Bez nawracania

„Zabierz mnie do kościoła(…) dobry Boże, pozwól mi oddać Ci me życie” –Nie, w żadnym wypadku nie mam zamiaru Was nawracać 😉 W końcu piszę tu nie o waszych poglądach, lecz o muzyce. A tak właściwie: kto z Was, drodzy czytelnicy, zainteresowałby się piosenką wiedząc, że jej tłumaczenie ma dokładnie taki sens? Pomyślelibyście: O nie, kolejny „nawiedzony”, który poprzez swoje utwory próbuje wpoić słuchaczom jakieś swoje idee. Przyznam, że i ja nie byłabym do końca zainteresowana taką piosenką, gdyby nie to, że usłyszałam ją w radiu i od razu ujął mnie głos wokalisty. Hozier, a właściwie Andrew Hozier- Byrne, to młody (bo niespełna 24-letni) muzyk pochodzenia irlandzkiego. I tu pojawia się rozwiązanie naszej zagadki- w krajach celtyckich popularne są piosenki o tematyce religijnej i kościelnej, tak więc artysta ten wcale nie okazał się dziwakiem i odmieńcem 😉 „Take me to church” jest według mnie utworem wyjątkowym, genialnym a sam refren przyprawia mnie o ciarki na plecach. Piosenkarz oprócz zdolności wokalnych, ma również niesłychany talent muzyczny, gdyż znakomicie gra na gitarze i zanim zajął się śpiewaniem, był gitarzystą w zespole, który założył wraz z kolegami. Kiedy wystukuję jego nazwisko w google, to wikipedia niestety nie rozpisuje się na jego temat. Wiadomo-on dopiero zaczął istnieć na rynku muzycznym. We wrześniu ukazał się jego debiutancki album ‘Hozier’. Pomimo tego, iż utwory znajdujące się na płycie mają raczej charakter sakralny i patetyczny, zachęcam Was do odsłuchu. Nie musicie skupiać się na słowach, po prostu zamknijcie oczy, wsłuchajcie się w jego głos i….magia!

Paulina Stachowska

h

PODSŁUCHANE, PODEJRZANE, SPISANE

Ten dział jest jak kameleon – wtapia się w tłum tych całkiem poważnych artykułów, które znajdziecie na stronie Zajawki. Mam nadzieję, że potraktujecie go z przymrużeniem oka, a jego krótka treść sprawi Wam choć odrobinę radości, tak jak mi jej skompletowanie.

***

Ostatnio dowiedziałam się…

…o istnieniu organizacji Mars One, która planuje osiedlić ludzi na Marsie już w 2025 roku. Początkowo ma to być drużyna, składająca się z osób, wybranych z pośród 202 tysięcy 586 chętnych (w tym 1942 Polaków). Pieniądze na realizację tego projektu mają pochodzić z ogólnoświatowego reality show, pokazującego życie „przyszłych Marsjan”, przygotowujących się do misji. To, co jest chyba najbardziej kontrowersyjne, to brak technologii umożliwiającej powrót – ma to być wyprawa w jedną stronę…

***

Ostatnio podsłuchałam…

…rozmowę ze szkolnej ławki:

-A Ty to lubisz tak występować na scenie?

-A co mi tam po lubieniu. Musiałam zrobić z siebie idiotę, to zrobiłam. I tyle, trudno.

***

Ostatnio odkryłam…

…profil na Instagramie Murada Osmanna, który fotografuje świat z dość nietypowej perspektywy: na każdym zdjęciu widać dziewczynę artysty, prowadzącą go za rękę na tle pięknego krajobrazu.

