas jak gąbka. Daje obietnicę bezkarności (!). Mamy dwustu przyjaciół na Facebooku a zielonego pojęcia o przyjaźni. Nie czujemy prawdziwych emocji tylko budujemy… No właśnie co? Świat, który nie istnieje? Wyobrażenie o człowieku, którego nie ma? Uciekamy. Jesteśmy my i komputer, internet, cały świat. Izolujemy się od człowieka, codzienności bo lepiej jest tam, gdzie nikt nie oczekuje od nas spojrzenia w oczy, deklaracji, rozwiązywania problemów, a życie i wyobrażenie o sobie możemy wykreować sami. Tak naprawdę w internecie można mieć swoje drugie życie. Można być kim się chce. Ważną role odgrywa tu anonimowość – łatwa droga do „czegokolwiek” ( przestępstwa, oszustwa, zuchwałych zachowań). Tu nikt ci nie zrobi krzywdy. Zawsze można zmienić portal, komunikator, wyjść z sieci. Bezpiecznie. Anonimowo. Wygodnie.

Osaczeni? Świadomi…? Nie…?

 

Nikodem Michalski

 

Pieśń Strachu – prolog

W naszym świecie nie ma dobra i zła, są jedynie ludzie, którzy zasługują na potępienie lub chwałę, tego uczymy się przez całe życie. W Skovarlden nie ma sądów, tym, który osądza, był Iljug, stwórca świata i wszystkiego, co go otacza. Najstarsze opowieści głoszą, że Wieloimienny, zanim stworzył naszą krainę, tworzył inne. Pełne były one przedziwnych stworzeń, rodem z koszmarów. My, plemiona Vagamańskie, byliśmy jedynie wynikiem zabawy wcieleń Boga. Opowiada o tym jedna z licznych legend, jednak tę przyjmuje się jako najprawdziwszą, tę, która ma w sobie pierwotny ogień pradawnych czasów.

„Człowiek został stworzony ostatni, jako narzędzie do zabawy dla istot, które zabijały dla przyjemności, ludzie byli stworzeni do bycia celem… Byli słabi, nie mieli kłów, pazurów ani sierści do ochrony przed zimnem… Byli więc podistotami, które można było gnębić… Zwierzęta i inne poczwary bawiły się nami, używały nas jako ruchomych celów dla swojego potomstwa. Tułaliśmy się po całym świecie jak zjawy, nie mając wyznaczonego celu ani użytku. Pewnego dnia jedno z wcieleń Iljuga, Brajock, podpowiedział, by urozmaicić pobyt na aktualnym świecie i dać najgłupszym zwierzętom to, co najcenniejsze: rozum i świadomość swojego istnienia. Tak też zrobił i uśpił wszystkich spośród nas, a gdy się obudziliśmy, zadziwiliśmy się, w jak ciekawym żyjemy świecie. Jednak ataki na nas nie ustały, więc musieliśmy się bronić. Poznaliśmy zasady łowów, zachowania zwierząt, nauczyliśmy się wyrabiać broń i ubrania… I wypowiedzieliśmy naturze wojnę. Zaczęliśmy atakować, ustanawiać swoje prawa i rządy, podbijać i zabijać… Gniazda, jamy, lasy płonęły dniami i nocami, a agonalne skowyty i piski tylko dodawały mocy krzyków i bębnów ludzkości. Bóg był nami zafascynowany, był strasznie ciekawy co zrobimy dalej.”

Po tym jak przestaliśmy się obawiać zwierząt, chować w nocy po domach i umierać z głodu, zaczęliśmy głębiej odkrywać to, co było zapisane w Skovardlen. Zrozumieliśmy, że prócz Hensulii występują inne wyspy, które jednak znacznie ustępują wielkością i zdatnością do życia. Dotarliśmy do wszystkich, do tych najmniejszych, najmniej przyjaznych, wyznaczyliśmy wzajemne terytoria i granice. Świat powoli zaczynał być za mały na to, by każdy miał jego kawałek. Podzieliliśmy więc ziemie na obszary, które należały do większych grup, każda z tych grup miała swojego przywódcę, który był wybierany dożywotnio. Jednak zgrzyty pomiędzy grupami były ogromne i wkrótce rozpoczęli plądrować się nawzajem. Zaczęli się wyniszczać i pochłaniać. Iljug to zauważył i skarał Girditę za to, że nadała ludziom niepożądanych cech. Nie wszyscy spośród nas byli chciwi i źli, Wieloimienny to zauważył, dlatego stworzył Macum, by ostrzec nas przed postępowaniem wbrew jego woli. Do pilnowania tych, którzy ośmielili się umrzeć w chciwości i gniewie wykreował demona zwanego Shanguo, który był tym, którego baliśmy się najbardziej. Nie potrzeba było dużo czasu nim Shanguo zbuntował się i stał się posłuszny samemu sobie. Zaczął rządzić twardą ręką w swoim niegodziwym królestwie, gdzie torturowano i poddawano okrutnej przemianie złe ludzkie dusze. Wkrótce Macum urosło do niewyobrażalnych rozmiarów i demon nie mógł nim rządzić w pojedynkę, gdyż nie był Wieloimiennym. Dlatego, wykorzystał najniegodziwsze dusze i ulepił z nich swych 3 synów: Bedrala, Groka, Hogbena. To własnie oni mieli pomóc mu w swoim dziele.. Przeliczył się. Trójka braci uknuła plan przejęcia Pustki z rąk ojca. W tym samym czasie na świecie minął ogrom czasu, a my wciąż się zabijaliśmy o błahostki. Ojciec zabijał syna, brat zabijał siostrę. Iljug nie mógł znieść tego dłużej, wysłał cząstkę siebie jako ostrzeżenie przed jego gniewem. Nad największym miastem zawisła ogromna kula, która świeciła niczym Słońce, oślepiała nasze brudne i przestraszone twarze. Nie byliśmy w stanie zrozumieć tego co ma nam do powiedzenia nasz stwórca, więc wstąpiliśmy na ścieżkę wojenną z samym Bogiem. Pierwsze mordy nastąpiły w północnych miastach położonych wysoko w górskich przełęczach. Niedługo potem widziano wielu z nas, którzy uciekali ku południu z paniką w oczach gdyż „widzieli samą Śmierć”. Wszystkie grupy, plemiona i klany zebrały się w dolinie Vaminis, aby omówić wspólne zagrożenie, które nadchodzi z północy. Większość spośród Wielkich Wodzów zgodzili się, że w obliczu takiego wroga należy zjednoczyć armię, by wspólnie przeciwstawić się i przetrwać. Wszyscy ruszyli na wielką pielgrzymkę zwaną później Weglang podczas której to każdy napotkany mąż miał obowiązek dołączyć się do wspólnej walki. Droga była długa i niebezpieczna, wielu nie wytrzymało pochodu na północ. Ci, którzy dotarli odprawili pieśń za zmarłych tańczyli całą noc wśród świateł ognisk do rytualnych bębnów, a gdy nastał świt, stanęli razem w szrankach. Na przedzie stali najwięksi i najsilniejsi, uzbrojeni w wzmocnione tarcze i włócznie długie na cztery  łokcie. Zaraz za nimi stali mniejsi, z tym co zabrali ze sobą i co nadawało się do walki. Na końcu chłopcy mierzący prymitywnymi łukami i procami, mierząc w las ze strachem w oczach. Byliśmy przygotowani na wiele, ale tego się nie spodziewaliśmy…

 

Maksymilian Stępczak

 

 

 

 

 

All hearts are broken

Z przeznaczeniem problem był taki, że cokolwiek zrobiłeś, prędzej czy później okazywało się to złe, jeśli mu nie odpowiadało. Mogłeś wyrzec się samego siebie, poświęcić wszystko, co posiadałeś i czego nie, łącznie z własną godnością i to nadal nie wystarczało. Ktoś kiedyś powiedział, że twoi przyjaciele muszą polec, jeśli ma nastać nowe jutro.

A co z kochankami?

 

*

 

Kurz ciężko opadł mu w płucach. Przez powieki przebił się promień błękitnego światła. W zasadzie tylko przez prawą powiekę – był to bardzo mały promień, a on leżał na brzuchu, przywalony resztkami gruzu, wciąż kurczowo trzymając kołnierz marynarki i osłaniając głowę rękami, choć od ostatniego poruszenia w tym miejscu minęło co najmniej kilka godzin. Jego dłonie opadły na ziemię, zbierając piasek w garści, mięśnie drgnęły, głos odmówił posłuszeństwa. Gwałtownym ruchem przewrócił się na plecy, sycząc z bólu, oczy wciąż miał zaciśnięte, ale po przetarciu brudnymi palcami otworzyły się. Przechylił się w prawo, kaszląc zawzięcie. Kurz i pył. Nawet za życia nie dają nam spokoju. Kasłanie ustało, urywany oddech nabrał regularności, obraz – jakby ostrości. Odeszłam, zanim mnie zobaczył.

 

*

 

– Niebezpieczna to rzecz, nagle wiedzieć tyle o sobie. Kim byłeś, kim jesteś i kim będziesz. Człowiek żyje zazwyczaj tym, że nigdy nie wie, zawsze pragnie się dowiedzieć. I uczynki uzasadnia niewiedzą.

– Zawsze wiedziałem. Coś wiedziałem. Wystarczająco wiele, aby nie móc się usprawiedliwić.

– A więc obarczanie tym wszystkim przeznaczenia nie wchodzi już w grę?

– Wchodzi. Ale niczego nie ułatwia. To w końcu i tak moje decyzje.

– Niczego nie zmienią, twoje czy moje.

– Gdyby ludzie zawsze tak powtarzali, gdzie bylibyśmy teraz?

– Masz świadomość, to ponoć wielka broń.

– Co mi po niej, zrobiłbym to samo i bez tego. Pozostaje tylko gorycz wiedzy, którą posiadasz tylko ty i nikt inny nie może jej zrozumieć. Rozumieć nie znaczy być szczęśliwym.

– Powiedzieć ci prawdę? Świadomość to porażka. Niezdolność do niewiedzy. To pełnia poczucia porażki. Nie odczuwasz niczego innego.

– Wszystko dlatego, że przeznaczenie kpi z nas. W bajkach koniec był dobry, jakkolwiek ktoś narozrabiał.

– W życiu koniec jest zawsze zły, jakkolwiek się starasz.

– Mam coś gonić?

– Prędzej kogoś. Ale co ja mogę o tym wiedzieć?

– …

– Tak?

– Nie odchodź.

– Dlaczego? Przecież nie ma tu już dla mnie miejsca. Poza tym – ja już odeszłam. Nikt nie odchodzi dwa razy. Jeśli raz, to już na zawsze.

 

*

 

Pola bitwy są straszne. Nie ma w tym ani niedopowiedzenia, ani przesady. Straszność może być przeróżna i na tym polega jej straszność. Pole jest raz pełne, raz puste, krew ciepła i obrzydliwa, namioty szpitalne głośne i cuchnące, krzyki smutne i radosne, pochody żałobne i zwycięskie, korony drogie i zimne.

 

Pełnia, pustka, ciepło, ohyda, hałas, smród, smutek, radość, żałoba, zwycięstwo, cena, chłód – to wszystko jest straszne.

 

Pola bitwy są straszne.

 

Nigdy do nich nie przywykasz, wciąż masz dreszcze, albo umierasz. Zwyczajnie lub wewnętrznie, sursitaire. Chyba, że rodzisz się rycerzem.

 

***

 

– Rycerze są aż tak źli, czy aż tak dobrzy, pani profesor?

– I tacy, i tacy.

 

***

 

Zebrało mu się na wymioty, ale nie skłoniło go to do odejścia. Okrzyk, deszcz, błyskawica. Ogień… ognia tu nie ma, ale gdzieś był, przecież go czuł. Ciała nie były ludźmi, były ciałami, nawet jeśli któraś z twarzy miała znajome rysy. Minął wielu i powalił wielu i nie chciał się zastanawiać, bo wtedy mógłby przestać, a to nie wchodziło w grę. Nie mógł przegrać. Nie chciał wierzyć, że może. Że mógłby.

 

Za późno. Zawsze jest za późno. Na coś zawsze zdążysz, ale na coś zawsze jest za późno.

 

Nie chciał być świadomy. Tego wszystkiego. Nie chciał, ale był.

 

Myślał, że ma wpływ na wszystko, ale wszystko wymykało mu się z rąk.

 

Król leżał na samym środku, jakby grawitacja i przypadek zakpiły sobie z niego. Jakby przeznaczenie pokazało mu, że nikt nie uchroni się przed nim, nawet ktoś leżący pośrodku, nawet ktoś, kto go szuka.

 

Wszystkie serca prędzej czy później są złamane. Dlaczego się przejmowaliśmy?

 

*

 

Krew, wszędzie krew, nie unikniesz krwi. Nawet jeśli nie lubisz jej słodkiego zapachu i metalicznego posmaku. Nawet jeśli jej nie przelewasz. I nawet jeśli nikt nie przeleje twojej.

Choćby w snach.

 

*

 

Przepaść nie wydaje się tak straszna. To nic, to tylko natura, to jest tylko trochę niżej, niż kroczą twoje stopy. Nie ma niczego strasznego w przepaści, wszystko o niej wiesz. Jesteś nawet świadom, co przepaść znaczy i jak się kończy.

Odchodzisz. ..

Wcale nie płakałam, może tylko trochę.

 

*

 

Jego pocałunek smakował krwią, którą przed chwilą wypluwał, ale wciąż był znajomy. Uścisk dłoni zelżał mimo wszystko, mimo „kocham cię” wyszeptanego w gorączce.

 

To wszystko miało jakikolwiek sens?

Nie pytaj tak, wszystko ma sens, nawet porażka.

 

*

 

Król umarł, odszedł, przepadł. Zamknął oczy i przestał oddychać. Tak po prostu. Jak to mają w zwyczaju ludzie. W śmierci nie ma nic nadzwyczajnego, choćbyś był najniezwyklejszym człowiekiem.

Jednak w samym fakcie jest coś, jest pustka (a pustka to przecież strach).

On czuje więc strach, przejmujący, niewyobrażalny, ściskający serce, dławiący gorzkimi łzami.

 

Płakał i płakał, całkowicie bez końca i bez nadziei.

 

Przeznaczenie wygrało, przecież wiedział od początku, że tak będzie. Był świadom.

 

*

 

Och, nie płacz, kochanie. To nie jest jedyne rozwiązanie. Może jutro obudzisz się w całkiem innym świecie.

Jutro może być całkiem inna rzeczywistość, gdzie nie ma strachu. Przynajmniej nie tyle i nie takiego.

Jutro może być za tysiąc lat, albo po kolejnym wschodzie słońca.

Jutro możesz zawołać i wróci do ciebie. Lub po ciebie.

 

Mówiłam, że nikt nigdy tak naprawdę nie wraca, jeśli odejdzie. Kłamałam, bo cię kocham. Mam rację co do siebie – ja nie wrócę. Nie mogę.

