Zjednoczone Emiraty Arabskie

Zjednoczone Emiraty Arabskie to państwo położone nad Zatoką Perską i Omańską, w którego skład wchodzi siedem emiratów: Abu Zabi, Dubaj, Szardża, Adżman, Umm al-Kajwajn, Ras al-Chajma i Fudżaraja. Religią panującą jest islam, który obejmuje prawie 80% społeczeństwa. Kraj ten jest federacją emiratów, co znaczy, że władzę prawują: prezydent szejk, premier szejk oraz emirowie. Władza jest dziedziczna. Zjednoczone Emiraty Arabskie posiadają dobrze uzbrojoną armię, a gospodarka bardzo dobrze się rozwija, dzięki wydobyciu ropy naftowej.

Dubaj jest pięknym miastem. Posiada nowoczesną architekturę – większość budynków to oszklone wieżowce. Jednym z nich jest Burdż Chalifa – czyli najwyższy budynek na świecie, mierzący aż 828 metrów oraz 163 piętra. Inspiracją dla projektanta były motywy roślinne oraz elementy charakterystyczne dla islamskich budowli.

W Abu Zabi znajduje się Wielki Meczet Sheikh Zayed, który jest utrzymany w bieli i złocie. Jest to niesamowity obiekt pod względem architektonicznym, ponieważ posiada wiele kopuł o różnych wielkościach. Przez liczne okna wpadają promienie słońca, które odbijają się w zdobionych 24 karatowym złotem żyrandolu. Znajduje się tu największy na świecie ręcznie tkany dywan. Pomimo wielkich rozmiarów budowla wydaje się lekka,  jakby unosiła się pod niebo, dzięki licznym oknom. Przy świątyni znajduje się imponująca biblioteka z książkami o sztuce, religii i nauce islamskiej.

Wyspy palmowe to kompleks trzech sztucznych wysp w okolicach Dubaju. Z lotu ptaka wyglądają jak te egzotyczne drzewa. Atrakcja ta była bardzo droga oraz powiększyła linię brzegową o ponad 600 km. Jest to bardzo ekskluzywna część miasta, w której znajdują się liczne hotele, spa, parki rozrywki i centra handlowe. Jest to idealne miejsce na odpoczynek na plaży oraz zakupy.

Katarzyna Szałaj

 

All hearts are broken

Z przeznaczeniem problem był taki, że cokolwiek zrobiłeś, prędzej czy później okazywało się to złe, jeśli mu nie odpowiadało. Mogłeś wyrzec się samego siebie, poświęcić wszystko, co posiadałeś i czego nie, łącznie z własną godnością i to nadal nie wystarczało. Ktoś kiedyś powiedział, że twoi przyjaciele muszą polec, jeśli ma nastać nowe jutro.

A co z kochankami?

 

*

 

Kurz ciężko opadł mu w płucach. Przez powieki przebił się promień błękitnego światła. W zasadzie tylko przez prawą powiekę – był to bardzo mały promień, a on leżał na brzuchu, przywalony resztkami gruzu, wciąż kurczowo trzymając kołnierz marynarki i osłaniając głowę rękami, choć od ostatniego poruszenia w tym miejscu minęło co najmniej kilka godzin. Jego dłonie opadły na ziemię, zbierając piasek w garści, mięśnie drgnęły, głos odmówił posłuszeństwa. Gwałtownym ruchem przewrócił się na plecy, sycząc z bólu, oczy wciąż miał zaciśnięte, ale po przetarciu brudnymi palcami otworzyły się. Przechylił się w prawo, kaszląc zawzięcie. Kurz i pył. Nawet za życia nie dają nam spokoju. Kasłanie ustało, urywany oddech nabrał regularności, obraz – jakby ostrości. Odeszłam, zanim mnie zobaczył.

 

*

 

– Niebezpieczna to rzecz, nagle wiedzieć tyle o sobie. Kim byłeś, kim jesteś i kim będziesz. Człowiek żyje zazwyczaj tym, że nigdy nie wie, zawsze pragnie się dowiedzieć. I uczynki uzasadnia niewiedzą.

– Zawsze wiedziałem. Coś wiedziałem. Wystarczająco wiele, aby nie móc się usprawiedliwić.

– A więc obarczanie tym wszystkim przeznaczenia nie wchodzi już w grę?

– Wchodzi. Ale niczego nie ułatwia. To w końcu i tak moje decyzje.

– Niczego nie zmienią, twoje czy moje.

– Gdyby ludzie zawsze tak powtarzali, gdzie bylibyśmy teraz?

– Masz świadomość, to ponoć wielka broń.

– Co mi po niej, zrobiłbym to samo i bez tego. Pozostaje tylko gorycz wiedzy, którą posiadasz tylko ty i nikt inny nie może jej zrozumieć. Rozumieć nie znaczy być szczęśliwym.

– Powiedzieć ci prawdę? Świadomość to porażka. Niezdolność do niewiedzy. To pełnia poczucia porażki. Nie odczuwasz niczego innego.

– Wszystko dlatego, że przeznaczenie kpi z nas. W bajkach koniec był dobry, jakkolwiek ktoś narozrabiał.

– W życiu koniec jest zawsze zły, jakkolwiek się starasz.

– Mam coś gonić?

– Prędzej kogoś. Ale co ja mogę o tym wiedzieć?

– …

– Tak?

– Nie odchodź.

– Dlaczego? Przecież nie ma tu już dla mnie miejsca. Poza tym – ja już odeszłam. Nikt nie odchodzi dwa razy. Jeśli raz, to już na zawsze.

 

*

 

Pola bitwy są straszne. Nie ma w tym ani niedopowiedzenia, ani przesady. Straszność może być przeróżna i na tym polega jej straszność. Pole jest raz pełne, raz puste, krew ciepła i obrzydliwa, namioty szpitalne głośne i cuchnące, krzyki smutne i radosne, pochody żałobne i zwycięskie, korony drogie i zimne.

 

Pełnia, pustka, ciepło, ohyda, hałas, smród, smutek, radość, żałoba, zwycięstwo, cena, chłód – to wszystko jest straszne.

 

Pola bitwy są straszne.

 

Nigdy do nich nie przywykasz, wciąż masz dreszcze, albo umierasz. Zwyczajnie lub wewnętrznie, sursitaire. Chyba, że rodzisz się rycerzem.

 

***

 

– Rycerze są aż tak źli, czy aż tak dobrzy, pani profesor?

– I tacy, i tacy.