Warto zajrzeć: http://instagram.com/muradosmann

***

Ostatnio zobaczyłam…

…że w Japonii wymyślono nowe zastosowanie dla łóżeczek przeznaczonych dla dziecięcych lalek z IKEI – jak się okazało, są one idealnym legowieskiem dla… kotów. Czyż to nie urocze?

ikea-duktig-bed-hack-cat-bed-19

Magdalena Bortel

Magia liczb Fibonacciego

Czas na kolejną porcję naszej ukochanej matematyki. Dzisiejszy artykuł powinien przypaść do gustu biologom, ponieważ zajrzymy do świata roślin i zwierząt.
W dziele pt. „Liber Abaci” z 1202r. Leonardo z Pizy zamieścił takie oto zadanie:
Ile par królików może sprowadzić na świat jedna para w ciągu roku, jeśli: 1) każda para rodzi nową parę w ciągu miesiąca, a ta nowa para staje się płodna w następnym miesiącu; 2) króliki nie zdychają?

Continue reading

„We can find another way”

– Gdybym był na jego miejscu?

– Nie jesteś na jego miejscu. Nie ma sensu o tym teraz dyskutować.

– Mógłbym być. Co byś wtedy zrobił?

*

Szara peleryna zabrana bez wiedzy właściciela powiewała za jeźdźcem. Nie można było dostrzec jego twarzy ze względu na obszerny kaptur nasunięty na oczy, ale również dlatego, że jeździec pędził w zawrotnym tempie. Stojącym na nocnej warcie rycerzom wydał się zaledwie szarą smugą i choć jeden z nich dostrzegł zarys jego sylwetki, nic nie powiedział swoim towarzyszom. Oni zaś przetarli w zdumieniu oczy i zgodnie uznali to za wynik zmęczenia, choć żadnego z nich tej nocy nie opuścił niepokój. Niepotrzebnie, gdyż jeździec dawno był już daleko stąd.

*

Rankiem król zauważył, że sługi nie ma w jego namiocie.

*

Artur chciał rzucić wszystko i wyruszyć na poszukiwania Merlina. Jednak jego rycerze byli już gotowi do drogi, zachęceni do walki jego ostatnim wyczynem. Izolda znów wydawała się być pod wrażeniem jego oddania słudze, ale tym razem nawet Gwen nie podzielała jego obaw.

– Merlin wyglądał wczoraj na wzburzonego. Pewnie martwi się o Gajusza, nie wie, co się z nim dzieje. Ale zdaje sobie na pewno sprawę z tego, że teraz to on jest twoim medykiem. Pewnie szuka ziół, jak zwykle kiedy chce zejść ci z oczu, a one mogą się przydać, kiedy już dostaniemy się do Camelotu.

– Gwen, on zniknął bez słowa. Jesteśmy w środku lasu. Morgana jest królową.

– Sam mówiłeś, że nie powinien iść za tobą w ogień, kiedy nie umie nawet dobrze chwycić miecza.

– W takim razie ty też powinnaś zostać z tyłu – odpowiedział, jednak nie próbował jej przekonać.

Czuł dziwną bezradność, charakterystyczną dla momentów, kiedy Merlina nie było przy nim, a on nie wiedział, gdzie jego sługa dokładnie jest. Ale teraz, co najdziwniejsze, nikt tego nie zauważał. Sądził, że Merlin przyjaźnił się z rycerzami, a już na pewno z Gwen – jednak jego ukochana wzruszyła tylko ramionami, a tamci szykowali się do walki, zupełnie o nim nie pamiętając.

W powietrzu wisiało coś dziwnego.

*

Tak jak wcześniej on nie spodziewał się ataku, tak teraz nie spodziewała się go Morgana.

Oczywiście, nie znaczy to, że nie była przygotowana. Pewnym było, że prędzej czy później Artur – nieważne jak rozbity – wróci. Nie sądziła jednak, że jej brat będzie w stanie pozbierać się tak szybko. Na nieszczęście Artura, Morgana była wychowanicą króla dość długo, aby poznać wszystkie sekrety zamku równie dobrze jak on. Przy każdym teoretycznie sekretnym wejściu czuwały straże. Siłą Artura było to, że Morgana nie mogła przewidzieć, które przejście wybierze Artur i poważnie uszczupliła swoje właściwe straże, obstawiając każde z nich.