Ale niektórzy czasem nie mogą zostać. Muszą wrócić. A żeby wrócić, trzeba najpierw odejść.

 

*

 

– Mogę prosić cię o radę?

– Możesz, zawsze. Ale ja nie muszę odpowiadać lub mogę zrobić to źle. Nie polegaj na mnie, to zależy od ciebie, co zrobisz.

– Ale zapytać nie zaszkodzi.

 

 

***

– Myślisz, że On zrobiłby to?

 

Dziewczynka zakołysała się na krześle, zabawnie przekrzywiając głowę, aby lepiej przyjrzeć się motylowi na parapecie.

 

– Poświęciłby swój wspaniały, nieśmiertelny umysł i moc… przepaści. Zwykłej, nudnej przepaści.

– Myślę, że tak, zrobiłby to. Gdyby ją kochał bardziej niż Króla, tak, zrobiłby to. Ale w takim razie to opowieść o czymś całkiem innym. Wcale nie o rycerzach.

 

Pani profesor pokiwała głową, gładząc dłonią brzeg skórzanej oprawy książki.

 

– W pewnym sensie i tak wpadł w przepaść. Czasu.

– Ależ nie – uczennica potrząsnęła jasną grzywką. – Przecież dziś jest jutro. Czy niczego się pani nie nauczyła?

 

Kamila ‚Megalcarwen’ Matuszewska

Pudełko

Kiedy byłam mała, nie lubiłam chodzić do przedszkola. Teoretycznie wszystko było w porządku, ale gdzieś tam rodziła się już niechęć do ludzi. Bo ja w zasadzie nie lubiłam ludzi. Tłum wywoływał u mnie ból głowy, nigdy nie wiedziałam co powiedzieć i wciąż czegoś ode mnie wymagano. Kiedyś przewróciłam się na jednej ze ścieżek naszego dużego placu zabaw na obrzeżach Manchesteru. Dopiero kiedy się podniosłam, zauważyłam, że to jeden z chłopców mnie popchnął. Był starszy o rok i niewiarygodnie wielki w porównaniu do mnie. Wychowawczyni pogroziła mu palcem, ale od razu wypuściła, zwłaszcza, że nic mi się nie stało – miałam tylko obdarty nadgarstek. Chłopiec pokazał mi język ponad jej ramieniem i pobiegł w drugą stronę. „Chłopcy tacy są, silniejsi”, usłyszałam wtedy. Pokiwałam głową i wróciłam na ścieżkę. Potem znalazłam go, podłożyłam mu nogę, a potem wdeptałam w trawnik. Miałam pięć lat. Matka nie powiedziała ani słowa.

 

Może sposób nie jest właściwy, ale pozwala osiągnąć cel, prawda?

 

            Budzą mnie strzały. Karabin maszynowy, ciężki. Ostrzeliwał barykadę, za którą leżałam. Kilka metrów obok wybuchł granat. W nikogo nie trafił. Ciężko odkleiłam od cementu policzek oblepiony krwią. Sprawdziłam twarz, rozcięcie pod okiem, niewielkie, już wyschło. W moim lekkim karabinie brakowało amunicji, ale i tak przewiesiłam jego pas przez ramię. Otarłam nos rękawiczką i kucnęłam, przeszukując ziemię wokół mnie. Pod płachtą nadpalonej blachy znalazłam wyrzutnię z jednym załadowanym granatem, zanim świadomość dopasowała się do nowej sytuacji, instynkt podniósł mnie i rzucił kilka kroków naprzód, obok barykady. Wystrzeliłam granat na dach sąsiedniego budynku, z którego nas ostrzeliwano. Wybuchł natychmiast, spalając karabin, a podmuch wyrzucił dwójkę ludzi poza krawędź. Wśród ostatnich kul dało się słyszeć kilka przekleństw, dopiero po chwili zapadła cisza. Nie głucha, gdzieś w oddali nadal strzelano i ktoś nadal przeklinał, ale tutaj mogłam stanąć prosto, zdjąć hełm i pozwolić twarzy ochłodzić się podmuchem wiatru, nawet jeśli ten pachniał siarką. Ktoś krzyknął: „Na dół”, ale wzruszyłam ramionami. Dopiero po chwili postanowiłam zejść na niższe piętro po schodach pożarowych. Były stare i zardzewiałe, skrzypiały przy najmniejszym poruszeniu, ale wciąż ufałam ich stabilności. Na piętrze znalazłam łazienkę. Woda była chłodna i czysta, mogłam się orzeźwić i napić, potem oczyścić ranę. Za szafką z lustrem znalazłam nawet stary plaster. Naklejałam go, śmiejąc się ze swojej ostrożności i syków – kiedy ja poprawiałam swój policzek, ktoś właśnie stracił nogę i wykrwawiał się na śmierć. Lub spadł z budynku, na który ktoś wyrzucił granat. Ale w sumie sami podjęli wyzwanie, prawda? Naprawiłam jeszcze koka, chociaż nie zakładałam już hełmu. Spojrzałam na chwilę w lustro, wyśmiałam swoje podkrążone, nieludzko błękitne oczy, patrzące w taflę bez szczególnego wyrazu, później zwyczajnie wyszłam przez drzwi i zjechałam na dół windą. Zabawne, że wciąż grała w niej muzyka. Jakaś opera? Nie potrafiłam sobie przypomnieć. Sytuacja kazała mi się śmiać, śmiać tak głośno, aż ktoś usłyszy, czekałam tylko na mgłę i ciemność, gdybym rozpoznała Silent Hill, mogłabym pomyśleć, że to sen. Ale przecież… ja też sama się na to pisałam. Tym żyłam i to potrafiłam robić. W czym problem? Pokręciłam głową. Oszukano mnie.

Wyszłam z budynku już o wiele ostrożniej, z lękiem potrząsając pustym magazynkiem. Poczułam dziwną mieszaninę strachu, ulgi i gniewu, może też odrobinę smutku, potykając się o ciało jednej z koleżanek z mojej drużyny. Może to ona krzyczała? Cóż, to był ostatni raz. Nie znałam jej dość dobrze, aby paść na kolana z rozpaczy. Wiedziałam, że jest nasza, po białej naszywce na rękawie. Nawet nie pamiętałam jej imienia. Szybko zabrałam całą jej amunicję i załadowałam magazynek, przytwierdziłam też do pasa jej Glocka, gdyż swojego zgubiłam wcześniej. Za drzwiami znów poczułam siarkę i krew, ale czułam się o wiele pewniej. Pierwszy nadbiegł Thomas, przynajmniej zdawało mi się, że takie nosił imię. Niski, ruchawy szatyn, dziwnie młody, jak na tę profesję. Przypominałby mi pewnie młodszego brata i wywołał jakieś siostrzane uczucia, ale nie miałam młodszego brata. Dostał dwa szybkie strzały prosto w serce, aby upadł szybko i bez dźwięku. O oszczędzeniu bólu starałam się nie myśleć. Osunął się wzdłuż ściany budynku, w wąskim przejściu, którym akurat przechodziłam. Pechowy traf. Odwróciłam się na kilka sekund, w sam raz, żeby powalić Władimira krótką serią w brzuch. Mnie nie zachodzi się od tyłu. Tak, zdecydowanie zabawne myśli miałam w tamtej chwili. Przy Philu przez moment się zawahałam. Szedł szybko i jakby lekko przestraszony, odgarniając rudą grzywkę. Niemal mnie nie zauważył. Miałam nadzieję, że nie zauważy. Zdziwił się, kiedy dostrzegł kierunek mojego marszu. Wyciągnął broń. Zbyt wolno. Jego naprawdę przez chwilę było mi szkoda. Raz współpracowaliśmy, nie mogłam znaleźć powodu, dla którego powinien zginąć… Źle wycelowałam. Ja. Co się stało? Dość, że dostał w nogę. Zatrzymałam się nad nim, jakbym miała go dobić. Kiwnął głową. Był w przeciwnej drużynie. A ja westchnęłam. To niepotrzebny problem, niepotrzebne skrupuły, ale przecież w normalnej sytuacji nigdy bym do niego nie strzeliła. On nie był taki, jakich wybierałam. Powinnam odmówić strzału. Powinnam go ocalić. Kucnęłam i rozdarłam nogawkę. Ani śladu kuli, musnęła tylko mięsień, zostawiając krwawy ślad. Phil obserwował mnie bez ruchu, chociaż nie wypuścił dłoni z rąk. Wiedział. Wiedział, że nigdy bym nie chybiła. Wytargałam z buta kawałek swojego materiału i zawiązałam go wokół rany. Nawet nie syknął. Mniej poważne, niż policzek, prawda? Spokojnie wytarłam okrwawione palce o jego nogawkę i wstałam, poprawiając kamizelkę. Dopiero potem spojrzałam mu w oczy, niebieskie jak moje, zmrużone i oczekujące. Oddychał nieco ciężej.

 

– Wyjście jest oczywiście w stronę, w którą nie pójdziesz – powiedziałam cicho, biorąc do rąk karabin. – Ale możesz przeczekać tam, skąd wracam. Jest jedzenie i gra muzyka. Jeśli wycelujesz w drzwi, nikt nie wejdzie.

 

Pokiwał głową.

 

– Jak długo? – spytał zachrypniętym głosem, po czym opluł ścianę obok i zaczął się podnosić.

– Zależy, jak szybko załatwię sprawę – podałam mu rękę.

 

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale wzruszył ramionami i pokuśtykał w kierunku, z którego tu przyszłam. Kiedy ruszyłam już naprzód, zawołał jeszcze:

 

– Osiem miesięcy temu, kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, wiedziałem.

 

Zanim się odwróciłam, znikł już na klatce schodowej.

Ktoś wybiegł z prawej ścieżki, a ja strzeliłam, zanim zdążyłam pomyśleć. Anderson. Z mojej drużyny. Nie zraniłby mnie. Ale kazałby mi iść w drugą stronę. Nie patrzyłam na niego długo, ale ruszyłam naprzód.

Kilkaset metrów dalej spotkałam Jeffreya. Należał do przeciwnej drużyny, czerwona naszywka niemal błyszczała w sztucznym świetle latarni, tak samo jak jego niemal białe włosy i wypolerowana lufa karabinu. Gniewnie spojrzałam na żarówkę, potem na słońce, które w tym momencie chowało się dokładnie za ścianami wieżowców. Jeffrey mógł obejść budynki przeciwną ścieżką i nie spotkać mnie, teoretycznie więc również szedł pod prąd. Odgarnęłam włosy i opuściłam karabin. Byłam czujna, ale miałam przeczucie, dziwne drżenie w kościach, niemoc w palcach.

 

– Hej, przystojniaku! – zawołałam zrezygnowanym głosem, podchodząc bliżej.

 

Dostrzegłam jego szeroki uśmiech. Uniósł broń, a potem z premedytacją rozstrzelał wszystkie pięć żarówek, wiszących u lamp przy żywopłocie. Parsknęłam.

 

– Nie wierzę – zaśmiał się, zdejmując i otrzepując rękawiczki, ale nie zdejmując ze mnie wzroku. – Betty Black we własnej osobie. Miło mi cię wreszcie spotkać. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego nie nazywają cię Betty White? Bardziej pasowałoby do ciebie.

– Betty Red brzmi całkiem fajnie – odparłam, zahaczając o niego drapieżnym wzrokiem, zanim zdrapałam z kołnierza kurtki zaschniętą krew. – Ale podejrzewam, że to dlatego, iż noszę czerń. Albo dlatego, że tak wpisałam sobie w dowodzie.

– Zły kierunek, Betty.

– Wiem. Chociaż… może nie do końca? – uniosłam brew, kiwając głową w stronę ścieżki biegnącej na zachód.

– Dlaczego nie do końca?

– Bo to mój kierunek

 

Wyminęłam go i weszłam na drogę. Brak czujności. Nie zdążyłam podnieść broni, kiedy zza zakrętu wybiegł Akihiro. Japończyk z białą naszywką, bez żadnych skrupułów, który wycelował prosto w nas obu. Jeffrey był szybszy, powalił go celnym strzałem w głowę, krew bryznęła na ścianę, a ja zachwiałam się i oparłam o żywopłot. Byłam strasznie zła na siebie. Aki irytował mnie od lat, widocznie ja jego też. Ale na czym polegała na cholerna gra? Przyjaciel chce mnie zabić, a wróg ratuje? Wyprostowałam się, spojrzałam na niego. Patrzył na mnie z uniesionym kącikiem ust.

 

– Los sprzymierzeńców przypieczętowany – stwierdził, ruszając moją ścieżką.

 

Pobiegłam za nim, dopóki nie zrównaliśmy kroku.

 

– Więc, Jeffrey…

– Mów mi Jeff, możesz to również krzyczeć.

 

Zaraz po śmiałym komentarzu zarumienił się lekko, a ja ze zrozumieniem pokiwałam głową. Słońce wyłaniało się zza chmur, jeszcze nie robiło się pomarańczowe.

 

– Więc, Jeff… lubisz stare magazyny i energiczne oczekiwanie?

 

Uśmiechnął się, nie patrząc na mnie i pociągnął nas w stronę jednego z garaży.

 

*

 

Opuściliśmy go godzinę później, uśmiechnięci. Słońce było już nieco niżej.

Wybraliśmy. Ścieżka była kręta, ukryta wśród żywopłotów, przypominała labirynt. Wciąż słyszałam strzały, z jednej strony bliższe, z drugiej – tą drogą nie dało się ich odnaleźć. Kiedy na naszej drodze pojawiał się ktoś, znikaliśmy. Tutaj nie było żadnej krwi.

 

– Zmiana sposobu?

– Byłam nieco otępiała, teraz myślę trzeźwiej.

 

Pozwolił sobie na lekki uśmieszek. Mimo wszystko, nazywałam się Betty Black.

 

– Ach tak? – usłyszałam jeszcze, zanim uderzyłam trzepnęłam go w nerkę.

 

Musieliśmy przyspieszyć.

Problem leżał gdzie indziej. Problem był taki, że tych ludzi nawet nie znałam, a sytuacja niczego nie wymagała. Wolałam nie zagłębiać się w meandry własnego umysłu, byłam beznadziejna w relatywizmie. Moje działania nie miały większego sensu. Kiedy byłam młoda – ćwiczyłam. Na wszystkim. Na szczęście miałam rozsądną nauczycielkę. Kiedy musiałam zarabiać – zarabiałam, chociaż niezbyt chwalebnie. Dosłownie po trupach weszłam na szczyt, na którym teraz jestem. Teraz zabijam tylko, jeśli chcę i tylko, jeśli uważam to za wystarczająco słuszne. Wyrzucam zlecenia ludzi poirytowanych i zbyt pewnych siebie, którzy pragną czyjejś śmierci dla własnej chorej satysfakcji lub z kaprysu. Przyjmuję zlecenia ludzi zdradzonych i cierpiących, zabijam morderców. Można powiedzieć – więc po prostu zabijasz, prawda? Tak, dokładnie tak. Dokładnie tak wygląda to z boku. Właśnie dlatego nie lubię o tym myśleć. W niewielkiej przestrzeni mojego sumienia, do której daję sobie dostęp, głos mówi „kończysz łańcuch zbrodni” i tego się trzymam. Wizerunku dziewczyny przecinającej łańcuch. Udowadniającej, że może, że jest świetna, że wyrzuty sumienia to nie rzecz.