 

***

 

Zebrało mu się na wymioty, ale nie skłoniło go to do odejścia. Okrzyk, deszcz, błyskawica. Ogień… ognia tu nie ma, ale gdzieś był, przecież go czuł. Ciała nie były ludźmi, były ciałami, nawet jeśli któraś z twarzy miała znajome rysy. Minął wielu i powalił wielu i nie chciał się zastanawiać, bo wtedy mógłby przestać, a to nie wchodziło w grę. Nie mógł przegrać. Nie chciał wierzyć, że może. Że mógłby.

 

Za późno. Zawsze jest za późno. Na coś zawsze zdążysz, ale na coś zawsze jest za późno.

 

Nie chciał być świadomy. Tego wszystkiego. Nie chciał, ale był.

 

Myślał, że ma wpływ na wszystko, ale wszystko wymykało mu się z rąk.

 

Król leżał na samym środku, jakby grawitacja i przypadek zakpiły sobie z niego. Jakby przeznaczenie pokazało mu, że nikt nie uchroni się przed nim, nawet ktoś leżący pośrodku, nawet ktoś, kto go szuka.

 

Wszystkie serca prędzej czy później są złamane. Dlaczego się przejmowaliśmy?

 

*

 

Krew, wszędzie krew, nie unikniesz krwi. Nawet jeśli nie lubisz jej słodkiego zapachu i metalicznego posmaku. Nawet jeśli jej nie przelewasz. I nawet jeśli nikt nie przeleje twojej.

Choćby w snach.

 

*

 

Przepaść nie wydaje się tak straszna. To nic, to tylko natura, to jest tylko trochę niżej, niż kroczą twoje stopy. Nie ma niczego strasznego w przepaści, wszystko o niej wiesz. Jesteś nawet świadom, co przepaść znaczy i jak się kończy.

Odchodzisz. ..

Wcale nie płakałam, może tylko trochę.

 

*

 

Jego pocałunek smakował krwią, którą przed chwilą wypluwał, ale wciąż był znajomy. Uścisk dłoni zelżał mimo wszystko, mimo „kocham cię” wyszeptanego w gorączce.

 

To wszystko miało jakikolwiek sens?

Nie pytaj tak, wszystko ma sens, nawet porażka.

 

*

 

Król umarł, odszedł, przepadł. Zamknął oczy i przestał oddychać. Tak po prostu. Jak to mają w zwyczaju ludzie. W śmierci nie ma nic nadzwyczajnego, choćbyś był najniezwyklejszym człowiekiem.

Jednak w samym fakcie jest coś, jest pustka (a pustka to przecież strach).

On czuje więc strach, przejmujący, niewyobrażalny, ściskający serce, dławiący gorzkimi łzami.

 

Płakał i płakał, całkowicie bez końca i bez nadziei.

 

Przeznaczenie wygrało, przecież wiedział od początku, że tak będzie. Był świadom.

 

*

 

Och, nie płacz, kochanie. To nie jest jedyne rozwiązanie. Może jutro obudzisz się w całkiem innym świecie.

Jutro może być całkiem inna rzeczywistość, gdzie nie ma strachu. Przynajmniej nie tyle i nie takiego.

Jutro może być za tysiąc lat, albo po kolejnym wschodzie słońca.

Jutro możesz zawołać i wróci do ciebie. Lub po ciebie.

 

Mówiłam, że nikt nigdy tak naprawdę nie wraca, jeśli odejdzie. Kłamałam, bo cię kocham. Mam rację co do siebie – ja nie wrócę. Nie mogę.

Ale niektórzy czasem nie mogą zostać. Muszą wrócić. A żeby wrócić, trzeba najpierw odejść.

 

*

 

– Mogę prosić cię o radę?

– Możesz, zawsze. Ale ja nie muszę odpowiadać lub mogę zrobić to źle. Nie polegaj na mnie, to zależy od ciebie, co zrobisz.

– Ale zapytać nie zaszkodzi.

 

 

***

– Myślisz, że On zrobiłby to?

 

Dziewczynka zakołysała się na krześle, zabawnie przekrzywiając głowę, aby lepiej przyjrzeć się motylowi na parapecie.

 

– Poświęciłby swój wspaniały, nieśmiertelny umysł i moc… przepaści. Zwykłej, nudnej przepaści.

– Myślę, że tak, zrobiłby to. Gdyby ją kochał bardziej niż Króla, tak, zrobiłby to. Ale w takim razie to opowieść o czymś całkiem innym. Wcale nie o rycerzach.

 

Pani profesor pokiwała głową, gładząc dłonią brzeg skórzanej oprawy książki.

 

– W pewnym sensie i tak wpadł w przepaść. Czasu.

– Ależ nie – uczennica potrząsnęła jasną grzywką. – Przecież dziś jest jutro. Czy niczego się pani nie nauczyła?

 

Kamila ‚Megalcarwen’ Matuszewska

Najpopularniejsze błędy językowe

Tak, zdajemy sobie sprawę, że są poważniejsze problemy na świecie, niż zawracanie głowy jakimiś bezużytecznymi zasadami.

Polityka, wybory, wojny, pokoje, płyty, panele…

Ale maturę z języka polskiego wszyscy zdajemy, nieprawdaż? I na razie się nie zanosi na jakieś zmiany w tej kwestii.

Poza tym nie widzimy powodów, by kaleczyć nasz piękny, różnorodny i barwny język. Bo i po co?

 

Włanczać

Włączać

Jedna z najczęstszych i najbardziej wyprowadzających z równowagi umysłowej przyczyn krwawienia uszu.

Zdajemy sobie sprawę, że jest to błąd typowo fonetyczny. Nie wynika z niewiedzy, po prostu o wiele łatwiej wypowiedzieć „an”, niż „ą”. W takim wypadku proponujemy wymowę „on”. Tzn. mówić „włonczać”, zamiast „włanczać”.

Nadal jest to błąd, ale już nie tak drażniący.

 

Dwutysięczny piętnasty

Dwa tysiące piętnasty

 

Błąd, który jak widmo krąży po naszej Szkole.

Szanowni czytelnicy! Rok dwutysięczny faktycznie istnieje. A raczej istniał. Był to rok 2000. I żaden inny. Zaraz po nim był rok 2001, czyli dwa tysiące pierwszy. Odmieniamy tylko pierwszy człon. Bitwa pod Grunwaldem miała miejsce w tysiąc czterysta dziesiątym roku, a nie w tysięcznym czterysta dziesiątym roku.

To nawet trudno się wymawia.

