Piękne Istoty

Jakiś czas temu natrafiłam na stronę internetową naszego uroczego kina. Byłam tam tylko raz i cały czas obiecuję sobie powrót – ale nie wracam, nawet jeśli repertuar mi się podoba. Mimo to, ogromne było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam zapowiedź filmu „Piękne istoty”. Całkiem niedawno czytałam przecież książkę o tym tytule! A oprócz zdziwienia – zgroza. Pamiętam, co się stało ze „Zmierzchem”. Książka może nie była arcydziełem literatury, ale film – i psychofanki – kompletnie ją pogrążył i zniżył do rangi kiczu.

Ale to nie ten dział, żebym opisywała film. Co o książce?

Napisały ją dwie autorki – Kim Garcia i Margaret Stohl – i już to ją wyróżnia, bo rzadko się z takim czymś spotykam. Nie widać żadnej dwoistości stylu i za to muszę je pochwalić.

Głównym bohaterem ich książki jest Ethan Wate. Mieszka w Gatlin, małej wiosce, która nadal żyje wojną secesyjną. Nic dziwnego, że chłopak chce jak najszybciej stamtąd wyjechać. Niby jest normalnym licealistą, koszykarzem, ale dużo czyta i ma odwagę marzyć. Jest coś jeszcze – sen. Od dłuższego czasu śni mu się jeden sen. Dziwny, niezrozumiały. Jakie było jego zdziwienie, gdy minął jego bohaterką na korytarzu! Lena Duchannes jest w szkole nowa, mieszka u swojego wuja, Macon – miejscowego dziwaka. Sama też jest dziwna i to starczyło, bym ją polubiła. Wyróżnia się ubiorem, nosi też łańcuszek pełen rzeczy, które dla innych są po prostu śmieciami. Niestety, większość osób nie myśli w ten sam sposób, co ja. Lena od pierwszego dnia w nowym liceum jest wyśmiewana. Ethana jednak intryguje jej osobowość, jak i jej związek z jego snem. Coraz bardziej się angażuje – i nie jeden na jego miejscu by żałował. Tutaj zaczyna się wątek mroczny. Ku mojej radości –  żadnych wampirów! Są za to Obdarzeni, ludzie z niezwykłymi umiejętnościami. Taka trochę magia, tylko mniej stereotypowa. Świetny pomysł.

Od połowy książki króluje jedno – niedługo urodziny Leny i wtedy okaże się, czy jest istotą dobrą czy złą. I w tym momencie dziewczyna zaczyna mnie irytować. Bo można mieć mroczną osobowość i uważać, że różowe czaszeczki są słodkie, albo można się przy tym  dołować. Lana wybrała to drugie – przez pewien czas myśli tylko o tym i nie dopuszcza do siebie opcji, że może się okazać tą dobrą.

Łatwo spostrzec, że mam o „Pięknych Istotach” raczej dobre zdanie. Nie znalazłyby może one miejsca w mojej biblioteczce, ale warto je przeczytać.

I.J.