 

W końcu osiągam cel, prawda? Prawda?

 

Ta misja jest inna. W drugiej chwili to w ogóle przestała być misja. Ktoś zebrał nas wszystkich, tych przecinających łańcuchy i tych brutalnych i potwornych, zebrał nas w grupy, omamił nasz wzrok, zamknął w pudełku. W tym pudełku nie ma miejsca na więcej niż jedną, ewentualnie dwie osoby. Jako naturalni drapieżnicy mamy za zadanie się powyrzynać. W pełnym słońcu i zapachu siarki.

 

Jestem oszukana. Każdy z nas jest oszukany. Wyzuty ze wszystkiego, co posiadał i co chroniło go przed wnętrzem swojej własnej głowy. Zabijałam i prułam naprzód, a własna religia i część sumienia, którą trzymałam zamkniętą, zżerały mnie od środka. Krzyczały w mojej głowie. Sprawiły, że sama dla siebie stałam się bezwartościowa. Stanęłam w miejscu, zamiast myśleć o sobie jako bogini wyzwolenia, wróciłam do siebie sprzed dziesięciu lat. Do niepewnej, straconej społecznie dziewczyny, która miała do wyboru skoczyć z dachu lub zmienić nazwisko i wybrać drogę, do której dążyła. Trzeba było tylko zamknąć sumienie na klucz. Raz się udało. Teraz zdawało się to trochę niemożliwe.

 

Ale sumienie to jedna rzecz, a dzisiejszy cel i jego osiągnięcie – całkiem inna. Zamknięcie w pudełku może cofnąć cię o dziesięć lat, ale czy o nich zapomniałam? Nie.

 

Każdemu z nas kazano iść na przyjaciół z kolorowym materiałem na rękawie. Aby przyjaźń też straciła smak i wartość.

 

Kazano nam się mordować, więc co zrobili buntownicy? Kochali się. W starym, opuszczonym garażu, na masce samochodu.

 

Rozstrzeliwaliśmy każdą kamerę, aby nikt nie wiedział, że jest nas dwoje. Plecami do siebie, miarowo. Raz ja patrzyłam w tył, raz on. Nie oszczędzaliśmy strażników. Przepraszam. Za późno na to. Po schodach zszedł Pete, patrząc na nas uważnie. Był z mojej drużyny. Znajdował się tam, gdzie nie powinno go być.

 

– Ja… – zatrzymał się, przygryzając wargę.

 

Jeff czekał na mnie cierpliwie, wyglądając strażników i niezauważonych kamer.

 

– Peter…

– Ja… Bet, naprawdę…

– Wyjdź. Teraz.

 

Spojrzał na mnie niemal z bólem. Westchnął. Ominął nas szybkim, sprężystym krokiem.

 

– Będę stał przy drzwiach – powiedział, mrugając do mnie.

 

„Zawodowa solidarność?”, zapytałaby moja matka. Wyobraziłam ją sobie, bladą, suchą, w trumnie. Na górze grała muzyka. Nareszcie sobie przypomniałam. Upiór w Operze.

 

            W środku, na skórzanej kanapie, siedziały dwie kobiety. Całowały się niecierpliwie, czochrały swoje włosy i podciągały sukienki. W kominku palił się ogień, mimo ciepła na zewnątrz. Może tak było bardziej dramatycznie? Chrząknęłam. Nie odskoczyły od siebie jak nastolatki, ale nie zdołały ukryć zaskoczenia. Usiadły prosto, obie odgarnęły do tyłu blond włosy i starły rozmazane ślady szminki. Były do siebie całkiem podobne.

 

– Beatrice! – zawołała Tylor, tajemnicza bizneswoman, twórczyni mojej drużyny. – Nie spodziewałam się ciebie tutaj. I ten uroczy, młody dżentelmen…

– Nie taki uroczy i nie taki młody – zachichotała druga. Miała o wiele cieńszy głos. – Jeffrey.

– Cecile.

– Miło cię widzieć.

– Przykro mi, że nie mogę się odwdzięczyć tym samym.

 

Tylor zachichotała, sięgając po wino.

 

– Jeśli ktokolwiek miał się tu pojawić, to z pewnością nie ty, Beatrice. Nie, żebym nie doceniała twojego intelektu, ale po drodze tylu strażników…

– Ja ich zestrzeliłem – wtrącił Jeff, mrugając do mnie.

– No tak – pokiwała głową w moja stronę. – Może ty jesteś po prostu na to za dobra?

 

Wytrzymałam jej wzrok ze stoickim spokojem i wzruszyłam ramionami, chociaż krew wrzała mi w żyłach. Nikt nie będzie mi mówił, do czego się nadaję. A już na pewno nie Tylor.

 

– Dlaczego to wszystko?

– Och, kochanie. Nie uważasz, że wasz fach stał się nieco… zbyt popularny? Zbyt rozlazły, oficjalny, podzielony. Światu w zupełności wystarczy kilku płatnych morderców.

 

Zgromiłam Cecile wzrokiem.

 

– Zabójców – poprawiłam z niemiłym uśmiechem.

 

Blond flądra pokiwała głową i wstała, kierując się w stronę barku. Kiedy Tylor zwróciła nasza uwagę gwałtownym ruchem, ta rzuciła się do naszych pleców z paralizatorem. Zdążyłam przyłożyć jej w twarz, zanim upadłam i zwinęłam się w kłębek. Cholera, tak dać się podejść w samym gnieździe. Jesteś idiotką, Betty. Kopnęła mnie jeszcze, zanim usiadła obok kochanki.

 

Nie wiedziałam, jak to wszystko dalej się potoczy. Kilometr dalej, wśród ścieżek, żywopłotów i kwadratowego, wyłożonego kostką dziedzińca, nasi przyjaciele i wrogowie rozstrzeliwali się, smarując ziemię krwią. Ja przyszłam tutaj, oczekując czegoś innego. Ale widocznie czekała na mnie tylko śmierć.

 

Szkło rozprysło się. W jednej chwili szyba wpadła do środka w ostrych, nieregularnych kawałkach. Ominęły nas, leżących na podłodze i schowaną za oparciem flądrę, pocięły rękę Tylor, która znów sięgała po wino. Do środka wpadła kobieta, na oko trzydziestoletnia i wyraźnie zmęczona, o ciemnych, poplątanych włosach, z błyskiem w oku. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie to, że miała na sobie ciemny, obcisły materiał niewiadomego pochodzenia i wleciała przez dziurę po wspomnianej szybie. Otrzepała się z kurzu, niedbałym ruchem ręki całą naszą broń ustawiła pod ścianą. Pasek karabinu boleśnie przesunął mi się po skórze. Ogień w kominku zgasł. Ciszę przerwało łkanie Tylor. Nieznajoma kobieta odgarnęła włosy i westchnęła teatralnie.

 

– Mam na imię Julia i słyszałam, co się tutaj dzieje. Przyszłam, aby zaprowadzić porządek.

 

Jeff próbował coś powiedzieć, ale uciszyła go syknięciem.

 

– Zabójcy nie muszą się wypowiadać, wszystko wiem. Kazałam im przestać. Otworzyłam te cholerne, pancerne drzwi. Poszli już sobie. Nie słyszycie, że strzały ustały?

 

Mruknęłam coś pod nosem, drugi raz dzisiaj podnosząc się ze skulonej pozycji. Wymacałam plaster, który mimo wszystko jeszcze się trzymał.

 

– Zostało jeszcze kilka wyjść na hasło, mogłabym to w sumie zostawić, skoro już się nie zabijają, ale pomyślałam, że ukaram złoczyńców. Panno – zwróciła się do Tylor – proszę otwierać drzwi.

 

Tylor spojrzała na nią w ciężkim szoku, ale pokiwała głową i chwyciła za telefon.

 

– Czy godzi się zrobić tu coś jeszcze?

– Nie znasz się – wyjęczałam przez łzy.

 

Spojrzała na mnie z pogardą.

 

– Powinniście zakończyć swój proceder…

– Wyjdź – odezwała się Cecile jeszcze bardziej piskliwym głosem. – Po prostu wyjdź.

 

Nie byłam pewna, czy to dobre rozwiązanie. Mimo wszystko.

 

– Przybyłam tu, aby skończyć z bezprawiem, nie, żeby wychodzić na twoje polecenie, flądro.

 

Mimo wszystko, Julio…

Nikt nie zwrócił uwagi na Jeffa. Na Jeffa, który odzyskał swoją broń i pociągnął za spust. Po krótkiej serii, w drzazgach mebli i rosnącej kałuży krwi, Cecile i Tylor padły bez życia. Druga zdążyła otworzyć drzwi, druga krzyknąć. Julii nie stało się nic. Popatrzyła na nas w lekkim szoku, prosto w lufę karabinu Jeffa. Po chwili mierzenia się na spojrzenia, Jeffrey opuścił broń i wstał, podając mi rękę. Przyjęłam ją.

 

Sprawiedliwości stało się za dość?

 

– Dokładnie tak, jak nie chciałam, żeby się stało – wymruczała Julia, ale i tak wzruszyła ramionami.

 

Strzały. Znów padły strzały. Mimo, że wyjścia były już otwarte.

 

Zwierzęta w kokardkach, mordercy z naszywkami.

 

Potrząsnęłam głową.

 

– Nie słyszysz? Idź. Tam panuje morderstwo.

– Nie wiem już, gdzie powinnam iść.

– My zajmiemy się resztą.

– Wy? – zaśmiała się. – Wy jesteście nikim. Uważacie się za dobro? Wykorzystujecie zło. Jesteście źli. Powinnam zostać, nie iść. Powinnam ukarać was.

– Nie uważamy się za nic – powiedziałam spokojnie. – A ty być może powinnaś.

 

Spojrzała mi w oczy, po czym skierowała się w stronę okna, bez słowa.

 

– Julio?
Stanęła, patrząc na mnie w oczekiwaniu.

 

– Budynek numer jeden, Phil, proszę.

 

Zanim zniknęła, skinęła głową.

 

Przez chwilę chłonęliśmy ciszę. Strzały cichły, przynajmniej w naszych głowach. Świat się kończył i zaczynał jednocześnie.

 

– Cóż – zaczął Jeff, podając mi broń. – Ja też będę się już zbierał.

 

Uśmiechnęłam się.

 

– Do zobaczenia w Sztokholmie.

– Nie wiem…. nie wiem, czy kiedykolwiek pojawię się jeszcze w Sztokholmie.

 

Pokręciłam głową, po czym spojrzałam w jego oczy. Błękitne.

 

– Zło zostaje, więc ty też masz zostać.

 

Nie czekałam na jego odpowiedź.

 

Wyszłam.

 

Nowy świat wcale nie będzie się zbyt wiele różnił od starego.

 

A ja znowu znajdę sobie cel.

 

Kamila ‚Megalcarwen’ Matuszewska

Przeczytasz moją książkę?

– On?! – krzyknęłam. Od razu spotkałam się z zaciekawionymi spojrzeniami obecnych tu ludzi. Skarciłam się w duchu za swoją bezmyślność i gadanie do siebie, i pogrążyłam się w czytaniu wypowiedzi taty na temat dziadków i mnie. Mówił, że wcześniej ich ostrzegałam, że nie przypuszczał, że mogę sprawić, że zginą. „Co za dupek”, pomyślałam. Kiedy doszłam do momentu gdzie policja wyliczała wszystkie moje przewinienia, zatrzasnęłam gazetę i schowałam ją na sam spód stosu. Nie zamierzałam się tym przejmować. Po rozwodzie do tej pory nie odezwał się ani do mnie, ani do mamy. „Znalazł sobie inną”, mówiła mama. Na początku nie chciałam w to wierzyć, ale z czasem sama to zobaczyłam. Pewnego razu idąc ze szkoły postanowiłam wstąpić do jego biura, gdzie pracował. Recepcjonistka mówiła, że mam chwilę poczekać, ale nie przejmowałam się tym. „W końcu jestem jego córką i mogę tam wchodzić kiedy zechcę”, myślałam. Idąc długim holem cieszyłam się, że w końcu go zobaczę, ale moja radość skończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Kiedy otwarłam drzwi moim oczom ukazała się wręcz ohydna scena. Kobieta ubrana w krótką prostą spódnicę przechylała się przez biurko i namiętnie całowała mojego tatę! Nie wspominając już o tym, że jego koszula była rozpięta. Kiedy moja stopa przekroczyła próg tego pokoju kobieta odwróciła się, a ja zatrzasnęłam za sobą drzwi i wybiegłam holem z budynku. Od tamtej pory go nie widziałam. Nie mogło do mnie dotrzeć, że mógł całować inną kobietę niż mama, myślałam, że są sobie przeznaczeni. Jednak się myliłam. Ze wstrętem spojrzałam na stojący przede mną kubek z kawą. Straciłam ochotę na dopijanie jej do końca, więc wstałam i ruszyłam do wyjścia. Było strasznie zimno, więc do domu postanowiłam dobiec truchtem. Wchodząc, od razu udałam się do kuchni, by przygotować sobie coś do jedzenia. Naszła mnie ogromna ochota na sałatkę z tuńczykiem. Wyciągnęłam wszelkie potrzebne składniki i zabrałam się do przyrządzania potrawy.

– Cześć kochanie, wróciłaś. Musimy porozmawiać. – dobiegł mnie z salonu głos mamy.

– Cześć, wróciłam, ale sądzę, że nie mamy o czym. – powiedziałam łagodnie nie chcąc wywołać kłótni.

– Owszem, mamy. Dziś przyszedł list ze szkoły, od dyrektora… Wiesz co chcę powiedzieć? – mówiła wchodząc do kuchni. Najwyraźniej miała jeden z tych jej „ciężkich dni”. Ubrana w szlafrok, w ręku trzymała papierosa. Włosy stanowiły straszny bałagan na jej głowie powiększając ją niemal dwukrotnie. – Będziesz miała kłopoty. Zaraz. Przecież ty już masz kłopoty! Nie potrafisz zachować się tolerancyjnie wobec nauczycieli? Co ja z tobą mam… – rzekła zaciągając się papierosem.