W środku rycerze rozpierzchli się. Ktoś poszedł po uwięzionych – Artur ruszył jednak wprost do Sali Tronowej. Przy końcu korytarza zorientował się, że towarzyszą mu tylko Gwen, Tristan i Izolda. Reszta musiała się zająć wojskami czuwającymi po drodze.

Były król, córka kowala oraz przemytnik i jego ukochana przeciw samotnej Morganie. Jego siostra miała przewagę.

*

(niniejszym następuje pierwsza wersja wydarzeń, czujcie się ostrzeżeni)

Merlin dotarł do murów zamku na długo przed świtem. Czuł się zmęczony – najpierw zaklęciem, a potem szaleńczym galopem. Z północy dął mroźny wiatr przemocą wdzierający się do płuc, a las szumiał dziwnie i coś w jego głębi wydawało niepokojące odgłosy. Zmysły Merlina były jak otępiałe, a w jego głowie brzmiało echo słów Artura. Decyzja, którą podjął jakiś czas temu, ciążyła mu na sercu, ale nie miał zamiaru jej zmieniać. Dawna rozmowa z Morganą po chwili wysiłku zastąpiła króla błądzącego w jego myślach.

– Nie musi tak być. Możemy znaleźć inną drogę.
– Nie ma innej drogi.

Nie ma innej drogi. Już nie ma potrzeby się ukrywać.

Wybrał główną bramę. Już nigdy nie będzie się ukrywał, nie będzie udawał idioty i tchórza. Strażnicy wystawili przeciw niemu lśniące w blasku księżyca halabardy – on wysunął w ich stronę dłonie i zacisnął pięści. Gdyby przetrzymał ich trochę dłużej, opadliby na ziemię bez życia. Merlin cofnął zaklęcie i minął żołnierzy, nie patrząc jak w omdleniu osuwają się po ścianach. Dwóch rycerzy, których imion nie zamierzał sobie przypominać, zakreśliło w powietrzu idealny łuk i upadło z hukiem na szare kamienie. To mogło kogoś zaalarmować, ale dla Merlina nie miało to już żadnego znaczenia. Ruszył prosto przez środek dziedzińca, zostawiając za sobą pokonanych strażników. Wrota zamku rozwarły się przed nim gwałtownie, odbijając się od ścian. Pochodnie przed nim same stawały w ogniu. Kilku kolejnych rycerzy upadło na podłogę, ledwo go zauważając. Tępy ból głowy stawał się nie do zniesienia… Nagle wszystko ustało.

Merlin odetchnął, z ulgą wypuszczając z płuc powietrze. Poczuł się jak nowo narodzony. Poczucie winy zostało za nim, w poprzednim korytarzu, teraz liczył się tylko ból, tylko gniew, tylko zemsta. Zrealizowanie planu. Dopięcie swego. Stary Merlin, ten, który jeszcze przed chwilą był tak głośny, nadal podsuwał mu gorzkie myśli – że triumf nad przyjaciółmi nie zapewni mu satysfakcji, że droga, którą wybiera, nie przyniesie mu szczęścia, że nie spełni on już swojego przeznaczenia. Ale z każdym dniem Merlin miał coraz bardziej dość. Lancelot, który znał prawdę, oddał życie za coś, co nie ma tak naprawdę wartości, jaką powinno mieć.

Merlin chciał pozostać po dobrej stronie, ale taka już nie istniała. Jakkolwiek by się starał, Artur pozostanie synem Uthera. Cokolwiek by zrobił, Artur mimo wszystkich swoich zalet nie poradzi sobie sam przez moment.

Artur wciąż będzie przeprowadzał egzekucje. Nigdy nie zmyje litością magicznej krwi ze swoich rąk.

Nie wspominając o tym, że dwie godziny temu w królu nie było ani grama litości. Próbując nie przypominać sobie słów Artura, rozbrzmiewających nad szubienicą, ani tych, jakie wypowiedział Merlinowi prosto w twarz.