2012 w muzyce

Jeśli jest mowa o książkach, filmach czy właśnie płytach, nigdy nie możemy być do końca obiektywni ,bowiem na świecie jest tyle gustów ile ludzi. Pozwolę jednak sobie przybliżyć kilka płyt, które moim zdaniem na pewno zasługują na uwagę.
W Polsce jedną z lepszych płyt jest krążek grupy Hey ”Do Rycerzy, do Szlachty, do Mieszczan” jak napisał jeden z recenzentów ”Bez Hey polska muzyka byłaby jak Kraków bez Smoka Wawelskiego” ,słowa te wręcz idealnie oddają świetną formę zespołu, którą pokazują na swoim dziesiątym krążku. Znajdziemy tutaj utwory podchodzące pod synthpop, ale także te zaczynające się niewinnie od samej gitary, które przy pierwszym uderzeniu perkusji zamieniają się w to, za co kochamy Hey – czyli w  niezwykle melodyjne kawałki brzmiące jak 20 lat temu. A oto najnowszy singiel : „Co tam?
Mela Koteluk  “Spadochron” czyli pop w bardzo ambitnym wydaniu to kolejny udany krążek w polskim przemyśle fonograficznym minionego roku. Pierwsze spotkanie z twórczością tej debiutantki na pewno zaowocuje kolejnymi. Wokalistka ma bardzo nieszablonowy głos, który ciekawie brzmi w towarzystwie dość surowego akompaniamentu.
Najlepszymi płytami minionego roku, moim zdaniem są :”Robaki” Luxtorpedy oraz ”Achtung 2012” Farben Lehre. Mocne wyraziste kompozycje w szablonowym stylu obu grup sprawiają,  że nie zauważamy, kiedy płyta się kończy. Przy pierwszym słuchaniu krążka Luxtorpedy, moją uwagę zwrócił utwór ”Gimli” oprócz tego, za każdym razem gdy słucham tej płyty, odkrywam coś nowego, ani trochę się nie znudziłaJ. Duży plus również za ciekawą okładkę i koncepcję artystyczną.
Farben Lehre stworzyli niesamowite dzieło. Cała płyta jest fenomenalna, świetne teksty oraz niezwykły głos, tworzą świetnie zgraną całość. Już pierwszy utwór ”Achtung 2012” pokazuje nam, że zespół jest w formie. ”Femina” , ”Wataha” oraz ”Aura” to moim zdaniem najlepsze utwory na całej płycie, a idealnym podsumowaniem całego krążka zdają się być słowa z utworu ”Zbrodnia i Wiara” –  „Kochać nie od razu znaczy być kochanym/nie rozumiem ludzi, ten świat jest …. nie uznaję władzy, bo władza przeszkadza / mówię, co myślę, i tylko podpowiadam”.
Zagranicznych płyt minionego roku wartych uwagi jest bardzo dużo, rok 2012 był bardzo owocny.
Kindness  “World, You Need a Change of Mind”, przypadkiem trafiłam na ten tytuł i muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Kindness to muzyczny projekt brytyjskiego muzyka  Adam Bainbridg’a, który tworzy szeroko pojęty funk. Na płycie znajdziemy bardzo ciekawe kompozycje, które przywołują w pamięci synthpopowe kawłaki z lat 80-tych. Zdecydowanie na płycie coś dla siebie, znajdą fani Depeche Mode, OMD a nawet Madonny.
Rok 2012 był bez wątpienia rokiem Lany Del Rey, o tej dziewczynie można mówić godzinami, jej album Born to Diestał się komercyjnym sukcesem, a sweterki z angory ogólnoświatowym trendem 🙂 Płyta sama w sobie nie jest powalająca ale słucha się jej bardzo przyjemnie.
Płyt z bardziej ciężkimi brzmieniami było bardzo dużo, można napisać o nich szalenie długi elaborat, moim zdaniem na uwagę zasługują ”Apocalyptic Love” Slasha , Serj Tankian z krążkiem ”Harakiri” oraz Lamb of God  ”Resolution”.

 

Z.R

To już rok

Wisława Szymborska – słynna poetka, eseistka, tłumaczka, felietonistka i krytyk literacki. W 1996 roku otrzymała Nagrodę Nobla, w 2006 roku została nominowana do Nagrody Nike, w 2011 roku odznaczono ją Orderem Orła Białego. 1 lutego bieżącego roku minął rok od jej śmierci.

Poetka zapisała się w historii jako twórczyni wierszy i limeryków tłumaczonych na wiele języków. Do dzisiejszego dnia cytuje się je na całym świecie. Pierwsze wiersze publikowała na łamach krakowskiego „Dziennika Polskiego”, następnie w „Walce”