 

Wziąść

Wziąć

Na miłość Boską! Nie powielajmy błędu Szanownej Pani Profesor Pawłowicz! Cytując Profesora Miodka: „Wziąć jest od brać, a nie od kraść.

Pisze

Jest napisane

 

Jeżeli ktoś nam mówi, że „pisze na tablicy”, to automatycznie pytamy: „Kto?”

Pisać może osoba, ale tekst został napisany przez kogoś. Sam nie byłby w stanie tego zrobić.

 

Poszedłem

Poszedłem

 

Klasyk. I największe przekleństwo chłopaków, których uderzała ta oburzająca niesprawiedliwość. („ale dziewczyny mogą!”)

No cóż, panowie. Pozostaje jedynie zacisnąć zęby i jakoś przełknąć tę ujmę na godności.

 

5 październik

5 października

 

Gdy mówimy „Dziś jest 5 październik”, to oznacza to coś powtarzane cyklicznie co roku tego samego miesiąca (w tym przypadku piąty raz). A gdy chcemy poinformować kolegę, że kartkówka jest 9.11. to mówimy „dziewiątego listopada”    lub „dziesiątego”, jeżeli chcemy go oszukać.

 

Tą książkę

Tę  książkę

 

Mimo iż językoznawcy dopuścili tę formę w mowie potocznej, to jednak w pracach pisemnych wciąż jest to błąd. Dlatego proponujemy stale używać tej poprawnej wersji. Jak to zapamiętać? Proste, musi się rymować.

„Widzisz tę dziewicę?”

„I co, dalej jest tą dziewicą?”

Ba-dum tss

 

Czekaj za mną

Czekaj na mnie

 

Gdybyśmy umiały rysować, wstawiłybyśmy tu odpowiedni satyryczny obrazek.

Ale nie umiemy.

W każdym razie, gdy ktoś do nas powie „czekaj za mną”, chcąc spełnić jego prośbę, posłusznie za nim stanąć i czekać.

Wówczas jeszcze nie wiemy na co, ale liczymy, że kolega jest na tyle uprzejmy i nam powie.

 

W cudzysłowiu

W cudzysłowie

 

To jest tylko i wyłącznie kwestia poprawnej odmiany, nic więcej.

Wiemy, że ta pierwsza forma brzmi tak jakoś… lepiej? Melodyjniej?

Lecz pamiętajmy, że nie wszystko co piękne, jest poprawne.

Łatwo zapamiętać tę zasadę, powołując się na rów. Nie mówimy „jak krowie na rowiu”, lecz „jak krowie na rowie, prawda?

Istnieje jeszcze jedna, łatwiejsza forma do zapamiętania. Mianowicie cztery litery…

Resztę dopowiedzcie sobie sami.

 

Oddziaływujący

Oddziałujący/oddziaływający

 

Błąd, błąd, błąd.

Po prostu błąd.

Tworzymy jeden niepoprawny wyraz z dwóch poprawnych.

W tym przypadku, wbrew zasadom matematyki, plus dodać plus daje minus.

———————————————————————————————-

I to tyle z naszej strony.

Nie jest to trudne, a zastosowanie się do tych rad spowoduje, że ten mały, polski świat stanie się lepszym miejscem.

Przynajmniej dla nas, autorek.

Takie już jesteśmy, ciągle narzekamy, a same spadamy w dół.

Marta Wejman, Paulina Andrzejewska

Jak postrzega świat współczesny nastolatek?

Nigdy nie myślałam, że życie w ciele nastolatki często będzie takie trudne…

Mając prawie 16 lat, zaczęłam myśleć nad sensem ludzkiego istnienia i wpadłam do przepaści zwanej ŻYCIEM. Jako mała dziewczynka widziałam samo dobro niosące się z ludzkich serc,
a świat był po prostu kolorowy, można powiedzieć, że na każdym kroku się do nas uśmiechał.
Teraz już tego nie ma.

Całą ziemię opanował czas smutku, łez i agresji…

Nie ma już barw – są szarości.

Czy czasy beztroskiego „dzieciństwa” powrócą?

Przestałam już w to wierzyć, ufać komukolwiek…

 

Nastolatków napadli złodzieje kradnący nasze uczucia i w zamian dali problemy, mówiąc, że z nimi będzie nam lepiej. Kłamstwo! Problemy wyniszczają od środka, stajemy
się wrakami… Dobijający jest też fakt, że nikt nie widzi naszego wołania o pomoc, nawet nasi rodzice… Jednocześnie chcemy mieć w kimś oparcie, powiedzieć wszystko co ciąży nam na duszy, ale boimy się reakcji innych, boimy się odrzucenia, które znajduje się na każdym kroku.
Ze wszystkim jesteśmy SAMI.

Życie, świat przeobrażają się w ŚMIERĆ.

Czarne myśli, ubrania – wszystko.

Jeszcze trochę, a na naszej planecie nie będzie uśmiechniętych dzieci, będą smutne albo po prostu skrócą swoje cierpienie wewnętrzne.

 

Do tego to wszystko zmierza?

 

Do licznych samobójstw?

 

Bo tak wygląda życie współczesnego nastolatka – jego już nie ma, jest tylko czekanie.

 

„Życie to nowoczesna bajka, bez szczęśliwych happy endów…”

 

Weronika Kantorska

Światowy Dzień AIDS

Zarówno temat HIV/AIDS, jak i nietolerancji, nie jest nam obcy. I o ile ten pierwszy znamy głównie z telewizji, prasy, broszur czy plakatów, tak z tym drugim mamy do czynienia bardzo blisko na co dzień.

Otyłość, inny kolor skóry, gorsza sytuacja materialna to przykłady głównych powodów uprzedzenia do innych osób. Sama spotkałam się z sytuacją, kiedy kierowca autobusu był nieprzyjemny wobec osoby bezdomnej, która – dokładnie tak jak reszta podróżnych – chciała kupić bilet.

Lecz czy nietolerancja może dotyczyć osób chorych?

Obecnie obserwujemy, że coraz więcej ludzi chce pomagać poprzez różnego rodzaju zbiórki, powstawanie fundacji czy chociażby przekazywanie 1% podatku.

Jednak nie we wszystkich przypadkach społeczeństwo wykazuje się tak wielkim sercem. Są choroby (takie jak AIDS), do których – mimo rosnącej świadomości na temat sposobów zakażenia – wciąż jesteśmy uprzedzeni.