Wzruszyłam ramionami i skończyłam robić sałatkę. Postanowiłam wziąć gorącą kąpiel w wannie i zrelaksować się przy spokojnej muzyce. Matkę olałam totalnie. Wchodząc do łazienki powoli zdjęłam z siebie ubranie, podeszłam do radia i włączyłam płytę. Szybko poszukałam kadzidła o zapachu fiołka afrykańskiego, który (jak mawiała moja babcia) pobudza duchowość i daje ochronę. Po chwili poczułam łagodny zapach, który sprawił, że od razu się uspokoiłam. Nalewając wody do wanny zmyłam makijaż i gdy kąpiel była już gotowa, zanurzyłam się w ciepłej wodzie. Zamknęłam oczy i pozwoliłam odpłynąć myślom w daleką podróż.

Obudziło mnie nerwowe pukanie do drzwi łazienki. Szybko się ocknęłam.

– Zaraz wychodzę, mamo! – krzyknęłam. Wyszłam z wanny, otuliłam się szlafrokiem, włosy zawinęłam w ręcznik robiąc z niego turban na czubku głowy. Otwierając drzwi ukazała mi się zakłopotana twarz mamy gorączkowo tupiącej nogą o podłogę.

– Co się stało? – spytałam.

– Zejdź na dół. – odpowiedziała i ruszyła po schodach do kuchni.

Idąc za nią nie spodziewałam się tego, co chwilę później ukazało się moim oczom. W kuchni siedział on. Ubrany w szare dresy i białą koszulkę wyglądał zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy spotkaliśmy się na ulicy. Jak tu trafił? Musiał mnie śledzić.

– Cześć. – odezwałam się nieśmiało do przybysza. Mama przeszła obok posyłając mi pytające spojrzenie i udała się do swojego pokoju. Chłopak nie odezwał się, ale uniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Były piękne. Nigdy nie widziałam takiej barwy. Złoto-szare, cudowne oczy wpatrywały się we mnie, a ja nie byłam w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Nie mogłam też odwrócić od nich wzroku. Czułam się, jakby ktoś mnie zahipnotyzował. Po chwili zrobił coś, co sprawiło, że omal nie zemdlałam. Wstał, podszedł do mnie i dotknął wierzchem dłoni mojej twarzy, a ja stałam tam, kompletnie nie wiedząc co robić.

– Chodź ze mną. – szepnął. „Wszędzie, gdzie tylko zechcesz, nawet nie musisz prosić”, chciałam odpowiedzieć. W tym momencie byłam gotowa iść za nim nawet na koniec świata. Chwycił moją rękę i zwrócił się ku drzwiom wyjściowym. Po chwili dotarło do mnie, że jestem przecież w samym tylko szlafroku!

– Pójdę z tobą, obiecuję, ale najpierw muszę się ubrać. Za chwilę wrócę, poczekaj sekundę. – powiedziałam i ruszyłam biegiem po schodach. Wpadając do pokoju w błyskawicznym tempie zrzuciłam z siebie szlafrok, ubrałam bieliznę i zaczęłam wyrzucać wszystko z szafy. „Co mam ubrać?”, krzyczałam w myślach.

– Mogę?

No nie, tylko nie to.

Marta Perska

Przeczytasz moją książkę?

– Ty nie wiesz, co się stało? Ty?! – syczała, a mnie zachciało się śmiać. – Przecież dobrze wiem, że to twoja sprawka, tylko ty jesteś do tego zdolna, ale tego ci nie podaruje! Zadzwoniłam na policję, zaraz tu będą ! – i wybiegła z klasy.

Wtem ja zaniosłam się śmiechem i spojrzałam na moje dzieło mlaskając z uznaniem. Po chwili przyjechały gliny i ściągnęli mnie na komisariat i teraz siedzę tu, żuję gumę i patrzę z rozbawieniem na grubego faceta, który wdaje się w kłótnię z kochaną panią Miller.

– Witam szanowną Luizę Sobesto. Nazywam się Szajer, Janusz Szajer. – przedstawił się wchodząc do sali, w której siedziałam. – Będę twoim adwokatem Chciałbym zadać ci parę pytań żebym mógł określić stan, w którym się znajdujesz. Niedługo czeka nas rozprawa sądowa dotycząca twojego wulgarnego zachowania. Zniszczyłaś mienie szkoły za co grozi Ci kara. Zdajesz sobie sprawę, że musisz ponieść konsekwencje swojego zachowania? Prawdopodobnie zostanie nałożona na ciebie kara pieniężna w wysokości 1500zł. Będziesz w stanie ponieść takie koszta? – powiedział grubas i wyciągnął na stół plik kartek oraz długopis.

– Czy są jakiekolwiek dowody na to, że to ja rozwaliłam klasę? – spytałam piłując swoje paznokcie i nie zaszczycając go spojrzeniem.

– Poniekąd. Twoja nauczycielka, pani Miller twierdzi, że już nie raz próbowałaś takich sztuczek, więc są przypuszczenia iż tym razem też za tym stoisz. Oczywiście musimy jeszcze pobrać odciski palców, sprawdzić dokładnie nagrania z kamer szkolnych i zbadać substancję, którą użyto do wybuchu – wyliczał

– W takim razie odezwijcie się jak będziecie mieli stuprocentową pewność, że to moja wina. Żegnam. – rzekłam podnosząc się z krzesła i z dumnie uniesioną głową opuściłam komisariat.

Rozdział II

Idąc ulicą przyglądałam się zakurzonej Warszawie. Chciałam stąd uciec, oddalić się od tych wszystkich problemów, po prostu zapomnieć. „Muszę się stąd wydostać”, myślałam. Podniosłam głowę spoglądając przed siebie i wtedy go zobaczyłam. Był piękny, jego uroda biła do mnie z taką siłą, że ledwo ustałam na nogach. Ciemnowłosy chłopak szedł prosto w moją stronę. Ubrany w ciemne, obcisłe spodnie, biały podkoszulek i czarną kurtkę wyglądał zachwycająco. Dodające mu tajemniczości okulary słoneczne idealnie ukrywały jego oczy. Nie mogłam oderwać od niego wzroku, naprawdę, nie mogłam.

– Na co się gapisz? – spytał, podchodząc. Jego głęboki głos sprawił, że nagle poczułam ciarki na całym ciele. Wyczułam zapach dymu, gdy stanął koło mnie. Żar bijący z jego ciała czuć było na odległość. Pragnęłam przytulić się do niego i ogrzać. Stałam bowiem w zwykłej bluzce i dżinsach podczas, gdy na dworze było zaledwie 5 stopni.

– Nie gapię się, patrzę po prostu gdzie idę. Co w tym złego? – przemówiłam drżącym głosem.

– Nic, nie ważne, na razie. – odwrócił się, wyraźnie zdenerwowany, plecami do mnie, podążając dalej w swoim kierunku.

Stałam tam chwilę i przyglądałam się, jak odchodzi. Nie mogłam pojąć, że odezwał się do mnie. To było zachwycające. W końcu jednak, zrezygnowana poszłam w swoją stronę odsuwając tamto wydarzenie w niepamięć.

Zanim dotarłam do domu postanowiłam udać się jeszcze do pobliskiej kawiarni po mocną kawę. Prawie zasypiałam, a musiałam jeszcze zmierzyć się z matką, która pewnie będzie miała mi za złe moje postępowanie w szkole i na komisariacie. „No cóż, jakoś dam radę”, pocieszałam się w myślach. Zamówiłam duży kubek mojej ulubionej kawy i usiadłam na chwilę przy stoliku. Znalazłam na nim stos kolorowych gazet. Wzięłam jedną do ręki i zaczęłam kartkować. Porady o modzie, stylizacje, uroda, włosy… szybko sunęłam wzrokiem po kolejnych artykułach. Nagle coś przykuło moją uwagę.

„Dziś mija druga rocznica śmierci państwa Dubnickich” – mówił tytuł pewnego artykułu.

– Racja ! Dwa lata temu mieli wypadek… – powiedziałam do siebie. Zaczęłam czytać. Znajomi opowiadali jakimi wspaniałymi ludźmi byli moi dziadkowie, policja tłumaczyła przyczyny wypadku, nawet tata…

Marta Perska

Merlin 3 „We can find another way”

Odwrócił twarz w stronę sali i zamknął oczy, biorąc głęboki oddech. Kiedy wypuszczał powietrze, poczuł jak magiczne iskry opuszczają jego ciało, rozpełzając się wokół. Dreszcz, jaki przeszedł przez jego plecy chwilę po tym, pochodził od Morgany. Nareszcie poczuł, że jest na swoim miejscu. W jego głowie nie pojawiła się żadna niepokojąca myśl.

– Artur – powiedział jednak nagle, unosząc powieki.

– Artur? – Morgana drgnęła nerwowo, wyrwana z własnych myśli. Wyglądała na zagubioną. – Co z nim?

– Zaraz tutaj będzie. Pewnie wyjechał o pierwszym brzasku.

Nie wyglądała na zaniepokojoną.

– Oczekiwałam go.

– Oczywiście. Sytuacja jednak uległa drobnej zmianie, nie sądzisz?

– Ma to się jakoś do Artura? – odrobinę mocniej zacisnęła palce, zmuszając go, aby na nią spojrzał.

– Myślałem, że ty mi powiesz.

Kolejną bitwę na spojrzenia Morgana przegrała. Spuściła wzrok na swoje kolana, myśląc intensywnie.

– Oczywiście, że się ma – mruknęła cicho.

Merlin podniósł się z miejsca, stanął przed nią i opadł na kolana, sięgając po jej drugą dłoń.

– Cokolwiek działo się wcześniej, to już przeszłość. Teraz zaczęła się nowa era, wiesz o tym. Wobec tego nie chcę, żebyś…

Zamilkł, szukając odpowiednich słów.

– Nie chcesz, żebym była tak samo okrutna.

Pokiwał głową.

– Nie chcesz, żebym go zabiła.

Merlin wzruszył ramionami, patrząc na nią z nutą nonszalancji.

– Wiem, że pewne decyzję są nieuniknione – zaczął, składają lekkie pocałunki na jej dłoniach – ale śmierć Artura niczego nie naprawi, Morgano. To twój brat. Nie powinno się przelewać własnej krwi.

– Póki żyje, to on powinien być tu królem.

– Może się zrzec tytułu.

– Nigdy tego nie zrobi.

– Czyżby?

Spojrzała na niego z pewną dozą zdziwienia, która prawdopodobnie nie opuści jej jeszcze długo.

– Artur jest rycerzem i królem, dla niego honor jest ważniejszy niż życie…

– Jeśli nie zrezygnuje sam, zmuszę go – przerwał jej Merlin, patrząc na nią ze zdecydowaniem. – Nie padnie na niego wyrok śmierci. Być może nie nazwą mnie już lojalnym, ale mylą się. Ja też mam swój honor i jakąkolwiek drogę wybrałem, lojalny pozostanę.

Pokiwała głową, jakby spodziewając się po nim takiego zachowania.

– To ty jesteś tu królem – powiedziała, wstając i ciągnąc go w górę. – Zaakceptuję twoją decyzję. Jeżeli jesteś zdolny do trzymania go z dala od tronu Camelotu.

– Pozostaje kwestia, co z nim zrobić.

Merlin nie wypuścił jej dłoni ze swoich. Stali blisko siebie, przed tronem Morgany, a płomienie wiszących najbliżej pochodni drgały jakby nerwowo za każdym razem, gdy któreś z nich wpadało na jakąś myśl.

– Marzył kiedyś o porzuceniu odpowiedzialności i wyjeździe na wieś – wspomniał Merlin, marszcząc brwi.

– Doskonale. Myślę, że znajdzie się dla niego miejsce w jakiejś wiosce, daleko, ale też dość blisko, aby kontrolować to, co się w niej dzieje.

– Artur nie ma pojęcia o uprawianiu ziemi, miałem być jego sługą – prychnął na wpół rozbawiony, na wpół zirytowany.

– Artur jest w końcu moim bratem, Merlinie. Sam tak przed chwila powiedziałeś – Morgana przerwała, czekając, aż mężczyzna na nią spojrzy. – Nie widzę problemu w osadzeniu go w małym dworku z odpowiednią służbą.

– Osadzeniu? Nie myślisz o tym inaczej jak o więzieniu, tak samo pomyśli Artur.

– Nie ma innego wyjścia – powiedziała stanowczo. – Cokolwiek stało się dziś w tej sali, nie zapominaj, kim jestem. Jeśli nie będziesz w stanie odwieść mojego brata od pozostania w Camelocie, bardzo chętnie pozbawię go tej możliwości na zawsze.

Jej głos nie brzmiał na tyle złowieszczo, aby Merlin się przejął. Pokiwał tylko głową, zabierając w końcu ręce i zszedł z podwyższenia.

– Chyba powinienem się na to zgodzić.

Morgana z powrotem opadła na tron, zakładając nogę na nogę i utkwiła z Merlinie wzrok.

– A teraz? Co cię trapi?

Odwrócił się do niej z uśmiechem.

– Nie powiedziałbym, że trapi. Czeka mnie rozmowa, pewnie najważniejsza w moim życiu. A twoi żołnierze  powtarzają sobie teraz wiadomość o śmierci Heliosa i nie mają pojęcia, co się dzieje i…

– W porządku – przerwała mu Morgana, uśmiechając się szeroko. Dawno się tak nie uśmiechała. – Och, jakże przepadałam kiedyś za twoją gadaniną.

– Być może tak to zaczynało brzmieć. Jednak miałem inny zamiar.

– Właśnie dlatego powiedziałam: w porządku.

Klasnęła w dłonie, a do sali wszedł jeden ze strażników, stojących przy drzwiach.

– Wzywałaś, pani?

– Każ im się tu zebrać, wszystkim. Mają się pospieszyć.

– Tak jest, pani.

– Zaproś tu twojego towarzysza – wtrącił Merlin, gdy strażnik szykował się do odejścia.

Mężczyzna zamarł, ale Morgana stanowczo pokiwała głową. Wojownik wyszedł, zamierzając wypełnić rozkazy, a do środka wsunął się drugi ze strażników.

– Pani? – starał się nie patrzyć na Merlina, niestety, bez rezultatów.

– Mój gość ma ci coś do powiedzenia.

Merlin poczekał, aż strażnik przełknie ślinę i odwróci się w jego stronę.

– Każ rycerzom obstawić bramę cytadeli, dla utrzymania pozorów i pozostaw tych przy wejściu do zamku, ale droga do tej sali ma pozostać pusta.

– To rozkaz – dodała Morgana, zanim strażnik zdążył się odezwać.

Mężczyzna ukłonił się nisko i wyszedł, rzucając jeszcze Merlinowi dziwne spojrzenie.

– To cię nie zirytowało?

– Co takiego?

– Jego spojrzenie. Czysta impertynencja. Za takie patrzenie na mnie trafiłby w najlepszym przypadku w dyby.

– Pewnie skądś mnie kojarzył – niedbale wzruszył ramionami. – Niecodziennie uczeń medyka wydaje rozkazy przy królowej.