i „Pokoleniu”. Swoje dzieła w późniejszych latach przesyłała również „Tygodnikowi Powszechnemu”. W 1949 roku pojawił się pierwszy tomik zatytułowany po prostu „Wiersze”. Nie dopuszczono go do druku, ponieważ „nie spełniał wymagań socjalistycznych”. Zadebiutowała w 1952 roku tomikiem o nazwie „Dlatego żyjemy”. W tym samym roku została członkinią Związku Literatów Polskich. Następnie ukazywały się: „Pytania zadawane sobie” (1954 r.), „Wołanie do Yeti” (1957 r.), „Sól” (1962 r.), „Sto pociech” (1967 r.), „Wszelki wypadek” (1972 r.), „Wielka liczba” (1976 r.), „Ludzie na moście” (1986 r.), „Koniec i początek” (1993 r.), „Chwila” (2002 r.), „Dwukropek” (2005 r.), „Tutaj” (2009 r.). Ostatni tomik pod przekornym tytułem „Wystarczy” został opublikowany po śmierci Wisławy Szymborskiej, w 2012 r. Poetka go nie dokończyła, jednak wydawnictwo umieściło na kilku ostatnich stronach zapiski i szkice niedokończonych wierszy. Jak można zauważyć – jej twórczość towarzyszyła nam od początku do końca, przez blisko 60 lat.

W Stanach Zjednoczonych, gdzie tomiki poetyckie sprzedają się na ogół w nakładach dwutysięcznych, pierwszy po Noblu wybór „View with a Grain of Sand” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka i Clare Cavanagh osiągnął nakład 120 tysięcy egzemplarzy.

W Niemczech biły rekordy 60-tysięczne wydania w przekładzie Karla Dedeciusa, podobnie jak i w Szwecji kilkunastotysięczne w tłumaczeniu Andersa Bodegårda.

„W Wisławie Szymborskiej Szwedzka Akademia chce uhonorować przedstawicielkę niezwykłej czystości i siły poetyckiego spojrzenia. Poezji jako odpowiedzi na życie, sposobu na życie, pracy nad słowem jako myślą i wrażliwością. Wiersze Wisławy Szymborskiej to perfekcja słowa, wysoce wycyzelowane obrazy, myślowe allegro ma non troppo, jak nazywa się jeden z jej wierszy. Jednak ciemności, której nie ulegają one bezpośrednio, wyczuwa się w nich tak, jak ruch krwi pod skórą”.

Wisława Szymborska nazywała przyznanie jej Nagrody Nobla „tragedią sztokholmską”.

W trakcie ceremonii pokazała swoją skromność i szybko urzekła publiczność. Przemowę rozpoczęła słowami: „Podobno w przemówieniu pierwsze zdanie jest zawsze najtrudniejsze. A więc mam je już poza sobą”.

Dlaczego takie wyróżnienie stało się dla Szymborskiej tragedią? Nie lubiła tłumu fanów

i mediów. Wolała spędzać czas w samotności lub z bliskimi znajomymi, tworząc poezję. Nie lubiła rozgłosu, więc sytuacja, po której częściej była zapraszana na uroczystości, stała się dla noblistki problematyczna, choć nie bywała na wszystkich wieczorach autorskich. Zjawiała się tylko na tych, które uważała za ważniejsze.

Wiersze, które napisała Szymborska, były także inspiracją dla licznych artystów. Łucja Prus w 1965 roku śpiewała utwór z tekstem wiersza „Nic dwa razy”. W 1991 roku grupa Pabieda wykonywała utwór z tekstem „Dzieci epoki”. Zespół Maanam, podobnie jak Łucja Prus, wybrał „Nic dwa razy”. W 1995 roku Grzegorz Turnau śpiewał „To tu, to tam” z tekstem „Atlantydy”, a pięć lat później pojawił się 4-płytowy album „Wisława Szymborska”, na którym poetka czyta swoje wiersze, a następnie są one wykonywane przez muzyków. Do albumu został także dołączony film Katarzyny Kolendy-Zaleskiej: „Chwilami życie bywa znośne. Przewrotny portret Wisławy Szymborskiej”.

Śmierć tak wspaniałej osoby, jaką była Wisława Szymborska wstrząsnęła światem. Nie ma na kuli ziemskiej osoby, która nie znałaby jej dzieł. W tak ważną rocznicę warto po raz kolejny sięgnąć do jakże znanych utworów i jeszcze raz zagłębić się w ich treść, dokładnie czytać linijkę po linijce i interpretować każdy wyraz, który został zapisany.

Choćby to był najlepiej znany i najczęściej cytowany wiersz. Jak „Nic dwa razy”.

 

„Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.”