Istnieje wśród ludzi lęk przed zagrożeniem i chęć ucieczki przed chorym na AIDS. Na ogół ludzie uważają, że być nosicielem HIV i chorym na AIDS znaczy nie mieć przyszłości, ani nadziei w życiu.

Tak jest, ale tylko wtedy, gdy sami doprowadzimy do wykluczenia takich osób ze społeczeństwa. Czują się one odrzucone, osamotnione, co może doprowadzić nawet do depresji czy innych zaburzeń psychicznych.

Skąd bierze się nasza nietolerancja? Z niewiedzy?

Nasza świadomość rośnie, lecz wciąż wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie zarazimy się wirusem poprzez podanie ręki, korzystanie ze wspólnych naczyń, pływanie w jednym basenie, a nawet przez pocałunek. HIV przenosi się w trakcie kontaktów seksualnych bądź gdy dojdzie do kontaktu z krwią osoby zakażonej. W praktyce oznacza to, że istnieje niewielkie ryzyko zakażenia, jeżeli na co dzień mamy styczność z osobą zarażoną.

Ludzie chorzy są tacy jak my – chcą normalnie żyć i nie być wykluczonymi społecznie tylko dlatego, że ich tatuażysta użył nieodpowiedniej igły.

Temat akceptacji jest trudny, lecz – o ile nie wynaleziono jeszcze leku na AIDS – naszej nietolerancji da się w jakimś stopniu zaradzić.

Potrzebna jest odrobina wyobraźni, empatii. Teoretycznie każdy z nas może się znaleźć w sytuacji, która doprowadzi do zakażenia. Co wtedy?

Zależałoby nam na akceptacji, współczuciu, pomocy ze strony innych.

Czasu nie da się cofnąć, ale możemy pracować nad teraźniejszością, tak by każdemu żyło się lepiej i nikt nie został skreślony tylko przez swoją chorobę.

Tej tolerancji ma nas uczyć Światowy Dzień AIDS, który odbywa się co roku 1 grudnia. Warto nie przechodzić obojętnie obok takich dni.

 

Paulina Andrzejewska

Pudełko

Kiedy byłam mała, nie lubiłam chodzić do przedszkola. Teoretycznie wszystko było w porządku, ale gdzieś tam rodziła się już niechęć do ludzi. Bo ja w zasadzie nie lubiłam ludzi. Tłum wywoływał u mnie ból głowy, nigdy nie wiedziałam co powiedzieć i wciąż czegoś ode mnie wymagano. Kiedyś przewróciłam się na jednej ze ścieżek naszego dużego placu zabaw na obrzeżach Manchesteru. Dopiero kiedy się podniosłam, zauważyłam, że to jeden z chłopców mnie popchnął. Był starszy o rok i niewiarygodnie wielki w porównaniu do mnie. Wychowawczyni pogroziła mu palcem, ale od razu wypuściła, zwłaszcza, że nic mi się nie stało – miałam tylko obdarty nadgarstek. Chłopiec pokazał mi język ponad jej ramieniem i pobiegł w drugą stronę. „Chłopcy tacy są, silniejsi”, usłyszałam wtedy. Pokiwałam głową i wróciłam na ścieżkę. Potem znalazłam go, podłożyłam mu nogę, a potem wdeptałam w trawnik. Miałam pięć lat. Matka nie powiedziała ani słowa.

 

Może sposób nie jest właściwy, ale pozwala osiągnąć cel, prawda?

 

            Budzą mnie strzały. Karabin maszynowy, ciężki. Ostrzeliwał barykadę, za którą leżałam. Kilka metrów obok wybuchł granat. W nikogo nie trafił. Ciężko odkleiłam od cementu policzek oblepiony krwią. Sprawdziłam twarz, rozcięcie pod okiem, niewielkie, już wyschło. W moim lekkim karabinie brakowało amunicji, ale i tak przewiesiłam jego pas przez ramię. Otarłam nos rękawiczką i kucnęłam, przeszukując ziemię wokół mnie. Pod płachtą nadpalonej blachy znalazłam wyrzutnię z jednym załadowanym granatem, zanim świadomość dopasowała się do nowej sytuacji, instynkt podniósł mnie i rzucił kilka kroków naprzód, obok barykady. Wystrzeliłam granat na dach sąsiedniego budynku, z którego nas ostrzeliwano. Wybuchł natychmiast, spalając karabin, a podmuch wyrzucił dwójkę ludzi poza krawędź. Wśród ostatnich kul dało się słyszeć kilka przekleństw, dopiero po chwili zapadła cisza. Nie głucha, gdzieś w oddali nadal strzelano i ktoś nadal przeklinał, ale tutaj mogłam stanąć prosto, zdjąć hełm i pozwolić twarzy ochłodzić się podmuchem wiatru, nawet jeśli ten pachniał siarką. Ktoś krzyknął: „Na dół”, ale wzruszyłam ramionami. Dopiero po chwili postanowiłam zejść na niższe piętro po schodach pożarowych. Były stare i zardzewiałe, skrzypiały przy najmniejszym poruszeniu, ale wciąż ufałam ich stabilności. Na piętrze znalazłam łazienkę. Woda była chłodna i czysta, mogłam się orzeźwić i napić, potem oczyścić ranę. Za szafką z lustrem znalazłam nawet stary plaster. Naklejałam go, śmiejąc się ze swojej ostrożności i syków – kiedy ja poprawiałam swój policzek, ktoś właśnie stracił nogę i wykrwawiał się na śmierć. Lub spadł z budynku, na który ktoś wyrzucił granat. Ale w sumie sami podjęli wyzwanie, prawda? Naprawiłam jeszcze koka, chociaż nie zakładałam już hełmu. Spojrzałam na chwilę w lustro, wyśmiałam swoje podkrążone, nieludzko błękitne oczy, patrzące w taflę bez szczególnego wyrazu, później zwyczajnie wyszłam przez drzwi i zjechałam na dół windą. Zabawne, że wciąż grała w niej muzyka. Jakaś opera? Nie potrafiłam sobie przypomnieć. Sytuacja kazała mi się śmiać, śmiać tak głośno, aż ktoś usłyszy, czekałam tylko na mgłę i ciemność, gdybym rozpoznała Silent Hill, mogłabym pomyśleć, że to sen. Ale przecież… ja też sama się na to pisałam. Tym żyłam i to potrafiłam robić. W czym problem? Pokręciłam głową. Oszukano mnie.