Król żyje w słodkiej nieświadomości. Dlatego jego serce jest całe. Ale również dlatego król nie poczuł, jak serce jego sługi jest łamane.

Wyrzuty sumienia wydają się już śmieszne. Dopóki jego serce mogło czuć Artura blisko siebie, jako dzielnego i dobrego człowieka, nigdy nie pojawiła się w nim myśl, aby sprzeciwić się przeznaczeniu. Ciężar jego losu był niczym, przeznaczenie – tylko drogowskazem, ale to Merlin wiedział, dlaczego oddałby wszystko za Artura Pendragona. To wszystko, za co Merlin kochał go jak brata, nie ma już jednak większego znaczenia. Powinno mieć – ale nie ma. Jest tylko pustka. Czarna, ziejąca tą pustką dziura. W miejscu, w którym powinno być serce.

Ale, kiedy ból ustał, Merlin poczuł, że pozostał w nim z tego serca jeszcze kawałek. Kawałek o ostrych krawędziach, jak fragment potłuczonej tafli szkła. Ale on też powinien potrafić czemuś się poświęcić. Czemuś, co nie będzie w stanie pokruszyć go jeszcze drobniej.

Rycerz, który wybiegł mu na spotkanie, był samotny. Merlin powstrzymał jego miecz, niedbale machając ręką, a potem podszedł bliżej niego.

– Nie musisz się mnie obawiać – powiedział brzmiącym złowrogo szeptem. – Wystarczy, że oznajmisz swojej pani, że przybyłem do niej na spotkanie.

Merlin wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że potrafi wyartykułować takie dźwięki. Nigdy nie miał okazji spróbować. Żołnierz wyglądał na wystraszonego. Zauważył w jego oczach to samo, co było w oczach Morgany, to było pewne. Niemal mu się ukłonił, podniósł miecz, ale szybko schował go do pochwy i zniknął w kolejnym korytarzu. Merlin postał jeszcze chwilę w miejscu, wyglądając przez okno na dziedziniec. Dzwon zabił kilka razy, ale już się uciszył. Morgana najpewniej sprawdziła już, że tajne wejścia są nietknięte, a gość, którego opisał jej rycerz, przybył do niej sam. Pewnie uznała to za głupotę. Na początku, zanim żołnierz powiedział jej, że przybysz zostawił za sobą ślad składający się z nieprzytomnych Południowców. Niewiedza wzmaga strach.

Teraz Merlin już się tak nie spieszył. Powoli stawiał swoje kroki, z przyjemnością wysłuchując ich dźwięku. Przez całe życie sprawnie i szybko przemykał wśród innych ludzi, nie zwracając na siebie ich uwagi. Od dziś to inni będą usuwać mu się z drogi.

Merlin wszedł do Sali Tronowej. Splótł ręce za plecami, kiedy zorientował się, że lekko drżą. Pewność wyboru i własnej siły nie zwykły uciszać nerwów. Mógłby zdobyć to samemu, ale nie chciał być już dłużej samotny. Poza tym, bez Morgany byłoby smutno. Bez niej byłby samotny. I wiedział, że może sprawić, aby Morgana była szczęśliwa. Jeżeli tylko zechce być.

Drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Tym razem to nie była jego zasługa, ale też nie był zbytnio zaskoczony. Mógł się spodziewać, że kiedy wejdzie do gniazda wroga, nie wypuszczą go zbyt chętnie. W Sali panował półmrok. Sztandary i herby zdarte przemocą ze ścian leżały wokół filarów, jakieś drobiazgi i puchary do wina pobrzękiwały lekko, gdy któryś ze strażników potracił je przypadkowo. Szepty urwały się nagle.

– Wynosić się – głos Morgany miał w sobie jakąś metaliczną siłę. Merlin dawno go nie słyszał, zdawało mu się, jakby zmienił barwę na bardziej ostrą.