 

~ Wisława Szymborska

 

Agnieszka Bakalarska

Pobudka Kinomaniacy!

Takie wydarzenie na pewno nie przeszło Wam koło uszu! Wreszcie, tyle oczekiwane, tak długo obiecywane kino w Galerii Leszno! Wielkie otwarcie miało miejsce dnia 14. grudnia 2012 roku! I z pewnością wielu z Was już się tam wybrało (może i nie raz). Jednakże dla tych, którzy nadal o tym myślą krótka recenzja, która być może pomoże Wam dokonać decyzji.
Kino mieści sięna parterze budynku. Można do niego wejść bezpośrednio z parkingu lub przez centrum z pierwszego piętra schodami w dół ( gdyż parter, gdzie jest kino i parter ze sklepami nie są połączone). Miejsce to, jest bardzo wygodne ze względu na źle rozwiązaną sprawę rezerwacji biletów- odbiór ich jest aż 30 minut przed seansem. Co prawda przed salami są miejscaby usiąść i poczekać, ale chyba lepiej wykorzystać ten czas choć na zakupienie przekąsek, które w sklepach spożywczych są zdecydowanie tańsze niż za ladą kinową. Kolejnym złym rozwiązaniem jest umieszczenie łazienki koło Sali nr. 1, będącej ok. 5 metrów za osobą sprawdzającą bilety, która zaczyna wykonywać swoją pracę kilka minut przed seansem, a oczywiście dojście do toalety czynne jest cały czas, co w konsekwencji może ułatwić wejście na salę bez biletu. Siedzenia są wygodne, wielkość odpowiednia i dla osób „puszystych”. Miejsca dobrze rozdysponowane.
Jednakże odpoczynek w kinie sugeruję zostawić na koniec pobytu w galerii, gdyż wyjście jest na parking i jeśli chciałoby się dalej w niej przebywać, trzeba wrócić do wejścia.
Zawodowym krytykiem kinowym nie jestem, więc może to co piszę, nie jest zgodne z tym, co Wy odczuliście (lub odczujecie), ale moim zdaniem kino, choć może (na pewno) nieidealne, z pewnością jest sposobem na umilenie czasu i warto je odwiedzać.

Do zobaczenia tam wkrótce
Karolina Nosek

KTO JUŻ BYŁ? JAK WRAŻENIA?

Szymon z Magnetyka

Uwaga! Uwaga! Magnetyk potrzebuje wokalisty! Zgłaszać się może każdy, kto czuje się na siłach, do Szymona Wawrockiego z klasy 2g, ale najpierw, czy chcecie być częścią zespołu czy nie, zapraszam do przeczytania wywiadu z głównym perkusistą ILO w Lesznie.:)

Kasia Nowak: Szymi, masz może chwilkę bym przeprowadziła z Tobą wywiad do Zajawki?

Szymon Wawrocki: Wywiad? Ze mną? A czemu? No dobra, mam chwilę! 😀

K.N.: To super! To opowiedz mi jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką.:)

S.W.: Haha! No wiesz, w mojej rodzinie krąży taka legenda… Podobno mój tata, gdy byłem jeszcze bardzo mały, zamiast tradycyjnych kołysanek śpiewał mi piosenki rockowych i metalowych kapel, ciekawa historia, ale nie mam pojęcia czy jest prawdziwa. :p

K.N.: Naprawdę? Czyli to tata rozbudził w Tobie pasję muzyka?

S.W.: To on zauważył, że potrzebuję takiego rozładowania energii, emocji za pomocą muzyki i też z jego inicjatywy w 3 klasie podstawówki dostałem perkusję! Starą, bo starą, ale moją, pierwszą!:)

A rok później do mojego dorobku dołączyła też gitara, ale to jednak perkusja zajmuje priorytetowe miejsce w moim sercu.

K.N.: Szkoliłeś się sam?

S.W.: Tak… W sumie to dopiero rok temu zdecydowałem się pójść na lekcje do nauczyciela, aby poprawić i rozwijać swoja technikę.

K.N.: Ja w ogóle nie mam pojęcia o nutach ani niczym takim, więc bardzo Cię podziwiam! No, ale nie mówimy tutaj o mnie.;)

Wiem, rzecz jasna, że jesteś członkiem zespołu metalowego Magnetyk, to Twój pierwszy zespół?