Prawy kącik ust Morgany uniósł się nieznacznie, gdy opadała na oparcie tronu. Merlin zbliżył się z powrotem do podestu, zatrzymał się jednak tuż przed nim. Przez kilka chwil czekali obok siebie w doskonałej ciszy, tylko drewno w kominku za tronami i pochodnie trzeszczały cicho, strzelając płomieniami.

*

Drzwi otworzyły się niezwykle łatwo. Sala Tronowa wydała się Arturowi strasznie ponura. Sztandary zdarto, herby zniszczono, a zapalonych było zaledwie kilka pochodni. Słońce wzeszło niecałą godzinę temu, nie dotarło jeszcze do okien z odpowiedniej strony – Artur nie lubił przebywać tutaj wczesnym rankiem i o zmierzchu, sala wydawała mu się wtedy zbyt poważna jak dla niego, wypełniona powagą i spokojem, których miał o wiele mniej niż jego ojciec. Jego towarzysze weszli tuż za nim, z mieczami w pogotowiu, jednak pomieszczenie okazało się zupełnie puste. Artur przełknął rozczarowanie, ostrożnie się rozglądając. Otoczenie wyglądało na splądrowane i opuszczone. Panowałaby tutaj zupełna cisza, gdyby nie palące się żałośnie pochodnie i bicie serca Artura, coraz głośniejsze i szybsze. Chociaż mogło być tak, że za bardzo się na nim skupił i nikt inny go nie słyszał. Na podeście zauważył dwa trony. Zawsze stał tam tylko jeden należący do jego ojca, później do niego. Wyobrażał sobie, że Morgana nie będzie się martwic zamiana i zadowoli się tym, na którym wcześniej zasiadał on. Tak by było nawet bardziej dramatycznie, w końcu o tron władcy starała się cały czas. Teraz patrzył jednak na misternie rzeźbiony mebel, na którym lata temu można było zobaczyć jego matkę. Być może nie zdziwiłby się tak bardzo, gdyby stał on tam samotnie. Dwa trony wywołały jego niepokój. Spodziewał się, że przemytnicy rozglądali się wciąż w poszukiwaniu wroga, nie chcąc przerywać jego kontemplacji, jednak Gwen z pewnością doszła do podobnych wniosków.

– Arturze, dlaczego…

– Proszę, proszę. Któż zdecydował się mnie odwiedzić? Czyżby to mój szlachetny brat, Artur Pendragon?

Morgana wysunęła się zza filaru stojącego najbliżej tronu, z jego lewej strony. Miała na sobie prostą, zieloną suknię z pospolitego materiału, jednak wykończoną roślinnym wzorem, z rozcięciami przy łokciach i przepasaną srebrnym pasem. Włosy spięła ładniej niż miała w zwyczaju od czasu wygnania, przerzucone na jedną stronę z wpiętą przy głowie błyszczącą klamrą. Zrobiła kilka kroków, stając naprzeciwko Artura.

– Witaj, Morgano – powiedział neutralnym głosem.

Uśmiechnęła się do niego lekko, prawie jak za dawnych lat, kiedy była nieświadomą niczego wychowanicą króla. Uznał to jednak za element gry.

– Widzę, że przybyli z tobą twoi wierni poddani. Miło jest mieć kogoś, kto pokłada w tobie wiarę – jej wzrok zatrzymał się na nim, przez ułamek sekundy niezwykle ostry, po chwili na powrót łagodny. – To wspaniałe uczucie.

– Owszem – odparł Artur równie pokojowo, nie chcąc prowokować siostry do gniewu.

– Wiem, co masz na końcu języka – powiedziała to spokojnym tonem, chociaż jej ręce zadrżały. – Niemal nie możesz się powstrzymać, aby uświadomić mnie, że na szacunek trzeba zasłużyć.

– Trzeba.

– Czy moja moc nie zasługuje na szacunek?

– Czynami, nie umiejętnościami.

– Więc nie mam szanować świetnego rycerza, który zachowuje swoją siłę dla siebie, ale tylko tego, który ja  stosuje?

– Nie przybyłem tu dla słownych utarczek z tobą, Morgano – odparł Artur z rozdrażnieniem, czując, że kobieta zapędza go w kozi róg.

– Nie ma potrzeby się denerwować, drogi bracie – zrobiła kilka kroków naprzód, nie robiąc sobie nic z wystawionych w gotowości mieczy. – Chciałam tylko podtrzymać rozmowę.

– Jak miło – tym razem to ręka Artura zadrżała, ta dzierżąca miecz. – Obawiam się jednak, że nie oddasz mi  dobrowolnie tego, po co przyszedłem. A ja nie odejdę. Nie wydaje mi się więc, aby spokojna konwersacja załatwiła sprawę.

– Widzę, że rzeczywiście mamy trochę inne zdanie na ten temat – znów się zbliżyła. – Bo widzisz, drogi bracie, nie ma dla mnie nic niemożliwego. Dlaczego nie wydaje ci się, abyśmy mogli porozumieć się pokojowo?

– Nie jestem nawet pewien, czy dla ciebie pokój znaczy to samo co dla mnie.

Morgana zatrzymała się nagle i spojrzała na niego gniewnie.

– Jestem inna, ale jestem człowiekiem, Arturze Pendragonie. Dla wszystkich ludzi pokój znaczy to samo, może jedynie wyglądać inaczej.

Odwróciła się gwałtownie i odeszła z powrotem w stronę podestu. Artur i jego towarzysze powoli ruszyli za nią. Zatrzymali się tuż przed samymi tronami, a Morgana ponownie stanęła przodem do nich, teraz znacznie bliżej niż wtedy. Gdyby Artur chciał, mógłby zrobić krok i drasnąć ją mieczem.

– Ale to nieważne – powiedziała nagle szeptem, przebiegając wzrokiem po całej czwórce. Izolda patrzyła na nią z lekkim lękiem. – Przejdźmy do konkretów.

– Powinienem się obawiać – to nie było pytanie ze strony Artura.

Dał się wciągnąć w tę niedorzeczną rozmowę, chociaż powinien gorączkowo myśleć o tym, jak uniknąć tak bliskiego spotkania z Morganą. Nie, nie bał się, Morgana nie wzbudzała w nim strachu. Wiedział jednak, że powinien się bać, bo to czarownica, niebezpieczna, pałająca do niego nienawiścią kobieta, która może niemal wszystko. A on miał w dłoni tylko miecz.

Morgana nie wyglądała jeszcze na zagniewana wystarczająco, aby go zaatakować. Jednak nadal nie wiedział, co może wyniknąć z ich rozmowy.

– Nie boisz się mnie.

– Nie.

– Tylko głupcy się nie boją.

– Albo królowie, którzy przyszli odebrać swoja własność.

Morgana zaśmiała na wpół szyderczo, na wpół z niedowierzaniem, patrząc na nich z wyższością.

– Naprawdę myślisz, że wygrasz tę rozgrywkę? Na co liczysz?

Artur milczał. Nie wiedział, na co liczył. Zawsze podejmował takie szaleńcze, heroiczne akcje, jeśli tylko były słuszne i mimo kryzysów, zawsze wszystko kończyło się dobrze. Teraz wyglądało jednak na to, że jego szczęście się skończyło. Otaczała go cisza, Morgana przeszywała go nieprzyjemnym spojrzeniem, chyba tylko duchowe wsparcie jego towarzyszy sprawiało, że pod natłokiem uczuć jeszcze nie opadł na podłogę, oddychając ciężko. Jednak rękę trzymająca miecz już dawno opuścił, bo zbyt mocno drżała.

– Nie jestem pewien, na co liczę – odparł szczerze, spoglądając na Morganę, ale zastępując wzrok pełen bezradności hardym spojrzeniem króla. – Wiem jednak, że należy mi się to, o co walczę.

– Nie brakuje ci czegoś? – zapytała Morgana, brzmiąc niemal okrutnie.

Artur stracił na chwilę oddech, poczuł jak krew szumi mu w uszach, w ustach pojawiła się nieznośna suchość. Dopiero teraz uczucie tłumione od rana wyrwało się z jego piersi, docierając do głowy.

Coś mu odebrano. Coś, co zawsze miał. To tego nie ma, to tego brakuje. To potrzebne mu jest do zwycięstwa.

Tylko co zrobić, jeśli tego nadal nie ma?

Morgana już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale nagle odwróciła głowę w stronę, z której wcześniej przyszła. Trzasnęły drzwi, a do uszu Artura dotarły odgłosy ciężkich, ewidentnie męskich kroków. Zwykły rycerz chyba by im nie przeszkodził?

Zza tego samego filaru, dopełniając dramatyzmu chwili, powoli wyszedł Merlin. Miał na sobie białą koszulę, czarne spodnie schowane w wysokich butach z czerwoną apaszką wystającą w przedniej kieszeni i równie ciemną kurtkę z jasnymi rzemykami i wykończeniami. Wyglądał niemal jak Artur bez zbroi, z tym że w innych kolorach. Merlin rzucił w nich dziwnym spojrzeniem i podszedł bliżej, zatrzymując się przy Morganie. Artur patrzył na niego z zaskoczeniem, czując jak pustka w jego wnętrzu wyje żałośnie, domagając się wypełnienia.

– Naprawdę jesteś zaskoczony, Arturze? – głos należał do Merlina, ale jednocześnie nie miał prawa do niego należeć. Był złamany i pełen bólu. – Nie spodziewałeś się?

Usłyszał zdumione westchnienie Gwen.

– Co tutaj robisz Merlinie? W tym… stroju?

– Nie… u twego boku? – dokończył Merlin, przedrzeźniając go. – Dlaczego miałbym zostać z człowiekiem, który bardzo chętnie spaliłby mnie na stosie?

– Dobrze wiesz, że nigdy bym ci tego nie zrobił! – Artur niczego nie rozumiał, nie mógł pojąc sytuacji, w której się znalazł, ani trochę.

– Pytałem cię. Odpowiedziałeś. Zdaję sobie sprawę, że masz szlachetne porywy serca i prawdopodobnie chciałbyś mnie ocalić. Ale to nie ma żadnego znaczenia, Arturze. Nie ma, bo ja nie jestem tylko Merlinem. Reprezentuję ogół, ten, który bardzo chętnie byś wymordował. Beze mnie jesteś na przegranej pozycji, jestem rozsądnym człowiekiem, a rozsądni ludzie wybierają silniejszą stronę.

– Jesteś przede wszystkim dobrym człowiekiem, Merlinie! – odezwała się niespodziewanie Gwen, stając obok Artura. – Czy ona ci coś zrobiła? Rzuciła na ciebie czar? Proszę, przypomnij sobie, powiedz, że tak. Złapali cię w lesie i przywlekli do niej?

Morgana nie odezwała się ani słowem. Stała obok, uważnie obserwując. Merlin pokręcił głową.

– Przykro mi – powiedział, patrząc na nią z lekkim bólem. – Zawsze byłaś mi przyjaciółką i wiem, że ty byś mnie nie osądziła. Byłabyś świetną królową. Ale ja wybrałem już swoją ścieżkę, teraz to ja władam przeznaczeniem i tron Camelotu nie jest dany tobie.

Gwen patrzyła na niego ze zdziwieniem i niedowierzaniem, natomiast Artur oddychał ciężko, próbując nad sobą zapanować. Chyba jeszcze nigdy nie doznał takiego szoku. Mężczyzna, który stał przed nim, z całą pewnością wyglądał jak Merlin, ale już nie patrzył i nie mówił jak on. Nie wyglądał jednak na odurzonego, pod wpływem czaru. Mówił z… goryczą, głos miał podszyty gniewem, sprawiał wrażenie skrzywdzonego i sponiewieranego. Po chwili namysłu skierował wzrok wprost na Artura, przeszywając go na wskroś.

– Jestem czarownikiem. Władam magią.

Te cztery słowa zabrzmiały jak wyrok śmierci, jak coś ostatecznego. Nagle wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, a Artur poczuł, że jego pustka nie była czymś, ale kimś. Jego przyjacielem. Oszustem?

– Nie jesteś czarownikiem, Merlinie. Wiedziałbym.

– Jestem świetny w zatrzymywaniu sekretów dla siebie. I mam wiele talentów, ale to pewnie już wiesz.

Oczywiście. To było przecież niemożliwe, że szczęście zawsze nad nim czuwało, że tyle rzeczy się udawało. To nie szczęście, to anioł stróż, który patrzył na rzeź innych aniołów, przebrany w łachmany żebraka, tylko dlatego, że wierzył, iż jego podopieczny stanie się kiedyś kimś wielkim, kogo warto będzie chronić. Ale Artur nie stawał się osobą, jakiej oczekiwano. Był synem swojego ojca. To wszystko stało się nagle tak oczywiste i jasne, że aż bolało, przeżerało od środka, wyśmiewając się z jego naiwności i głupoty.

Artur spojrzał na niego ze smutkiem. Czuł się oszukany, opuszczony i zły, ale przypomniał sobie rozmowę w namiocie i wczorajsze wydarzenia, a Merlin stawał się w jego oczach całkiem inny. Taki sam jak on. Oszukany, opuszczony i zły.

Cofnął się o krok, patrząc na niego z uwagą. Merlin odetchnął głęboko, intensywnie mrugając.

– Dość łez – powiedział, zerkając na nich krótko. Ton jego głosu stał się nagle czysty i twardy. – Nastała przecież nowa era. Jesteś taki zaradny i mądry, Arturze. Masz taka piękną i pracowita ukochaną. Ludzie cię szanują. Dasz sobie radę w życiu.

Wyjął z kieszeni kawałek pergaminu, podając go Morganie. Ta z uwagą przebiegła po nim wzrokiem.

– To bardzo rozsądna propozycja z naszej strony, Arturze. Pozwolimy ci odejść, a ty zachowasz życie. I dosyć pokaźny majątek, jak na brata królowej przystało. Wystarczy, że zrzekniesz się dla niej tytułu.

– Co ty wygadujesz, Merlinie? Jakie my? Jakiego tytułu? To Artur jest prawowitym królem Camelotu – głos Gwen emanował niemal rozpaczą, patrzyła bezradnie jak Merlin stracił całe swoje ciepło, stracił nawet ból, który czynił go bardziej ludzkim i bliższym swojej przyjaciółki, potrzebującym pocieszenia.

Ten Merlin otrząsnął się z bólu, ale nie podzielił się z nim i nie zostawił za sobą, ale zamknął w klatce i upchnął gdzieś głęboko w środku. I zawsze będzie go nosił ze sobą.

Morgana pomachała im przed nosem pergaminem, ale kiedy nie dostrzegła żadnej reakcji, wyminęła Merlina i usiadła na swoim tronie. Założyła nogę na nogę i uśmiechnęła, znowu przypominając tę dawną, młodsza o kilka lat Morganę.

– Co, jeśli nie przyjmę twojej propozycji? – zapytał Artur pustym głosem, próbując nadążyć za swoimi myślami.

Merlin uśmiechnął się, ale nie było w nim ani grama wesołości. Odwrócił się od nich, podszedł do Morgany i najzwyczajniej w świecie usiadł na drugim tronie. Wygodnie rozłożył ręce na oparciach w geście władzy, a Morgana podała mu pergamin.