Nie bardzo miał pojęcie, kim byli zebrani tutaj ludzie, ale nie musiał się tym przejmować, gdyż polecenie Morgany było nad wyraz jasne. W mroku panującym u końca długiej sali Merlin niczego nie dostrzegł, ale usłyszał otwierane i zamykane w pośpiechu boczne drzwi. Opanował drżenie rąk i ruszył naprzód wolnym krokiem. Miał nadzieję, że dawny Merlin nie odezwie się w jego głowie w najmniej odpowiednim momencie. Pochodnie zapaliły się efektownie, gdy, w niemal całkowitej już ciemności, dotarł prawie do samego tronu. Szedł tą droga tyle razy, że nikt nie musiał mu mówić, w jakim miejscu się znajduje. Wzrok skierował na posadzkę. I bez patrzenia przed siebie doskonale widział w swojej głowie zaskoczoną Morganę.

To wszystko było przecież bez znaczenia, naprawdę. Bez znaczenia było, że to najpotężniejsza wiedźma na ziemi. Nie miało znaczenia to, że była prorokinią. Jakże śmieszny wydawał się rycerz, który opisał jej przybysza. To nie mógł być Merlin. Ten mężczyzna w niebieskiej koszuli i brązowej, skórzanej kurtce nie mógł być Merlinem. Człowiek, który wszedł do zamku jak do siebie, wręcz zmuszając ją do przybycia tutaj, nie mógł nim być. To wszystko przecież… było kompletnie bez znaczenia. To niemożliwe.

A jednak, pomyślał mściwie Merlin. Bez względu na plany, wiedźma nadal nie była jego sprzymierzeńcem. Wyjście jej pewności naprzeciw zawsze było satysfakcjonujące.

– Merlin? – ton jej głosu utracił twardą barwę, ale tak naprawdę nie stracił na sile.

Mężczyzna uniósł wzrok.

Morgana miała na sobie swoją czarną jak pochmurna noc, koronkową suknię. Ciemne loki, przewiązane w pośpiechu kilkoma rzemykami, opadały na jej ramiona w nieładzie. Zaskoczenie już znikło z jej zmęczonej twarzy. Tak, zmęczonej. Merlin domyślał się, że w obecnej sytuacji nie spała zbyt wiele. Cienie pod oczami nie były jednak aż tak widoczne, zwłaszcza, kiedy Morgana uśmiechała się promiennie, jak teraz. Myśli, że ma cię w garści. Dawny Merlin widocznie postanowił się odizolować i zwracać się do niego w drugiej osobie. To było nawet zaletą. Myśli dawnego Merlina nie zaprzątał misterny plan ani zwątpienie w Artura, może dlatego, że on sam był właśnie myślą… Dopiero po chwili Merlin dostrzegł stojącego po prawej stronie tronu umięśnionego, czarnoskórego wojownika w bogatej, ale skórzanej zbroi. Mężczyzna miał pewny siebie wyraz twarzy, trochę zbyt dumny. Stał oczywiście na drodze, ale w tym momencie nie miał już dla Merlina żadnego znaczenia. Żaden wojownik mu nie przeszkodzi, to rzecz, której mógł być pewien.

– Morgano – Merlin opadł przed nią na jedno kolano, jak rycerz podczas pasowania, i szybko wstał.

Kolejny błysk zaskoczenia. Cóż, Merlin był prawdopodobnie ostatnią osobą, która miałaby się przed nią pokłonić dobrowolnie, wliczając samego Artura. Jakkolwiek oddalili się od siebie już dawno temu, Morgana bardzo dobrze znała jego hierarchię wartości. Przynajmniej taką, jaką wyznawał wtedy. Nie nazwał jej jednak królową, co było dość proste do zinterpretowania.

– Więcej szacunku, psie! – wycharczał ciemnoskóry mężczyzna, prawdopodobnie przywódca pomagających Morganie Południowców. – Wchodzisz tu jak do siebie i mówisz do swojej królowej!