S.W.: Tak jak chyba każdy muzyk (każda osoba nasiąknięta rockowa muzyka), tak i ja od najmłodszych lat marzyłem o własnej kapeli. Na początku grałem z tatą-gitarzystą, później razem z kumplem Michałem i innymi znajomymi w 1 klasie gimnazjum założyliśmy, no powiedzmy, że zespół – typowo garażowe granie. Zgromadziliśmy jakieś stare sprzęty i tak oto za wzmacniacz służył nam nie najnowszej daty komputer. Była to jakaś przedziwna konstrukcja mojego Taty, która ostatecznie poszła z dymem. Ale było głośno no i był dym, także prawdziwy rock ‘n’ roll 😉

Ale później nasze drogi jakoś się rozeszły w sumie niewiadomo, dlaczego. Jednak z Michałem nigdy się nie rozstałem (gram z nim do dziś, w Magnetyku). Długo nie wytrzymałem bez kapeli.

W sumie Magnetyk powstał przez przypadek.. Dość nietypowa historia, przynajmniej tak myślę.;)  A stało się to tak, ze Maciej-gitarzysta i aktualnie wokalista w Magnetyku- szukał jakiegoś kolesia na popularnym portalu społecznościowym, który będzie miał na profilowym zdjęcie z perkusja. No i tak się zaczęło. Magnetyk rozpoczął swoja egzystencje na tej planecie.;)

K.N.: Co uważacie za swój największy sukces?

S.W.: Wciąż na niego czekamy! Wiemy, że możemy osiągnąć coś tylko i wyłącznie katorżnicza robota, więc gramy, ćwiczymy (razem próba raz w tygodniu-i musi być!;d), ale ja ćwiczę codziennie, bo wychodzę z założenia, ze tylko ciężką praca może przynieść owoce. No i mamy nadzieję, że w końcu coś z tego wyjdzie. Nie chcemy by nasza muzyka była łatwa w odbiorze, chcemy zaskakiwać, zmuszać do myślenia, przekazywać jakąś myśl, zaciekawić.

K.N.: A jak wspominasz w takim razie swój pierwszy koncert?

S.W.: Mój pierwszy koncert? To było jak miałem 8 lat i grałem w kościele, razem z zespołem, w którym średnia wieku była mniej-więcej 19 lat. Także wyobraź sobie pierwsza reakcje tych ludzi, gdy przyszedł na próbę szczerbaty i pulchny Szymonek i oznajmił swoim dziecięcym głosikiem: no, to ja tu zabębnię dla was… Powiem Ci, ze już wtedy poczułem jakiś impuls, muzyka-jej wykonywanie jak i słuchanie- dawała mi niesamowite poczucie szczęścia, jak nic innego.

K.N.: Czyli wychodzę z założenia, że muzyka pełni bardzo dużą rolę w Twoim życiu?

S.W.: Oczywiście! Ona jest wszystkim i wszystko jest muzyką. Trzeba tylko umiejętnie słuchać – ktoś szura butem, w starym autobusie skrzypi nadwozie, drzewo się złamie. To wszystko to muzyka. Przecież pierwsze, co słyszeliśmy, to bicie serca naszej Mamy. Czyli zasadniczo każdy z nas ma w sobie potencjał na bycie perkusista.;)

K.N.: A Twoje plany na przyszłość? Połączysz biologię, chemię i pasję muzyczną?

S.W.: Na pewno nie rzucę szkoły i nie wyjdę z założenia: na bank mi się uda. Na biol-chem. Nie poszedłem z mysla-kurde, musze być w jakieś tam klasie, pierwszej lepszej. Biologia i chemia ciekawią mnie, bawią mnie tez w jakiś sposób. Planuje studia na kierunku przyrodniczym. Ale chce ciągle grac. Cały czas. To jest tak na prawdę moje Zycie. Muzyka. Tworzenie czegoś, co będzie odzwierciedleniem mnie, w czym będę mógł się realizować. Generalnie to było tak, ze gdzieś ta muzyka zawsze była, ale najczęściej gdzieś na boku. Teraz chiałbym, aby weszła do mojego życia pełną para i chciałbym poświęcić jej cale życie.