Wyszłam z budynku już o wiele ostrożniej, z lękiem potrząsając pustym magazynkiem. Poczułam dziwną mieszaninę strachu, ulgi i gniewu, może też odrobinę smutku, potykając się o ciało jednej z koleżanek z mojej drużyny. Może to ona krzyczała? Cóż, to był ostatni raz. Nie znałam jej dość dobrze, aby paść na kolana z rozpaczy. Wiedziałam, że jest nasza, po białej naszywce na rękawie. Nawet nie pamiętałam jej imienia. Szybko zabrałam całą jej amunicję i załadowałam magazynek, przytwierdziłam też do pasa jej Glocka, gdyż swojego zgubiłam wcześniej. Za drzwiami znów poczułam siarkę i krew, ale czułam się o wiele pewniej. Pierwszy nadbiegł Thomas, przynajmniej zdawało mi się, że takie nosił imię. Niski, ruchawy szatyn, dziwnie młody, jak na tę profesję. Przypominałby mi pewnie młodszego brata i wywołał jakieś siostrzane uczucia, ale nie miałam młodszego brata. Dostał dwa szybkie strzały prosto w serce, aby upadł szybko i bez dźwięku. O oszczędzeniu bólu starałam się nie myśleć. Osunął się wzdłuż ściany budynku, w wąskim przejściu, którym akurat przechodziłam. Pechowy traf. Odwróciłam się na kilka sekund, w sam raz, żeby powalić Władimira krótką serią w brzuch. Mnie nie zachodzi się od tyłu. Tak, zdecydowanie zabawne myśli miałam w tamtej chwili. Przy Philu przez moment się zawahałam. Szedł szybko i jakby lekko przestraszony, odgarniając rudą grzywkę. Niemal mnie nie zauważył. Miałam nadzieję, że nie zauważy. Zdziwił się, kiedy dostrzegł kierunek mojego marszu. Wyciągnął broń. Zbyt wolno. Jego naprawdę przez chwilę było mi szkoda. Raz współpracowaliśmy, nie mogłam znaleźć powodu, dla którego powinien zginąć… Źle wycelowałam. Ja. Co się stało? Dość, że dostał w nogę. Zatrzymałam się nad nim, jakbym miała go dobić. Kiwnął głową. Był w przeciwnej drużynie. A ja westchnęłam. To niepotrzebny problem, niepotrzebne skrupuły, ale przecież w normalnej sytuacji nigdy bym do niego nie strzeliła. On nie był taki, jakich wybierałam. Powinnam odmówić strzału. Powinnam go ocalić. Kucnęłam i rozdarłam nogawkę. Ani śladu kuli, musnęła tylko mięsień, zostawiając krwawy ślad. Phil obserwował mnie bez ruchu, chociaż nie wypuścił dłoni z rąk. Wiedział. Wiedział, że nigdy bym nie chybiła. Wytargałam z buta kawałek swojego materiału i zawiązałam go wokół rany. Nawet nie syknął. Mniej poważne, niż policzek, prawda? Spokojnie wytarłam okrwawione palce o jego nogawkę i wstałam, poprawiając kamizelkę. Dopiero potem spojrzałam mu w oczy, niebieskie jak moje, zmrużone i oczekujące. Oddychał nieco ciężej.

 

– Wyjście jest oczywiście w stronę, w którą nie pójdziesz – powiedziałam cicho, biorąc do rąk karabin. – Ale możesz przeczekać tam, skąd wracam. Jest jedzenie i gra muzyka. Jeśli wycelujesz w drzwi, nikt nie wejdzie.

 

Pokiwał głową.

 

– Jak długo? – spytał zachrypniętym głosem, po czym opluł ścianę obok i zaczął się podnosić.

– Zależy, jak szybko załatwię sprawę – podałam mu rękę.

 

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale wzruszył ramionami i pokuśtykał w kierunku, z którego tu przyszłam. Kiedy ruszyłam już naprzód, zawołał jeszcze:

 

– Osiem miesięcy temu, kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, wiedziałem.

 

Zanim się odwróciłam, znikł już na klatce schodowej.

Ktoś wybiegł z prawej ścieżki, a ja strzeliłam, zanim zdążyłam pomyśleć. Anderson. Z mojej drużyny. Nie zraniłby mnie. Ale kazałby mi iść w drugą stronę. Nie patrzyłam na niego długo, ale ruszyłam naprzód.

Kilkaset metrów dalej spotkałam Jeffreya. Należał do przeciwnej drużyny, czerwona naszywka niemal błyszczała w sztucznym świetle latarni, tak samo jak jego niemal białe włosy i wypolerowana lufa karabinu. Gniewnie spojrzałam na żarówkę, potem na słońce, które w tym momencie chowało się dokładnie za ścianami wieżowców. Jeffrey mógł obejść budynki przeciwną ścieżką i nie spotkać mnie, teoretycznie więc również szedł pod prąd. Odgarnęłam włosy i opuściłam karabin. Byłam czujna, ale miałam przeczucie, dziwne drżenie w kościach, niemoc w palcach.

 

– Hej, przystojniaku! – zawołałam zrezygnowanym głosem, podchodząc bliżej.

 

Dostrzegłam jego szeroki uśmiech. Uniósł broń, a potem z premedytacją rozstrzelał wszystkie pięć żarówek, wiszących u lamp przy żywopłocie. Parsknęłam.

 

– Nie wierzę – zaśmiał się, zdejmując i otrzepując rękawiczki, ale nie zdejmując ze mnie wzroku. – Betty Black we własnej osobie. Miło mi cię wreszcie spotkać. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego nie nazywają cię Betty White? Bardziej pasowałoby do ciebie.

– Betty Red brzmi całkiem fajnie – odparłam, zahaczając o niego drapieżnym wzrokiem, zanim zdrapałam z kołnierza kurtki zaschniętą krew. – Ale podejrzewam, że to dlatego, iż noszę czerń. Albo dlatego, że tak wpisałam sobie w dowodzie.

– Zły kierunek, Betty.

– Wiem. Chociaż… może nie do końca? – uniosłam brew, kiwając głową w stronę ścieżki biegnącej na zachód.

– Dlaczego nie do końca?

– Bo to mój kierunek

 

Wyminęłam go i weszłam na drogę. Brak czujności. Nie zdążyłam podnieść broni, kiedy zza zakrętu wybiegł Akihiro. Japończyk z białą naszywką, bez żadnych skrupułów, który wycelował prosto w nas obu. Jeffrey był szybszy, powalił go celnym strzałem w głowę, krew bryznęła na ścianę, a ja zachwiałam się i oparłam o żywopłot. Byłam strasznie zła na siebie. Aki irytował mnie od lat, widocznie ja jego też. Ale na czym polegała na cholerna gra? Przyjaciel chce mnie zabić, a wróg ratuje? Wyprostowałam się, spojrzałam na niego. Patrzył na mnie z uniesionym kącikiem ust.