– Zmuszę cię.

Jego oczy były szeroko otwarte, spojrzenie ostre i pozbawione uczuć. To nie był Merlin, to nie mógł być on.

– Kim ty jesteś, Merlinie? – nieoczekiwanie odezwała się Izolda.

Ona i Tristan długo się nie odzywali, ale najwyraźniej mieli już dość obserwowania tej rozmowy w ciszy.

– To na pewno ty? – dodał Tristan, patrząc na niego z niedowierzaniem.

– To prawdziwy on – odparła za Merlina Morgana, uśmiechając się z zadowoleniem. – Taki, którego nie dostrzegaliście, a którego chętnie byście skrzywdzili.

– Nigdy nie skrzywdziłbym Merlina – powiedział Artur niemal szeptem.

Merlin skierował wzrok wprost na niego, wzrok pełen żalu i lekko przepraszający.

– Zapewne nieświadomie – odparł równie cicho – krzywdziłeś mnie cały czas.

Cisza, która nastała po tych słowach, osiadła na sercach wszystkich obecnych. Izolda przygryzła wargę, jakby miała się rozpłakać.

– Wy dwoje nie jesteście winni niczemu – odezwał się Merlin normalnym już głosem. – Z przyjemnością pozwolę wam teraz wyjść. Być może śmierć za króla i sprawiedliwość wydaje się wam szlachetna, ale posłuchajcie mnie uważnie: życie jest tylko jedno i nie można go zmarnować. Jestem pewien, że znajdzie się wiele rzeczy, które wydadzą się wam warte ryzyka. Nie róbcie tego teraz, bo naprawdę nie warto. Idźcie i cieszcie się miłością, jaką dano wam przeżyć.

Tristan schował miecz do pochwy, za jego przykładem poszła również Izolda.

– Jesteśmy przemytnikami, Merlinie, w dodatku straciliśmy cały ładunek. Co innego nam pozostało? – Tristan westchnął, dodając dramatyzmu tego co powiedział, ale nie wydawał się aż tak przejęty jak jeszcze przed chwilą.

Merlin uśmiechnął się lekko.

– Jesteś wielkim wojownikiem, Tristanie, ale obawiam się, że zbyt dobrym człowiekiem, aby odejść od wielkiego króla Artura i stanąć za nami.

– Sugerujesz, że twoje królestwo nie będzie dobre i sprawiedliwe? – Izolda wystąpiła naprzód, zerkając z niepokojem na milczących dziwnie Artura i Gwen.

– Och, będzie, ale obawiam się, że trochę czasu zajmie doprowadzanie go do porządku pod inna władzą. Niektóre środki, jakie zastosujemy, mogą wam się wydać rzeczywiście niezbyt dobre – Morgana uważnie oceniła wzrokiem przemytników.

– W takim razie zastanowimy się, jeśli mamy taka możliwość – powiedział Tristan, przyciągając do siebie swoja ukochaną. – Chcielibyśmy zobaczyć, co stanie się z obecnym królem.

– To, co mówiłem – Merlin odwrócił głowę w stronę Artura, przygaszonego i stojącego ze spuszczoną głową.

Gwen stała obok, trzymając dłoń na jego ramieniu i wpatrywała się nienawistnie w Morganę, prawdopodobnie obwiniając ja o wszystko od początku do końca.

– Jak niby chcesz zmusić prawowitego króla do zrzeczenia się korony? – zapytała gniewnym tonem, szturchając lekko Artura, jednak nie doczekała się jego reakcji. – Artur nigdy tego nie zrobi.

– Chcę darować mu życie, Gwen. On nigdy nie zrobił tego względem żadnego czarodzieja, więc uznaj to za łaskę z mojej strony. Poza tym, nie uważam ścięcia głowy królowi za honorowe wyjście, zwłaszcza, że jego krew płynie w żyłach przyszłej królowej – westchnął głęboko, patrząc prosto na Artura. – A tak naprawdę byłeś moim przyjacielem. Byłeś, bo raczej nie mogę powiedzieć, że wciąż jesteś. Możesz do końca życia myśleć, że okłamywałem cię i zdradziłem, ale to nie ma dla mnie już znaczenia. Pozostanę lojalny, Arturze, chociaż ty byś nie był. Nie pozbawię cię życia.

Wyglądał, jakby miał ochotę poderwać się z tronu, ale nie zrobił tego. Milczał przez chwilę i odezwał się dopiero, gdy Artur podniósł w końcu głowę i spojrzał na niego zbolałym wzrokiem.

– Jednak nie ręczę za Morganę. Porozmawialiśmy o tym wcześniej. Tak jak ona, chciałbym mieć gwarancję, że nagle nie wrócisz z wygnania i nie będziesz domagał się tronu, a za tobą nie przybędzie armia twoich sojuszników. Tak więc sprawa jest prosta. Tron za życie. Zrzekasz się władzy, a my pozwalamy ci odejść gdzie chcesz – złapał zaniepokojone spojrzenie Morgany i odwrócił się w jej stronę. – Wiem, wybacz. Miało być wybrane przez nas i strzeżone miejsce. Ale mnie już nie obchodzi gdzie będzie Artur, byle był bezpieczny i poza murami Camelotu.

Kobieta po chwili namysłu pokiwała głową.

– Jesteś wspaniałomyślny. Jednak obawiam się, że Artur tego nie doceni.

– Sprawię, że doceni.

Artur ruszył w ich stronę, ale po dwóch krokach równie nagle się zatrzymał. Gwen stanęła za nim.

– Jak możesz? – zapytał cicho. – Po tym wszystkim, co przeszliśmy. Byliśmy przyjaciółmi.

– Przyjaciele nie palą się na stosie – wysyczał Merlin przez zaciśnięte gardło.

Przez Artura przebiegł dreszcz. Po chwili nieznośnego milczenia odchrząknął i wyciągnął przed siebie Excalibur. Jakby urósł w oczach, przybrał królewska postawę.

– Chcę zobaczyć, jak mnie zmuszasz.

Merlin zmrużył oczy. Zacisnął dłonie na oparciach tronu i wysunął się do przodu, jakby pochylał się nad ofiarą. Patrzył na niego z odrobina zaciekawienia, ale przede wszystkim z wyzwaniem.

– Nadal nie wiesz z kim grasz, prawda, mój panie?

Jego głos był stanowczo zbyt cichy i niebezpieczny. Nie brzmiał jak któryś z wrogów Artura, wciąż był to Merlin i jakikolwiek ton jego głosu nie był w stanie go przerazić. Ale jednocześnie przerażała go właśnie ta myśl, właśnie to, że człowiek, który patrzy teraz na niego z politowaniem, to jego sługa i przyjaciel. Były sługa i przyjaciel. Jeśli spojrzeć uważnie, wciąż można było dostrzec w nim ból i obrzydzenie do tego, co robi. Do tego, że krzywdzi swoich przyjaciół. Ale ten ból nie kazał mu przestać, ale czynił jego gniew jeszcze silniejszym – bo przecież kogo bardziej się nienawidzi, zwykłego wroga czy przyjaciela, który zawiódł zaufanie?

Emocji było stanowczo zbyt wiele. Strona Artura tak podobna do Uthera, jego królewska strona, jasno wskazywała na to, że Merlin go zostawił, okłamywał, a potem zdradził. Udawał kogoś innego. To on zawiódł zaufanie. Ale Artur miał jeszcze drugą stronę, tę, która litowała się nad słabszymi, uważała, że wszyscy są sobie równi i kochała córkę kowala, nie księżniczkę. Ta strona równie jasno mówiła mu, że Merlin patrzył na śmierć najbliższych i wyrzekł się samego siebie tylko dlatego, że pokładał w nim wiarę. Wiarę, którą zawiódł.

Składający się z dwóch części Artur był podzielony na kawałeczki, połamany i aż bolało go, że nie może znienawidzić tego, kto go połamał, bo ta osoba sama była połamana i to o wiele bardziej niż on. Tak, że jego części za każdym razem próbowały się zrosnąć i kaleczyły siebie nawzajem, dając mu do zrozumienia, że nigdy nie da rady tego zrobić, skoro nie zamierza przestać wierzyć w tego, kto go łamie. Tak było najprościej i przede wszystkim najsłuszniej dla podobnych jemu, nawet jeśli wcale nie najlepiej, nie tak, jak zawsze miało być.

Po prostu każdy ma jakiś limit, granice wytrzymałości. Merlin walczył o niego, o dobro i sprawiedliwość, tak długo jak mógł. Artur dowiedział się o jego poświęceniu zbyt późno, aby pomóc mu to dźwigać. Nawet ktoś taki jak Merlin, ponownie złamany, musiał dać za wygraną.

– Gramy z tobą, Merlinie – odezwała się nieświadomie Gwen, patrząc na niego ze smutkiem i pewną dozą współczucia.

Nadal nie wyobrażała sobie Merlina jako kogoś, kto może jej poważnie zagrozić. Miała nadzieję, że to tylko sen, albo chociaż minie tak jak on. Artur nadal wszystkiego nie rozumiał i nadal był królem, więc nie widział innego wyjścia. Aby zrozumieć, musiał się dowiedzieć.

– Nie chcę z tobą grać, Merlinie. Chcę wiedzieć, kim jesteś.

Nozdrza Merlina drgnęły lekko z gniewie, kiedy czarodziej ze świstem wypuścił z siebie powietrze.

– Jestem ostatnim Władcą Smoków – powiedział powoli i dobitnie, szeroko otwierając oczy. – Ale kimś więcej, niż synem swojego ojca. Jestem synem ziemi, morza, nieba. Magia nie jest we mnie, to ja jestem magią. Niczym są dla mnie wszyscy królowie tego świata. Możesz mi mówić: Emrys.

Jego imię zabrzmiało jak czysta magia. Artur poczuł, jak wnika w niego, przepływa przez jego żyły i wychodzi na zewnątrz. Cudem powstrzymał się, aby nie westchnąć z nadmiaru wrażeń. Kątem zasnutego mgłą oka zauważył, jak zgaszone do tej pory pochodnię wybuchają ogniem, a Gwen puszcza jego ramię i upada do tyłu. Ale tak naprawdę patrzył tylko na oczy Merlina. Oczy, które przed chwilą błysnęły czystym złotem, które przebiegł płomień ognia.

– Najpotężniejszy czarodziej, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi. Król równy tobie. Zdecydował, że zostanie twoim sługą, aby móc cię chronić i doprowadzić do potęgi, jaka była ci przeznaczona. Ale nawet przeznaczenie ma swoją cenę. Twoja siła mogła się spełnić tylko z jego wolą, a jego wola zależała od twojej łaski i ilości stosów, jakie samodzielnie zapalisz bez przymusu swojego ojca. To ty zawiodłeś, Arturze, nie on.

Głos Morgany wydawał się być lekko łamliwy, jakby to, co się działo, rzeczywiście działo się tylko dzięki Arturowi, a ona nie wiedziała czy cieszyć się ze swojej przyszłości czy z przerażeniem oczekiwać skutków ich wyborów. Nie tak miało być, ale tak się stało i nie było już odwrotu.

Merlin powoli opadł z powrotem na oparcie tronu, wystawiając dłoń w stronę Morgany. Wiedźma szepnęła coś do jego ucha i splotła z nim palce, druga ręką zabierając leżący na jego kolanach, zapomniany przez wszystkich pergamin.

Artur patrzył bezradnie, jak ręka dzierżąca Excalibur znów opada w dół, a Gwen w szoku nadal nie podnosi się z posadzki, wlepiając wzrok w złączone dłonie magów.

Merlin patrzył przed siebie pustym wzrokiem i milczał, kiedy Morgana rzuciła pergamin w stronę Artura. Mężczyzna automatycznie złapał go wolną dłonią.

– Możesz poczytać, jeśli chcesz – powiedziała swobodnym tonem, odrzucając do tyłu włosy i uśmiechając się do niego uprzejmie. – Jeśli podpiszesz, prawo do korony będę miała ja, twoja siostra. Ty nawet nie trafisz za kraty, razem z Gwen będziecie mogli odejść i żyć dokładnie tak, jak będziecie chcieli. Zadbam o to, aby żyło wam się dostatnie, nie każę przecież własnemu bratu, który tak wspaniałomyślnie oddał mi koronę, pasać świń. Dostaniecie kilku służących i pewnie grupka rycerzy odejdzie wraz z tobą, ale nie radziłabym wam zakładać nowego królestwa w moich granicach.

– Jeszcze nie są twoje – rzucił Artur gniewnie, rozwijając pergamin. – Co się stanie, jeśli odrzucimy twoja propozycję?

– Nie jestem dobra, Arturze – odparła Morgana, patrząc na niego z góry. – To Merlin prosił mnie, żebym darowała ci życie. To dość ryzykowne, pozwolić ci hasać na wolności, nawet z tym świstkiem zawierającym twój podpis. Zawsze możesz uznać, że wszystko to jest bezprawne, zebrać wiernych rycerzy i przybyć tu, jak teraz, żądając tronu. Najłatwiej i najrozsądniej byłoby po prostu was powiesić, być może po królewsku, bez widowni, ale jednak. Albo jedno proste zaklęcie, tak, że nawet nie poczujecie. Wtedy z pewnością mój tron nie byłby aż tak zagrożony.

– Więc co twoim zdaniem miałbym robić? – zapytał gniewnie Artur, zgniatając pergamin w dłoni. – Jestem królem.

Morgana nie wyglądała na zawiedzioną. Wydęła usta, patrząc na niego spokojnie. Merlin również nie był zaskoczony.

– Szkoda, królu, szkoda – Merlin zwrócił głowę w kierunku Morgany. – Myślisz, że lochy…

– Nie pomoże – pokręciła głową. – Cele co najwyżej jeszcze bardziej rozwścieczają, wiem coś o tym.

No tak, Uther nie przebierał w środkach, zmuszając swoją wychowanicę do posłuszeństwa.

– Myślę, że to bardziej rozsądne, Arturze, odejść z Gwen, kiedy już się odzyskaliście – Izolda jeszcze przysunęła się jeszcze bliżej Tristana. – Honor, tak, wiem. Ale po śmierci tutaj nic ci nie przyjdzie. Pomyśl tylko.

– Myślałem, że jeszcze chwilę temu chcieliście walczyć za mnie – odparł Artur, zrezygnowany.

– Chcieliśmy walczyć za dobrą władzę – Tristan objął ukochaną ramieniem, ostatecznie pozostawiając swój miecz. – Byłbyś dobrym królem, oczywiście, ale… Merlin stwierdził, że to on włada przeznaczeniem. Wybrał inaczej.

Merlin pokiwał głową, wpatrując się w Gwen nieobecnym wzrokiem.

– Biedna, nikt nie podniósł cię z podłogi.