K.N: Życzę Ci dalszych sukcesów i bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

S.W.: Też dziękuję, ale powiem cos jeszcze do czytelników na zakończenie. Weźcie ogarnijcie to swoje życie. Znajdźcie cos, co stanie się waszym życiem. Słuchajcie tylko samych siebie. Znajdźcie w życiu swoja i tylko swoja Muzę. Róbcie w przyszłości to, co kochacie i niczego nie żałujcie.

Kasia N.

 

 

Jednorożec w mundurku

Tak się jakoś dziwnie składa, że na najlepszą muzykę trafiam zupełnym przypadkiem. Na koncert zespołu o niewiele mówiącej nazwie Connan Mockasin wcale się nie wybierałam podczas tegorocznego OFF Festivalu.  Ostatniego dnia miałam jednak trochę czasu do wyczekiwanego przeze mnie koncertu i nic ciekawszego do roboty, więc stwierdziłam – co mi szkodzi, najwyżej wyjdę.


Znacie uczucie które towarzyszy odkryciu czegoś niezwykłego? To było właśnie to.  Połączenie hipnotycznej muzyki, momentami niedorzecznych tekstów, leniwej gry świateł i niemal nieustannego kontaktu wokalisty, Connana Hosforda, z publicznością złożyły się na naprawdę wyjątkową i niezapomnianą atmosferę. Zespół, a właściwie wokalista i lider jednocześnie, miał własną wizję występu, momentami odbiegającą nieco od typowej koncertowej konwencji. Muzycy poubierani byli w dość osobliwe stroje (jeden z gitarzystów występował w szlafroku), Connan natomiast w przerwach pomiędzy utworami dyrygował publicznością. Nie bał się także przyznać w pewnym momencie że najzwyczajniej w świecie skończył im się repertuar (są stosunkowo młodym zespołem). Zespół wiedział jednak co zrobić w tej, dość kłopotliwej, sytuacji. Jeden z muzyków, niejaki Dewey, zatańczył wśród publiczności, a potem wraz z Connanem zaśpiewali cover utworu Michaela Jacksona „Do you remember?”. Między innymi tym zabiegom publika (w tym ja) dosłownie zakochała się w zespole
Co jednak z muzyką? Ciężko dokładnie określić jaki gatunek wykonuje Connan Mockasin. Można to uznać za psychodeliczną mieszankę bluesa i popu, choć podpinanie ich muzyki pod jakikolwiek rodzaj wydaje się być niesamowicie ograniczające i nieadekwatne.  Na pewno jest to bardzo nieszablonowa muzyka, która na długo zostaje w pamięci, chociażby jak „It’s Choade My Dear” czy „Forever Dolphin Love”.
Warto spróbować, najwyżej możecie wyłączyć. Mi nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejny koncert zespołu w Polsce.

 CONNAN MOCKASIN – It’s Choade My Dear

Maja Aleksandra Cieśla

Obok Nirvany

Kiedy słyszymy słowo GRUNGE myślimy przeważnie o zespole Nirvana lub o tragicznie zmarłym Kurcie Cobainie. Tymczasem , nie tylko ten zespół jest przykładem niezwykłej wiary w muzykę, determinacji w działaniu, wspaniałych tekstów i tragicznych momentów w twórczości oraz niesamowitego okresu który wypchnął muzykę underground na szczyt.