 

– Los sprzymierzeńców przypieczętowany – stwierdził, ruszając moją ścieżką.

 

Pobiegłam za nim, dopóki nie zrównaliśmy kroku.

 

– Więc, Jeffrey…

– Mów mi Jeff, możesz to również krzyczeć.

 

Zaraz po śmiałym komentarzu zarumienił się lekko, a ja ze zrozumieniem pokiwałam głową. Słońce wyłaniało się zza chmur, jeszcze nie robiło się pomarańczowe.

 

– Więc, Jeff… lubisz stare magazyny i energiczne oczekiwanie?

 

Uśmiechnął się, nie patrząc na mnie i pociągnął nas w stronę jednego z garaży.

 

*

 

Opuściliśmy go godzinę później, uśmiechnięci. Słońce było już nieco niżej.

Wybraliśmy. Ścieżka była kręta, ukryta wśród żywopłotów, przypominała labirynt. Wciąż słyszałam strzały, z jednej strony bliższe, z drugiej – tą drogą nie dało się ich odnaleźć. Kiedy na naszej drodze pojawiał się ktoś, znikaliśmy. Tutaj nie było żadnej krwi.

 

– Zmiana sposobu?

– Byłam nieco otępiała, teraz myślę trzeźwiej.

 

Pozwolił sobie na lekki uśmieszek. Mimo wszystko, nazywałam się Betty Black.

 

– Ach tak? – usłyszałam jeszcze, zanim uderzyłam trzepnęłam go w nerkę.

 

Musieliśmy przyspieszyć.

Problem leżał gdzie indziej. Problem był taki, że tych ludzi nawet nie znałam, a sytuacja niczego nie wymagała. Wolałam nie zagłębiać się w meandry własnego umysłu, byłam beznadziejna w relatywizmie. Moje działania nie miały większego sensu. Kiedy byłam młoda – ćwiczyłam. Na wszystkim. Na szczęście miałam rozsądną nauczycielkę. Kiedy musiałam zarabiać – zarabiałam, chociaż niezbyt chwalebnie. Dosłownie po trupach weszłam na szczyt, na którym teraz jestem. Teraz zabijam tylko, jeśli chcę i tylko, jeśli uważam to za wystarczająco słuszne. Wyrzucam zlecenia ludzi poirytowanych i zbyt pewnych siebie, którzy pragną czyjejś śmierci dla własnej chorej satysfakcji lub z kaprysu. Przyjmuję zlecenia ludzi zdradzonych i cierpiących, zabijam morderców. Można powiedzieć – więc po prostu zabijasz, prawda? Tak, dokładnie tak. Dokładnie tak wygląda to z boku. Właśnie dlatego nie lubię o tym myśleć. W niewielkiej przestrzeni mojego sumienia, do której daję sobie dostęp, głos mówi „kończysz łańcuch zbrodni” i tego się trzymam. Wizerunku dziewczyny przecinającej łańcuch. Udowadniającej, że może, że jest świetna, że wyrzuty sumienia to nie rzecz.

 

W końcu osiągam cel, prawda? Prawda?

 

Ta misja jest inna. W drugiej chwili to w ogóle przestała być misja. Ktoś zebrał nas wszystkich, tych przecinających łańcuchy i tych brutalnych i potwornych, zebrał nas w grupy, omamił nasz wzrok, zamknął w pudełku. W tym pudełku nie ma miejsca na więcej niż jedną, ewentualnie dwie osoby. Jako naturalni drapieżnicy mamy za zadanie się powyrzynać. W pełnym słońcu i zapachu siarki.

 

Jestem oszukana. Każdy z nas jest oszukany. Wyzuty ze wszystkiego, co posiadał i co chroniło go przed wnętrzem swojej własnej głowy. Zabijałam i prułam naprzód, a własna religia i część sumienia, którą trzymałam zamkniętą, zżerały mnie od środka. Krzyczały w mojej głowie. Sprawiły, że sama dla siebie stałam się bezwartościowa. Stanęłam w miejscu, zamiast myśleć o sobie jako bogini wyzwolenia, wróciłam do siebie sprzed dziesięciu lat. Do niepewnej, straconej społecznie dziewczyny, która miała do wyboru skoczyć z dachu lub zmienić nazwisko i wybrać drogę, do której dążyła. Trzeba było tylko zamknąć sumienie na klucz. Raz się udało. Teraz zdawało się to trochę niemożliwe.

 

Ale sumienie to jedna rzecz, a dzisiejszy cel i jego osiągnięcie – całkiem inna. Zamknięcie w pudełku może cofnąć cię o dziesięć lat, ale czy o nich zapomniałam? Nie.

 

Każdemu z nas kazano iść na przyjaciół z kolorowym materiałem na rękawie. Aby przyjaźń też straciła smak i wartość.

 

Kazano nam się mordować, więc co zrobili buntownicy? Kochali się. W starym, opuszczonym garażu, na masce samochodu.

 

Rozstrzeliwaliśmy każdą kamerę, aby nikt nie wiedział, że jest nas dwoje. Plecami do siebie, miarowo. Raz ja patrzyłam w tył, raz on. Nie oszczędzaliśmy strażników. Przepraszam. Za późno na to. Po schodach zszedł Pete, patrząc na nas uważnie. Był z mojej drużyny. Znajdował się tam, gdzie nie powinno go być.

 

– Ja… – zatrzymał się, przygryzając wargę.

 

Jeff czekał na mnie cierpliwie, wyglądając strażników i niezauważonych kamer.

 

– Peter…

– Ja… Bet, naprawdę…

– Wyjdź. Teraz.

 

Spojrzał na mnie niemal z bólem. Westchnął. Ominął nas szybkim, sprężystym krokiem.

 

– Będę stał przy drzwiach – powiedział, mrugając do mnie.

 

„Zawodowa solidarność?”, zapytałaby moja matka. Wyobraziłam ją sobie, bladą, suchą, w trumnie. Na górze grała muzyka. Nareszcie sobie przypomniałam. Upiór w Operze.