Gwen, która nadal siedziała rozłożona na podłodze w ciężkim szoku, drgnęła tylko na dźwięk swojego imienia. Nie przyjęła ręki Artura.

– No to mam szykować szubienicę czy nie? – Morgana nie przejęła się niestosownością swojego komentarza i spojrzała na Ginewrę z rozczuleniem. – Szkoda mi ciebie będzie, czy nie byłyśmy dobrymi przyjaciółkami?

– Wszystko przez ciebie – wyrzuciła z siebie energicznie kobieta, podnosząc się z posadzki i otrzepując spodnie.

– Ups – odparła bezczelnie Morgana, przekrzywiając głowę.

Jeśli ktoś miał jeszcze coś powiedzieć, nie zrobił tego. Szum za drzwiami zmienił się we wrzawę, a po krótkiej chwili do sali wtargnęli rycerze z Leonem na czele. Był zmachany i spocony, mokre włosy kleiły mu się do czoła, a peleryna zaplątała wokół zbroi, na szczęście nie krępując ruchów. Towarzyszyło mu nadal niewielu ludzi, uwolnieni z lochów nie mieli sił przybyć i ktoś musiał z nimi zostać. Ze zdumieniem przystanęli, wpatrując się w szokującą scenę rozgrywającą im się przed oczyma.

– Witam lordów! – zawołała radośnie Morgana.

Sprawiała wrażenie lekko pijanej ze szczęścia. Merlin uśmiechnął się lekko kącikiem ust.

– Mój panie? – Leon zwrócił się z oczekiwaniem na Artura, który pociągnął Gwen za rękę i zbliżył się do stojących kilka kroków za nimi rycerzy i ponownie wyciągnął miecz.

Porwany pergamin leżał pomiędzy nimi na zimnym kamieniu sali tronowej.

– Bæl on bryne – szepnęła Morgana, a ogień strawił go w mgnieniu oka i ziemię pokrył gorący, czarny popiół.

Na tronach Merlin i Morgana, tuż przy nich przemytnicy, po drugiej stronie sali rycerze i Artur, obalony król.

– A więc nie – Merlin uniósł głowę, patrząc na nich dumnie. – To będzie smutny dzień.

Pochodnie wybuchły.

Boczne drzwi otwarły się, z hukiem uderzając o ściany. Południowcy wsypali się do środka. Nie było nawet słychać wojennej wrzawy, słudzy Morgany nie pozwolili sobie na krzyk w komnatach. Na początku chcieli tylko otoczyć rycerzy, ale Artur rzucił się do walki, a za nim reszta.

Merlin i Morgana spokojnie patrzyli, jak z krew spływa na ziemię. Tristan i Izolda nie drgnęli, kobieta odwróciła się tylko od tego widoku.

– Głupiec z Artura, niszcząc miłość dla tronu.

Pendragon odszedł od grupy. Miał obłęd w oczach i zakrwawiony miecz. Na jego widok Merlin powstał, gestem zatrzymując Morganę na miejscu. Wyszedł mu naprzeciw, bez broni.

– Więc tak traktujesz pokój, Arturze? – Merlin zręcznie uniknął ciosu. – I swoje życie, i miłość, i mnie. Gotów zabić mnie w gniewie?

Zamienili się miejscami i rycerz zamarł z szokiem w oczach i mieczem wyciągniętym w stronę przyjaciela. Byłego przyjaciela.

– To… nie tak miało być.

Merlin skinął głową.

Pierś Artura przeszył miecz. Od tyłu. Zakrwawione ostrze tkwiło pod jego piersią, wskazując Merlina.

Nie wzruszyło to czarownika tak, jak powinno. Coś go zakłuło. Coś zakwiliło cicho głęboko w środku. To do końca nie miało być tak. Czy naprawdę wszystko zależało tylko od niego?

Artur spojrzał tylko na ostrze. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Może smutek. Wypuścił Excalibura z rąk.

– Ja… przepraszam.

Upadł na kolana.

Za nim stała Morgana.

To było dziwne, patrzeć na tę piękną istotę, kiedy ma krew na rękach. Ale przecież zawsze miała. Merlin też ma. Czy to coś zmienia?

*

Krzyk kobiety wyrwał się poza głosy rycerzy wojowników. Gwen wybiegła z tłumu, w szoku nie dopadła Artura i nie rzuciła się na ziemię, ale uniosła w górę trochę za ciężki dla niej miecz.

Merlin nawet na nią nie spojrzał, nie mógłby. Zawsze będzie miał Gwen w swoim sercu. Była piękna i cudowna, pierwsza przyjaciółka tutaj i pierwsza kobieta w ogóle.

Ginewra.

Wyciągnął rękę i zacisnął dłoń na jej nadgarstku, zatrzymując ostrze. Na moment czas się zatrzymał. Kiedy ruszył, Gwen upadła na ziemię. Już nigdy miała nie wstać.

Za znak Merlina Tristan podbiegł do tłumu i razem z Południowcami zabrali stamtąd Leona i Percivala oraz resztę ocalałych rycerzy, aby zamknąć ich w lochach. Na razie, potem zastanowią się, co dalej.

Morgana wyminęła ciało brata, stając przed Merlinem z zaciekawioną miną.

– Czy tego chciałeś?

– Nie. Ale to dostałem. I o to zadbam.

CDN

(czeka nas jeszcze druga wersja wydarzeń 🙂

Merlin 2

– Zaskocz mnie.

Dwa magiczne słowa. Słowa, które miały zmienić wszystko. Nowa era. Jedna strona triumfuje, druga przegrywa. Jedna powstaje, druga ugina się pod nią i rozsypuje w pył.

Odszedł król, porzuciła królową korona. Niech żyje król, niech żyje jego królowa.

Merlin nie odwrócił wzroku. Nie padły żadne magiczne słowa. Zadrżały jedynie porzucone puchary, zadrżał ogień pochodni. Zapłonęły oczy.

*

Nie były to oczy Morgany, oczywiście, że nie. To nie ona miała zaskakiwać, miała być zaskoczona. I była, bo ona również nie odwróciła wzroku, więc nie było to trudne. Osoba, która zawsze kryła się w cieniu, która wyglądała tak niepozornie, która wracała do Artura za każdym razem jak obity pies do swego pana. Ta osoba stała przed nią w pełni gotowa, aby zaskoczyć właśnie ją. Nie była już domowym zwierzątkiem, odrzuciła smycz i zmieniła stronę.

Merlin poddający się jej byłby czymś niezwykłym. Czymś, o czym nie marzyła, o czym nie myślała. Czymś, co było po prostu niemożliwe. Gdyby miała wyznać jedną rzecz, której była absolutnie pewna, wśród wielu przewijających się przez jej głowę wybrałaby Merlina. Merlin, on nigdy nie zostawi Artura. Merlin, on nie jest czarownikiem.

Merlin… on najwidoczniej był człowiekiem, którego nie można być pewnym. Oczy zapłonęły.

*

To były oczy Merlina, oczywiście. Zazwyczaj szaroniebieskie i spokojne, czasem roześmiane, czasem wzburzone. Teraz złote.

Krótki okrzyk zaskoczenia, dźwięk miecza opadającego na kamień. Coś wzniosło Heliosa w powietrze i z ogromną siłą rzuciło nim o filar, pozwalając opaść pośrodku sali. Łoskot opadającego na ziemię ciała. I wcale nie było głośno, a strażnicy nie weszli do środka. Wszystko dlatego, że pośrodku sali położony był dywan, a Helios nosił przecież skórzaną zbroję.

Oczy zgasły. Morgana odwróciła wzrok i z powrotem opadła na oparcie tronu, od którego zdążyła się odsunąć. Wyglądała na bijącą się z myślami. Merlin nadal stał przodem do niej, nie zwracając uwagi na jęczącego Heliosa. Tak jak myślał, zwykły wojownik, nieważne jak silny i okrutny, nie jest żadną przeszkodą. Nie dla niego.

– To niemożliwe – odezwała się Morgana, unosząc głowę.

– Wciąż wierzysz, że są takie rzeczy? – Merlin zaśmiał się gorzko, w końcu odwracając wzrok. Już go to nie  bawiło. – Ja wierzyłem, kiedyś. Ale dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Tak samo, jak dla ciebie.

Oczywiście, Merlin nadal patrzył na Morganę. Nie wwiercał się już jednak w jej własne oczy. Nastał czas na rozmowę, skończyła się bitwa na spojrzenia.

– Jedyna rzecz, jakiej byłam pewna – odparła. – Twoja nie-magiczność. Twoja zwykłość i niezwykłość jednocześnie. Przyjechałeś z prowincji, byłeś miły, spokojny i uśmiechnięty, nawiązywałeś przyjaźnie i znalazłeś miejsce na dworze. Idealnie normalny. A potem pomagałeś, ratowałeś, oddawałeś siebie w zamian za Artura i wciąż mi przeszkadzałeś. Idealnie nienormalny.

Merlin prychnął. Zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne jak zdenerwowany był w środku, na zewnątrz wyglądał nienagannie. Idealnie pewny siebie.

– Na świecie nie ma ideałów – stwierdził, kręcąc lekko głową. – Ideały odwagi odczuwają strach, ideały spokoju krzyczą, ideały mądrości czynią głupie rzeczy. Można tak wymieniać w nieskończoność. A tak naprawdę chodzi o to, że można przez całe życie udawać kogoś zwykłego, a być niezwykłym.

– Jak ty.

Postanowił nie odpowiadać, w końcu nie było to pytanie. Morgana przyglądała mu się z uwagą, po chwili jednak zwróciła uwagę na Heliosa, który próbował podnieść się z posadzki. Zmarszczyła nos. Całkiem uroczo.

– Mówiłam, żebyś się wynosił. Co cię zatrzymało?

– Pani… – Helios wstał z wysiłkiem, trzymając się kurczowo kamiennego filaru. – Co uczyniłem, że postanowiłaś mnie ukarać?

– Och, to nie ja – głos Morgany złapał nutkę wesołości. – To nasz gość. Nie spodobał mu się ton, jakim do niego przemówiłeś.

– Nie wiedziałem, że jest twoim gościem, pani.

Morgana już miała odpowiedzieć, ale Merlin stracił cierpliwość. Pomyślał właśnie, że Artur powinien już wyruszyć. Nie było zbyt wiele czasu.

– Och, błagam – warknął, ponownie zaskakując Morganę. Odwrócił się w stronę Heliosa. – Słyszałem, że jesteś władcą. Królem. Popatrz na siebie. Nie jesteś wart swojego i tak nędznego życia. Wynoś się stąd wreszcie, jeśli chcesz je zachować, inaczej zdecyduję za ciebie.

Merlin spodziewał się tego, co się stanie. Miał jednak nadzieję, że Helios zachowa jasny umysł i wraz z resztkami godności wyjdzie z Sali. Zająłby się nim później. Nie byłby przeszkodą. Ale Helios nie widział w nim potęgi, nie dostrzegał mocy. Nie potrafił. Stał przed nim niezbyt umięśniony mężczyzna w mizernym ubraniu, z mieczem nadal przypiętym u pasa. Nie zrozumiał też słów Morgany. Więc uznał za stosowne chronić swojego honoru.

Ostrożnie okrążył Merlina, który nie spuszczał z niego wzroku. Dotarł do swojego miecza i podniósł go gwałtownym ruchem, mierząc w czarownika.

– Teraz zapłacisz za odzywanie się do mnie w ten sposób, sługo.

Merlin tylko pokręcił głową.

– Nie sądzę.

Było jak z Agravainem. Helios go nie docenił. Zamachnął się, tym razem Merlin wyciągnął przed siebie ręce. Ostatnią reakcją Południowca było zaskoczenie. Jego głowa uderzyła w ścianę, ciało osunęło się na ziemię bez życia. Nastała cisza.

Drzwi otwarły się, do środka wbiegło dwóch strażników. Jeśli byli zaskoczeni widokiem martwego przywódcy, nie dali tego po sobie poznać.

– Wszystko w porządku, pani?

– W najlepszym. Zabierzcie go stąd.

Po chwili Heliosa już nie było. Merlin dokładnie obserwował strażników i zamykane za nimi drzwi. Dopiero potem przeniósł wzrok z powrotem na Morganę. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, za to mężczyzna zdawał sobie sprawę, że patrzy na nią jak na ofiarę, jakby był tym złym. Bo rzeczywiście miał się nim przecież stać.

– Zabiłeś mojego sprzymierzeńca – powiedziała cicho.

– Nie powstrzymałaś mnie – odparł Merlin, przechylając głowę i zmieniając wyraz twarzy na zaciekawiony. – A on nie był do końca sprzymierzeńcem, prawda? Bardziej sługą.

– Był świetnym wojownikiem.

– Irytował cię. Królowa nie powinna się otaczać idiotami.

Morgana nie starała się już ukryć zdziwienia i ciekawości. Wyglądała na ucieszoną nowym Merlinem, który wydawał się być po jej stronie.

– Nie sądzisz, że mogłem przybyć jako szpieg? Sądzisz, że chcę zdradzić Artura?

Spojrzała na niego intensywnie swoimi wszystko-wiedzącymi oczyma o niemożliwym do jednoznacznego określenia, zielono-szarym kolorze. W tym momencie rzeczywiście wyglądała na prorokinię, wwiercała się w głąb jego duszy.

– Myślę, że padłbyś przede mną na kolana i skomlał jak pies. Błagałbyś o ochronę, pokazał marna sztuczkę z płomykiem w dłoni i przeklinał Artura za to, że cię odrzucił. Chciałbyś zostać moim sługą – podniosła się z tronu i zbliżyła się o kilka kroków. – A teraz… nie chcesz nim być, prawda, Merlinie?

Uniosła dłoń i pogładziła go po policzku. Wygiął lekko wargi w pewnym siebie uśmiechu, choć od jego decyzji tyle zależało.

– To ty będziesz służyć mi.

Szerzej otworzyła oczy i zatrzymała dłoń przy jego obojczyku, ale nie zabrała jej.

– Tak sądzisz?

– Jestem pewien.

Opuściła dłoń niżej, zaciskając palce na jego koszuli.

– Skoro myślisz, że możesz mną władać, dlaczego tego nie udowodnisz?

– Nie prowokuj mnie.

– Wiesz kim jestem?

– Doskonale wiem.

– Co sprawia, że uważasz się za lepszego?

– Wcale nie jestem lepszy od ciebie, Morgano. Jestem silniejszy.

Jeżeli ktoś nakryłby ich teraz, uznałby sytuację za schadzkę kochanków. Patrzyli sobie w oczy, dłoń Morgany nadal była kurczowo zaciśnięta na błękitnym materiale jego koszuli, Merlin również wyciągnął dłoń, bawiąc się jej lokami.

– Szukałaś mnie, a ja sam przybyłem do ciebie, Morgano.

Westchnęła lekko, zerkając przez chwilę na dłoń błądzącą w jej włosach.

– Jedyny człowiek, którego szukałam, ma się okazać moja zgubą.