Powstała w 1987 roku grupa Alice in Chains była obok Nirvany drugim wielkim objawieniam grunge’wego świata Seattle i całego Zachodniego Wybrzeża. Charyzmatyczny posiadający niezwykły, głęboki głos wokalista Layne Staley i gitarzysta Jerry Canterll wraz z basistą Mikem Starr i perkusistą Seanem Kinney tworzyli niewzykłą, pełną tajemniczości muzykę z zapadającymi w pamięci tekstami i riffami. W swojej twórczości inspirowali się hard rockiem i muzyką metalową lat 70-tych takich zespołów jak Led Zeppelin czy Black Sabbath. Teksty Alice in Chains pisane najcześciej przez Staleya i Cantrella dotyczyły problemu samotności, śmierci czy uzależnień. Debiutancki album grupy wydany został w 1990 roku i nosił tytuł ,,Facelift” pochodzi z niego jeden z najbardziej znanych utworów grupy ,,Man in the Box”. Kolejny , przełomowy album w ich karierze wydany w 1992 roku nosił nazwę ,,Dirt” i przez magazyn ,,Guitar World” został on okrzyknięty jako „Cudownie mroczny, brutalny, ale szczery” Album dotarł do 6. miejsca amerykańskiej listy Billboard 200 i sprawił , że Alice in Chains stali się znani na całym świecie. Wydany w 1994 roku ,,Jar of Flies” jest jedynym w historii wydawnictwem EP które dodarło na 1. miejsce listy Billboard 200. Ostatnim  albumem na którym wokalistą był Layne , to wydany w 1995 roku album ,,Alice in Chains” który krytycy uznali za równie udaną kontynuację krążka ,,Dirt”.

Oprócz mocnych metalowych brzmień, Alice in Chains są również twórcami melancholijnych i depresyjnych ballad z pod znaku ,,Dumb” Nirvany takich jak ,,Nutshell” czy ,,Rotten Apple”, a charakterystyczny styl zespołu bez wątpienia spowodowany był uzależnieniem wokalisty od heroiny które przyczyniło się najpierw do opuszczenia grupy w 1996 roku, do jego pogłębiającej się samotności, a w ostateczności – 5 kwietnia 2002 roku do jego śmierci spowodowanej przedawkowaniem narkotyków, dokładnie 8 lat po śmierci Cobaina…

W 2006 roku Staley został sklasyfikowany na 27. miejscu listy magazynu Hit Parader na 100 najlepszych metalowych wokalistów wszechczasów.

Obecnie zespół nadal tworzy i wydaje kolejne albumy z nowym wokalistą Williamem DuVallem i tutaj fani AiC są podzieleni. Jedni uważają, że to bardzo dobrze, drudzy,  że nie ma to najmniejszego sensu bowiem Alice in Chains bez Layne’a to jak Queen bez Freddiego , The Beatles bez Lennona czy jak Nirvana bez Kurta…

Utwory warte posłuchania: ,,Rooster” , ,,Wolud?” , ,,Down in a Hole,” , ,,Sea of Sorrow” , ,,Grind” , ,,God Am” ,  ,,Again” , ,,I stay away” , ,,Bleed the Freak” , ,,Love Hate Love”

 

C.S

Atlas Chmur

Pora otworzyć atlasy! Nie, nie są to atlasy geograficzne ani historyczne, ale z geografią i historią mają wiele wspólnego.

Film „Atlas chmur” miał swoją światową premierę 8 września 2012 roku. W Polsce jest grany od 23 listopada. Został on oparty na epopei Davida Mitchella. Książka ukazała się pod tym samym tytułem w 2006 roku.

Myśl przewodnia brzmi: „Od łona aż po grób jesteśmy związani z innymi, którzy byli, są i będą”. Jest to historia postaci z różnych epok i zakątków świata. Każda podjęta przez nich decyzja i każdy czyn mają wpływ na przyszłość i przeszłość naszej planety. Taka podróż między przestrzeniami i czasami pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy.

Reżyserami filmu są: Tom Tykwer, Lana Wachowski i Andy Wachowski. Do kina przyciąga nie tylko niesamowita fabuła. W końcu całość została stworzona przez twórców „Matrix’a” (i już na początku krytycy stwierdzili, że „Atlas chmur” jest od niego lepszy). Dodatkowo do obejrzenia zachęca doskonale dobrana obsada. W filmie zobaczyć można: Toma Hanks’a („Anioły i Demony”), Halle Berry („Kobieta Kot”), Hugo Weaving’a („Matrix”), Hugh Grant’a („Notting Hill”) i samego autora epopei – Davida Mitchella!

Podobno wiele osób sądziło, że „Atlas chmur” jest niemożliwy do sfilmowania. Cóż, te osoby się pomyliły. Efekty tej (jakże udanej) próby są przez wielu porównywane do wrażeń wywołanych filmem „Avatar”.