 

            W środku, na skórzanej kanapie, siedziały dwie kobiety. Całowały się niecierpliwie, czochrały swoje włosy i podciągały sukienki. W kominku palił się ogień, mimo ciepła na zewnątrz. Może tak było bardziej dramatycznie? Chrząknęłam. Nie odskoczyły od siebie jak nastolatki, ale nie zdołały ukryć zaskoczenia. Usiadły prosto, obie odgarnęły do tyłu blond włosy i starły rozmazane ślady szminki. Były do siebie całkiem podobne.

 

– Beatrice! – zawołała Tylor, tajemnicza bizneswoman, twórczyni mojej drużyny. – Nie spodziewałam się ciebie tutaj. I ten uroczy, młody dżentelmen…

– Nie taki uroczy i nie taki młody – zachichotała druga. Miała o wiele cieńszy głos. – Jeffrey.

– Cecile.

– Miło cię widzieć.

– Przykro mi, że nie mogę się odwdzięczyć tym samym.

 

Tylor zachichotała, sięgając po wino.

 

– Jeśli ktokolwiek miał się tu pojawić, to z pewnością nie ty, Beatrice. Nie, żebym nie doceniała twojego intelektu, ale po drodze tylu strażników…

– Ja ich zestrzeliłem – wtrącił Jeff, mrugając do mnie.

– No tak – pokiwała głową w moja stronę. – Może ty jesteś po prostu na to za dobra?

 

Wytrzymałam jej wzrok ze stoickim spokojem i wzruszyłam ramionami, chociaż krew wrzała mi w żyłach. Nikt nie będzie mi mówił, do czego się nadaję. A już na pewno nie Tylor.

 

– Dlaczego to wszystko?

– Och, kochanie. Nie uważasz, że wasz fach stał się nieco… zbyt popularny? Zbyt rozlazły, oficjalny, podzielony. Światu w zupełności wystarczy kilku płatnych morderców.

 

Zgromiłam Cecile wzrokiem.

 

– Zabójców – poprawiłam z niemiłym uśmiechem.

 

Blond flądra pokiwała głową i wstała, kierując się w stronę barku. Kiedy Tylor zwróciła nasza uwagę gwałtownym ruchem, ta rzuciła się do naszych pleców z paralizatorem. Zdążyłam przyłożyć jej w twarz, zanim upadłam i zwinęłam się w kłębek. Cholera, tak dać się podejść w samym gnieździe. Jesteś idiotką, Betty. Kopnęła mnie jeszcze, zanim usiadła obok kochanki.

 

Nie wiedziałam, jak to wszystko dalej się potoczy. Kilometr dalej, wśród ścieżek, żywopłotów i kwadratowego, wyłożonego kostką dziedzińca, nasi przyjaciele i wrogowie rozstrzeliwali się, smarując ziemię krwią. Ja przyszłam tutaj, oczekując czegoś innego. Ale widocznie czekała na mnie tylko śmierć.

 

Szkło rozprysło się. W jednej chwili szyba wpadła do środka w ostrych, nieregularnych kawałkach. Ominęły nas, leżących na podłodze i schowaną za oparciem flądrę, pocięły rękę Tylor, która znów sięgała po wino. Do środka wpadła kobieta, na oko trzydziestoletnia i wyraźnie zmęczona, o ciemnych, poplątanych włosach, z błyskiem w oku. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie to, że miała na sobie ciemny, obcisły materiał niewiadomego pochodzenia i wleciała przez dziurę po wspomnianej szybie. Otrzepała się z kurzu, niedbałym ruchem ręki całą naszą broń ustawiła pod ścianą. Pasek karabinu boleśnie przesunął mi się po skórze. Ogień w kominku zgasł. Ciszę przerwało łkanie Tylor. Nieznajoma kobieta odgarnęła włosy i westchnęła teatralnie.

 

– Mam na imię Julia i słyszałam, co się tutaj dzieje. Przyszłam, aby zaprowadzić porządek.

 

Jeff próbował coś powiedzieć, ale uciszyła go syknięciem.

 

– Zabójcy nie muszą się wypowiadać, wszystko wiem. Kazałam im przestać. Otworzyłam te cholerne, pancerne drzwi. Poszli już sobie. Nie słyszycie, że strzały ustały?

 

Mruknęłam coś pod nosem, drugi raz dzisiaj podnosząc się ze skulonej pozycji. Wymacałam plaster, który mimo wszystko jeszcze się trzymał.

 

– Zostało jeszcze kilka wyjść na hasło, mogłabym to w sumie zostawić, skoro już się nie zabijają, ale pomyślałam, że ukaram złoczyńców. Panno – zwróciła się do Tylor – proszę otwierać drzwi.

 

Tylor spojrzała na nią w ciężkim szoku, ale pokiwała głową i chwyciła za telefon.

 

– Czy godzi się zrobić tu coś jeszcze?

– Nie znasz się – wyjęczałam przez łzy.

 

Spojrzała na mnie z pogardą.

 

– Powinniście zakończyć swój proceder…

– Wyjdź – odezwała się Cecile jeszcze bardziej piskliwym głosem. – Po prostu wyjdź.

 

Nie byłam pewna, czy to dobre rozwiązanie. Mimo wszystko.

 

– Przybyłam tu, aby skończyć z bezprawiem, nie, żeby wychodzić na twoje polecenie, flądro.

 

Mimo wszystko, Julio…

Nikt nie zwrócił uwagi na Jeffa. Na Jeffa, który odzyskał swoją broń i pociągnął za spust. Po krótkiej serii, w drzazgach mebli i rosnącej kałuży krwi, Cecile i Tylor padły bez życia. Druga zdążyła otworzyć drzwi, druga krzyknąć. Julii nie stało się nic. Popatrzyła na nas w lekkim szoku, prosto w lufę karabinu Jeffa. Po chwili mierzenia się na spojrzenia, Jeffrey opuścił broń i wstał, podając mi rękę. Przyjęłam ją.

 

Sprawiedliwości stało się za dość?

 

– Dokładnie tak, jak nie chciałam, żeby się stało – wymruczała Julia, ale i tak wzruszyła ramionami.

 

Strzały. Znów padły strzały. Mimo, że wyjścia były już otwarte.

 

Zwierzęta w kokardkach, mordercy z naszywkami.

 

Potrząsnęłam głową.

 

– Nie słyszysz? Idź. Tam panuje morderstwo.

– Nie wiem już, gdzie powinnam iść.

– My zajmiemy się resztą.

– Wy? – zaśmiała się. – Wy jesteście nikim. Uważacie się za dobro? Wykorzystujecie zło. Jesteście źli. Powinnam zostać, nie iść. Powinnam ukarać was.