– Chyba, że on sam o tym wie. Swoje własne przeznaczenie zawsze można zmienić, zwłaszcza, jeśli się je zna.

– Więc… jesteś moim przeznaczeniem? Emrysie? – zniżyła głos do szeptu.

Czarownik tylko się uśmiechnął, tym razem szczerze. Dawny Merlin zakwilił cicho w jego głowie i ostatecznie pogodził się z porażką. Przeznaczenie zostało zmienione. I on, Merlin, jako tego główna przyczyna, miał prawo naprowadzić je na nowe tory. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest ono kapryśne, ale był pewien, że da sobie radę. Zawsze dawał.

Pochylił się nad nią boleśnie powoli, wciąż patrząc jej w oczy. To nie miało być tak patetyczne, to miało boleć, ale zdawał sobie sprawę z tego, że ta chwila jest konieczna. Morgana w końcu przestała myśleć, skupiła się tylko na nim. I w tym momencie miała być zaskoczona ponownie, wzięta w niewolę. Merlin przyciągnął ją do siebie bez ostrzeżenia i wpił się w jej usta. Kobieta przywarła do niego, zaciskając na jego ramieniu drugą dłoń i całkowicie oddała się pod jego kontrolę. Objął ją mocno i pogłębił pocałunek, by po chwili zabrać ręce i odsunąć się od niej. Z ust Morgany wyrwał się krótki dźwięk rozczarowania. Osunęła się przed nim na kolana, biorąc głęboki oddech. Popatrzył na nią przez chwilę.

– Wszystko w porządku? – powiedział z nonszalancją, wymijając ją i idąc w kierunku tronu.

– To wszystko… – zamilkła na chwilę, unosząc głowę i odgarniając włosy ze swojej twarzy. – To wszystko możesz sobie tak po prostu zabrać. Jest twoje. Do czego jestem ci potrzebna?

Nadal klęczała na podłodze, ale odwróciła się w jego stronę.

– Jesteś Wysoką Kapłanką, potężną, widzącą wiedźmą.

– Nie będę błagać – powiedziała twardo. – Nie będę twoją własnością. Równam się z tobą.

Merlin nie bez zdziwienia zarejestrował, że jej barwa głosu była taka sama, jak na samym początku ich rozmowy.

– Właśnie dlatego – powiedział cicho i jakby do siebie, jednak kobieta doskonale go słyszała. – Jesteś wyjątkowa.

Podszedł do niej, chwycił delikatnie za ramiona i pomógł jej wstać. Wciąż patrzyła na niego intensywnie, jakby jeszcze nie otrząsnęła się po pocałunku, jednak sprawiała wrażenie niepokonanej. Merlin trafnie odczytał jej myśli – najpewniej wolała z nim walczyć ze świadomością, że prawdopodobnie przegra, niż stać się jego służką. Nie wiedziała, że władzę i poddaństwo można połączyć i to w bardzo satysfakcjonujący sposób.

– Tylko ty możesz się ze mną równać – powiedział miękkim głosem, biorąc jej dłoń w swoją i gładząc ją delikatnie. – Jesteś jedyna. Niepowtarzalna. Masz rację, poradziłbym sobie sam, ale to nie byłoby to samo. Potrzebuję ciebie.

Jej postawa zelżała, ale wciąż patrzyła na niego z nieufnością. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła.

– Oczywiście, że potrzebujesz – niepewnie, ale zabrała rękę. – Ale ja nie będę ci służyć, nie oddam ci korony dobrowolnie. Należy się mnie, noszę nazwisko Pendragon.

Spodziewała się, że może go zdenerwować, ale nic takiego się nie stało. Uśmiechnął się tylko szeroko, niemal jak dawny Merlin.

– Nie, nie rozumiesz. Jesteś królową, więc nie uczynię cię przecież służką. Ale czy nie można tego połączyć? Powiedzieliśmy dzisiaj sobie, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.

Wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się gwałtownym ruchem i ruszył w stronę tronu, zdzierając z siebie po drodze swoja sfatygowaną, skórzaną kurtkę. Stanął na podwyższeniu, oparł nogę na tronie Morgany i odsunął go na bok. Dostrzegł tron Artura ukryty z tyłu, za kolejnymi sztandarami, więc przywołał go zaklęciem i ustawił obok poprzedniego.

– Czyż nie tak powinno to wyglądać? – zapytał głośno, z powrotem odwracając się w stronę sali.

Morgana stała w tym samym miejscu, uważnie go obserwując. Wyglądała na zmieszaną, chyba nie do końca zrozumiała, o co chodziło czarownikowi.

Merlin uśmiechnął się z satysfakcją. Oto jego chwila, nie potrzebował świadków. Oto jego chwała. Ale ona nie musiała już być taka patetyczna, prawda? Więc nie zrobił tego z namaszczeniem, nie czekał na okrzyki, nie spodziewał się aplauzu. Po prostu usiadł. Zasiadł na tronie Camelotu.

Morgana wpatrywała się w niego ze zdumieniem i szacunkiem jednocześnie. Podeszła bliżej, nie spuszczając z niego wzroku.

– Nic nie powiesz? Nie wytłumaczysz? Zostawiłeś mnie obok siebie, w zdumieniu i zabrałeś co twoje. Co niemożliwego chciałeś uczynić możliwym?

– Nie chcę cię jako Wysokiej Kapłanki i sojuszniczki – powiedział Merlin twardym głosem. – Ani nie chcę cię jako służki. Ale czy nie powiedziałem, że cię potrzebuję?

– Do czego?

– Do rządzenia. Chcę, abyś była u mego boku – złagodził swoją surową wcześniej postawę, wyciągając rękę w jej stronę. – Chcę ciebie.

To słowo zabrzmiało jak zaklęcie. Zdumienie wyparło z niej na moment wszystkie inne uczucia. Zamarła bez ruchu. Merlin napawał się przez chwilę tym widokiem.

– Chyba nie jesteś zadowolona – powiedział z lekkim niepokojem. – To naprawdę wszystko czego chcę i co mogę ci dać. Nie możemy żyć osobno, Morgano. Albo razem, albo wcale.

Morgana uśmiechnęła się szeroko, podchodząc pod samo podwyższenie.

– To coś, o czym nie śmiałam marzyć.

Merlin rozsiadł się wygodnie na tronie, patrząc na nią z góry.

– Co, jeśli teraz ja ci nie wierzę? Jesteś zdradliwa, nie zdążyłbym nałożyć na głowę korony, a już miałbym wbity nóż w plecy, po samą rękojeść. A ty nadal rządziłabyś sama, jak zawsze chciałaś. Wielka Morgana Pendragon. Nie jestem zainteresowany zdradą.

Pokręciła głową.

– Nie możesz sądzić, że nie jestem lojalna tylko dlatego, iż nie miałam osoby, wobec której mogłabym być. Powiedziałeś prawdę, Merlinie. Albo razem, albo wcale. Bez ciebie zginę, przepadnę… stracę sens – westchnęła lekko, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi. – Mam wrażenie, że od kiedy tu wszedłeś minęły całe lata. Jakbym stała się inną osobą. Nie wiem, jak jeszcze rano mogłam sobie wyobrażać, że dam radę rządzić sama.

– Mówisz szczerze – powiedział z lekkim zdziwieniem w głosie, przeszywając ją wzrokiem.

– Mogę przysiąc, jeśli chcesz – odparła, jakby zinterpretowała jego wypowiedź jako pytanie.

– O, tak, przysięgniesz – Merlin opadł z powrotem na oparcie tronu.

– Na co? – zapytała ze zrezygnowaniem.

Wyglądała na rozczarowaną, że jej zapewnienie nie wystarczyło. Merlin poczuł się z tym źle.

– Nie chodzi mi o taka przysięgę, o jakiej pomyślałaś – stwierdził uspokajającym głosem. – Przysięgniesz przy wszystkich. Na swoją krew. Potem otrzymasz ode mnie obrączkę. A na samym końcu nałożę na twoja głowę koronę.

Gwałtownie uniosła spuszczoną wcześniej głowę.

– Tak, wiem, to niezbyt romantyczne oświadczyny. Zrobię to jeszcze raz, później – odchylił się w jej stronę z  czarującym uśmiechem. – A teraz proszę, Morgano. Podejdź do mnie. Usiądź obok.

Wyglądała na nieco oszołomioną. Odwzajemniła jego uśmiech, odzyskując część pewności siebie. Zrobiła dwa kroki w prawo, a potem weszła na podwyższenie i stanęła przed tronem, na którym siedziała przedtem. Odwróciła się w stronę sali powoli, chwytając fałdy sukni i usiadła. Zwróciła głowę w stronę Merlina, który patrzył na nią z zadowoleniem. Mężczyzna położył swoją rękę na oparciu i wystawił w jej stronę otwartą dłoń. Morgana przygryzła wargę i splotła ich palce.

CDN

Morgause de Saint

Twórczość Jedynkowicza

Wiadomość była jasna. Pozbył się przyjaciela z łatwością i teraz wspinał się na dach budynku po wąskich, pożarowych schodach. Było mu gorąco, ale nie zdjął szalika. Otworzył ciężkie drzwi i wyszedł na zewnątrz. Parzące promienie słońca opadły na jego twarz, wyjątkowo parny dzień wybrali sobie na konfrontację. Drugi mężczyzna już na niego czekał. Mimo pogody miał na sobie świetnie skrojony, błękitny garnitur z metką Westwood, która niemal wystawała zza jego paska. Dobrze, może nie wystawała, on po prostu to zauważył, we właściwy sobie sposób, mniejszą uwagę skupiając już na białej koszuli z zaokrąglonym kołnierzykiem i wzorzystym krawacie. Czyżby czaszki? Czarne włosy zaczesane były gładko do tyłu i błyszczały lekko od żelu. Na jego widok mężczyzna uśmiechnął się szeroko, bez sympatii, ale również bez żadnej nutki gniewu. W połączeniu z iskrami w jego oczach, był to raczej uśmiech szaleńca, który dostał w ręce swoją ulubioną zabawkę.

– Witaj – powiedział radośnie, zakładając ręce za plecami. – Miło mi, że zdecydowałeś się dołączyć.

– Tak, mnie też – podszedł bliżej, okrążając mężczyznę i wychylając się poza krawędź dachu.

– Wysoko, prawda? – ostentacyjne strzepnięcie z garnituru niewidzialnych pyłków i mężczyzna już dołączył do niego przy krawędzi.

– O czym chciałeś porozmawiać, że wybrałeś tak dramatyczne miejsce?

– Och, miejsce jest idealne. Lubię cię, poświęciłem ci mnóstwo czasu, ale oczywiście z korzyścią dla mnie, dzięki temu całe to życie nie było aż takie nudne. Jednak czas się pożegnać. Każda gra kiedyś się kończy, ktoś wygrywa, a ktoś przegrywa.

– A ty jesteś pewien, że wygrasz.

– Już wygrałem.

Mężczyzna wskazał ręką budynek naprzeciw. Nowoczesny biurowiec ze ścianami jakby ze szkła, ze względu na liczbę okien.

– O, tam – wskazał na piętro na wprost nich – jest mój przyjaciel.

– Dobrze jest mieć przyjaciół – odparł, zachowując twarz bez wyrazu.

– Teraz popatrz w dół.

Pod budynkiem szpitala zatrzymała się czarna, londyńska taksówka. Wysiadł z niej ktoś, kto nie powinien tutaj teraz być.

– Taak, w rzeczy samej, cudownie. Myślałeś kiedyś jak to jest: nagle ich nie mieć i to z własnej winy?

– Myślę o tym cały czas.

Mężczyzna wskazał teraz drobny budynek przypominający warsztat – tuż u stóp szpitala.

– Tam też chyba kogoś znam. I w pobliżu twojego mieszkania. I tam, gdzie pracujesz. Takie… rozstawienie pionków.

– Czego oczekujesz? – jego głos po raz pierwszy zadrżał. Cena była zbyt wysoka, aby dyskutować.

– Mówiłem, gra skończona. Ostatni ruch to zbicie króla – ciebie – lub twoich pionków, co spowoduje, że zbijesz się sam – ten sam radosny uśmiech. – Wybór należy do króla.

`No greater love hath a man than he lay down his life for his brother.`

Osoba, której nie powinno tu wcale być, zmierzała do budynku, więc wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer, który znał na pamięć. Zatrzymała się.

– Byłem w domu, fałszywy alarm, nie mam pojęcia, jak to się stało. Gdzie jesteś i dlaczego dzwonisz? Zawsze piszesz.

– Wybacz mi – powiedział spokojnym głosem, choć po jego policzku spłynęła łza. – Przykro mi, że cię w to wmieszałem, ale to była moja rozgrywka.

– O co chodzi? Ja… gdzie jesteś i dlaczego tak brzmisz? Wchodzę właśnie do szpitala.

– Stój tam, gdzie stoisz! Nie ruszaj się!

– Dobrze, spokojnie, stoję.

– Popatrz w górę.

Popatrzył. I dostrzegł go na krawędzi.

– Żadna nagroda cię za to nie spotka, kompletnie nic – mężczyzna za nim spacerował wzdłuż krawędzi, jednak odsunięty od niej. – Nic za to nie dostaniesz. Wciąż nie rozumiem, dlaczego chcesz to zrobić. Nigdy nie zrozumiem ludzi.

`Not for millions, not for glory, not for fame.`

– Ktoś jest tam z tobą?

– Nie, nikogo nie ma. Tylko ja i moje myśli.

– Nie rozumiem, dlaczego…

– Ja też nie. Nie wiem też, dlaczego dzwonię. Ale to chyba to, co ludzie robią. Zostawiają listy.

– Ja… wyjaśnij mi, zasługuję na wyjaśnienie.

Wciśnięcie przycisku ‚rozłącz’ kosztowało go wiele wysiłku. Nigdy się do tego nie przyzna, nikt nikomu o tym nie powie. Nikt nigdy się nie dowie.

Ale po deszczu przyjdzie słońce i życie i to o wiele lepsze, niż nie angażowanie się. Skoro w grze ktoś musi zginąć, niech to będzie ten, który nie poradzi sobie bez życia, nie samo życie. Król i pionek to pojęcia względne, czasem siedzisz, czasem klęczysz, zależnie od kart losu. Tym razem królem był on, bo to on decydował, kogo ocalić. A prawdziwy król dba o innych, nie o siebie, prawda? W tej krótkiej chwili świat się skończy i jednocześnie zostanie ocalony, nadejdzie ból, ale dzięki niemu szczęście. Nigdy nie był tak zdecydowany. Odetchnął głęboko. Serce, jak zwykle wbrew rozumowi, waliło jak szalone, przeczuwając, co ma się wydarzyć. Mężczyzna z tyłu wydał z siebie zadowolony pomruk.

Zrobił krok.

`For one person, in the dark where no one will ever know and see’

Morgause de Saint

Kontynuacja na blogu: http://morgause-de-saint.blogspot.com/