Na ten film z pewnością trzeba wybrać się do kina.

 

Agnieszka Bakalarska

Soundgarden z nowym Królem

Po 15 latach milczenia, solowych projektach członków zespołu i innych mniej lub bardziej absorbujących zajęć, Soundgarden powraca z nową energiczną płytą ,,King Animal”. Na krążku znajdziemy mocne i zdecydowane brzmienia w wręcz hard-rockowym klimacie jak chociażby otwierający płytę ,,Been Away Too Long” czy energiczne ,,Attrition”.

Z drugiej strony słyszymy melodyjne kawałki jak ,,Black Saturday” czy ,,Bones of Birds”, które moim zdaniem są ukłonem w stronę minionej epoki. Znajdziemy tu też kilka kawałków w stylu przebojów ,,Black Hole Sun” z 1994. Bardzo podoba mi się ,,Worse Dreams” utrzymany w klimacie jednego z hitów zespołu ,,Preety Noose”. Moim osobistym faworytem, na stanie się przebojem jest właśnie ,, Worse Dreams” lub ,,Halfway There,”

Muszę przyznać, że poniekąd kupiłam płytę z ciekawości, jak jeden z najlepszych zespołów wczesnych lat 90-tych brzmi po tylu latach przerwy, w końcu 15 lat to nie rok czy dwa… I tak jak myślałam, nie zawiodłam się. Głos wokalisty Chrisa Cornella sięgający czterech oktaw nadal brzmi równie nieziemsko jak za czasów płyt ,,Badmotorfinger” czy ,,Superunknown” Jak zwykle wszystko dopracowane jest w najmniejszym szczególe i tak jak innych płyt grupy, krążka słucha się niesamowicie lekko tak, że nie zauważymy kiedy się skończy.

Zespół udowadnia nam, że Rock’n’Roll nadal żyje i ma się dobrze. Czekamy na trasę koncertową.

C.S

Retrospective

Retrospective? Retrospective? Co to jest w ogóle?” pewnie ktoś zapyta. Prawdę mówiąc, sam nie słyszałem o tym zespole. Teraz jednak wiem, że czterdzieści lat temu zrobiliby furorę.

Od 2005 roku Hollow, a od 2007 Retrospective, wydało już dwa albumy – pierwszy, z 2008r. pod nazwą „Stolen Thoughts” to tzw. concept album. Tematem wszystkich utworów jest okres dzieciństwa i proces przechodzenia w dorosłe życie. Drugi natomiast, „Lost In Perception”, ukazał się 30.11.2012, a koncert w auli PWSZ 1.12 był początkiem mini trasy promującej ich drugą płytę. Szczerze zazdroszczę miastom takim jak Poznań, Kraków, czy Bydgoszcz. Te miasta koncert leszczyńskiej grupy mają dopiero przed sobą.

Kto miał okazję odwiedzić aulę PWSZ wie, że miejsce to nie nadaje się do pogo 🙁 Sądzę jednak, że miejsce wybrano doskonale, gdyż artyści prezentują szeroko rozumiany rock progresywny. Bardzo interesowały mnie zapowiadane „efekty laserowe oraz projekcje video”. Oczywiście, jak to mam w zwyczaju, usiadłem się na samym końcu sali. Chciałem przyczepić się do każdego szczegółu. Nie da się. Po prostu nie da się! Fenomenalne nagłośnienie, zero usterek technicznych, a dzięki wspomnianym leserom jestem pewien, że prawidłowy wzrok nigdy mi nie wróci. Były wszędzie. Ale warto było, nie żałuję.

Reasumując – koncert trwający około 90 minut wypadł bardzo dobrze. Wielka szkoda, że mimo wielkiego wkładu i zaangażowania w swoja pracę zespołowi nie udaje się dostatecznie wypromować. Ale próbują, ruszają w trasę, wydają i sprzedają swoje krążki. Kupiłem. I żałuję, że nie żyjemy w latach ’70…

 Retrospective – The End Of The Winter Lethargy

Wiktor Adamek