– Nie uważamy się za nic – powiedziałam spokojnie. – A ty być może powinnaś.

 

Spojrzała mi w oczy, po czym skierowała się w stronę okna, bez słowa.

 

– Julio?
Stanęła, patrząc na mnie w oczekiwaniu.

 

– Budynek numer jeden, Phil, proszę.

 

Zanim zniknęła, skinęła głową.

 

Przez chwilę chłonęliśmy ciszę. Strzały cichły, przynajmniej w naszych głowach. Świat się kończył i zaczynał jednocześnie.

 

– Cóż – zaczął Jeff, podając mi broń. – Ja też będę się już zbierał.

 

Uśmiechnęłam się.

 

– Do zobaczenia w Sztokholmie.

– Nie wiem…. nie wiem, czy kiedykolwiek pojawię się jeszcze w Sztokholmie.

 

Pokręciłam głową, po czym spojrzałam w jego oczy. Błękitne.

 

– Zło zostaje, więc ty też masz zostać.

 

Nie czekałam na jego odpowiedź.

 

Wyszłam.

 

Nowy świat wcale nie będzie się zbyt wiele różnił od starego.

 

A ja znowu znajdę sobie cel.

 

Kamila ‚Megalcarwen’ Matuszewska

Czym jest noc?

Noc kojarzy się większości z potrzebą snu, odpoczynku od pracy, szkoły, itp.
Jest ukojeniem i czasem na nabranie sił na kolejny dzień. Dużo w tym prawdy, ale czy tak jest
u wszystkich? Szczególnie u młodych ludzi? Zastanówcie się. Odkryjcie ukryte miejsca
w waszych głowach. Znaleźliście rozwiązanie? Nie? To teraz nie będzie łatwa droga, ponieważ
od tego momentu już zaczynają się schody i długa podróż w świat nastoletnich marzeń…
Krótko mówiąc, kiedy zasypiamy mamy nadzieję „na lepsze jutro”.

 

„Wschodzące Słońce nigdy nie wie co się wydarzy,

a zachodzące – próbuje zapomnieć.”

 

Również nastolatkowie są jak SŁOŃCE, tylko że ono promienieje, a my nie…
Nas przysłaniają ciemne, gęste chmury rozpaczy, przez które nie mamy możliwości się przebić,
bo jesteśmy za słabi. Tutaj jest nasz najgorszy punkt… Ale moment! We Wszechświecie znajduje się również uszkodzony „srebrny glob” – KSIĘŻYC. On widzi chyba najwięcej pokrzywdzonych duszyczek, to smutne. Co noc zagląda w nasze okna po to, żeby czuwać, dać poczucie bezpieczeństwa i zniszczyć obawy przed ciemnością. Ktoś wie jakie momenty widzi patrząc?
Widzi nastolatków zwijających się z bólu, płaczu… Noc wyciąga z nas najgorsze uczucia, które zadały cierpienia sercu w ciągu dnia, lecz jest pewna mała drobnostka w „nastoletniej nocy” – marzymy o rzeczach, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.

 

Jasność nie jest idealną porą na jakiekolwiek uczucia, wtedy jesteśmy „fałszywie” silni,
a ciemność – przeraża. Za jej panowania nie ma się siły na udawanie, poddajemy się.
Czasami jest tak, że czujemy ten przytłaczający ból w okolicy klatki piersiowej i nie możemy
nic zrobić, jesteśmy bezbronni, nie chcemy uronić łzy albo po prostu nie potrafimy i stajemy się przygnębieni poprzez smutne piosenki, które były lub są związane z jakąś naszą historią, mamy
do nich sentyment… Dzięki muzyce pozbywamy się chwil, które nas dzisiaj złamały oraz naszych krzywdzących wspomnień z przeszłości.

 

Potrzeba oczyszczenia duszy nie jest łatwym procesem.
Niektórzy się go boją – boją się własnych EMOCJI! Nie da się żyć bezdusznie.

 

Weronika Kantorska

Najpopularniejsze wakacyjne kierunki

Ludzie podróżują praktycznie w każdy zakątek świata, jednak istnieją takie kierunki wycieczek, które wybierane są szczególnie często. Według danych Światowej Organizacji Turystyki (UNWTO) z 2013 roku na podium plasują się:

Miejsce 3. – Hiszpania

Kraj położony na Pólwyspie Iberyjskim zachęca do odwiedzin przede wszystkim ciepłym klimatem, licznymi zabytkami i doskonale rozwiniętą infrastrukturą turystyczną.  Do Hiszpanii należą Wyspy Kanaryjskie położone na Oceanie Atlantyckim oraz Baleary na Morzu Śródziemnym. To właśnie one, wraz ze słonecznym wybrzeżem Hiszpanii, są najpopularniejszymi  kierunkami tamtejszych wycieczek. Być może turystów przyciąga również fakt, że Hiszpania to kraj o największej ilości barów w Europie – w sumie istnieje ich około 370 tysięcy, a w samej Barcelonie – ponad 10 tysięcy.

 

Barcelona,Park Guell

Barcelona,Park Guell

 

Miejsce 2. – Stany Zjednoczone

Jeden z największych krajów świata wyróżnia się niesamowitą wielokulturowością i nietrudno spotkać tu człowieka z jakiegokolwiek państwa na świecie. Turyści chętnie odwiedzają zarówno metropolie, jak i cuda przyrody, takie jak chociażby Wielki Kanion czy Yellowstone National Park. USA to także kraj pełen symboli, oferujący bardzo specyficzne atrakcje, od najwyższego roller coastera na świecie po Carhenge – replikę Stonehenge, wykonaną z samochodów.

Grand-Canyon-National-Park-2

Grand Canyon

 

Miejsce 1. – Francja

Państwo charakteryzujące się bajeczną różnorodnością krajobrazów ma do zaoferowania turystom historyczne miasta, wspaniałe krajobrazy, Alpy, słoneczne plaże, zamki nad Loarą, winnice Szampanii oraz niezapomnianą kuchnię (kto nie słyszał o słynnych żabich udkach, francuskich serach, ślimakach czy o smakowitych crêpe?). Największą popularnością cieszy się stolica – Paryż, określana mianem miasta świateł czy miasta miłości. Jednych miasto to oczarowuje, inni twierdzą, że jest przereklamowane. Z pewnością warto jednak odwiedzić je, by wyrobić własną opinię na ten temat.

carcassonne-france

Carcassonne

 

Magdalena Bortel