– Nie bądź niegrzeczny, Heliosie. Merlin rozmawia ze mną, nie z tobą – powiedziała Morgana, odzyskując rezon.

– Masz rację… Heliosie. Wszedłem do siebie i rozmawiam ze swoją królową – słowo „swoją” zaakceptował w taki sposób, jakby wiedźma rzeczywiście była jego własnością, chociaż jego twarz pozostała spokojna i skupiona.

Morgana zadrżała. Dobrze. Helios wręcz zagotował się ze złości. Widocznie łatwo się denerwował. Gdyby nie jego karnacja, pewnie by poczerwieniał. Teraz jednak tylko wysyczał coś szeptem, zatrzymywany przez niemy nakaz Morgany. Kobieta odetchnęła głęboko. Merlin niemal czuł zawrotny bieg myśli w jej głowie.

– Zostaw nas samych – rzekła cicho.

Oczywiście, nakaz skierowany był do Heliosa. Wojownik spojrzał na nią z zaskoczeniem.

– Nie oddalaj mnie, pani. Najpewniej znasz tego człowieka, ale nie wyraża on odpowiedniego szacunku w stosunku do ciebie. Chętnie nauczę go odpowiedniego zachowania. Poza tym, nie powinnaś zostawać z nim sama, ten Merlin dotarł aż tutaj, zostawiając za sobą omdlałych rycerzy…

– Czy ty mi właśnie wydałeś rozkaz? – jej głos był stanowczo zbyt cichy. Niebezpieczny. Obiecujący.

Merlin przeniósł ciężar ciała na druga nogę, miał ochotę odchrząknąć. Z pewnością oblizał wargi, kiedy pozbywał się go ze swojej głowy.

– Nie, oczywiście, że nie, pani. Wybacz, jeśli to tak zabrzmiało – starał się wyglądać pewnie, w końcu miał pod sobą armię wojowników.

Nie był jednak dość silny. Stracił siłę, poddając się urokowi Morgany. Pozostał mu teraz tylko strach i nadzieja na użyteczność. W kręgach, w jakich zdecydował się żyć, nieużytecznych się wyrzuca.

Merlin uśmiechnął się lekko. W żadnym wypadku wesoło, po prostu z satysfakcji. Wiedźma potrafiła doskonale interpretować ludzkie emocje.

– Skoro tak, nie widzę powodu, dla którego miałbyś nie wykonać mojego polecenia – spojrzała na niego z ironicznym uśmiechem. – Wynoś się.

Mężczyzna z desperacją starał się zachować pewność siebie. Spojrzał na Merlina z pewna dozą wyższości i odwrócił się w stronę bocznych drzwi. Czarownik wytrzymał spojrzenie i przeniósł wzrok na Morganę. Wyglądała na zaciekawioną.

– Nie jesteś tym, kim byłeś. Ani tym, kogo udawałeś – wiedźma rozsiadła się wygodnie na tronie, skupiona na odgłosach kroków Heliosa.

– Zaskoczona? – spojrzał na nią intensywnie.

– Jeszcze nie.

Bardzo intensywnie. Morgana nie odwróciła wzroku. Każda inna kobieta stopniałaby jak lód, opadła przed nim na kolana. Cóż, ona wyglądała na poruszoną. Na to liczył.

– Zaskocz mnie.

CDN

Morgause de Saint

Powrót „Jeżycjady”

Najczęściej nie lubię serii, które ciągną się latami i mają po kilkanaście tomów. Czytam je głównie z sympatii dla pierwszych części (bo kolejne stają się one z biegiem czasu coraz słabsze) i żyję nadzieją, że autor niedługo zakończy serię z godnością. Istnieje jednak jeden wyjątek – „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz, której dwudziesta już część została wydana w pierwszym tygodniu listopada. I którą oczywiście musiałam mieć już parę dni po premierze.

Muszę przyznać, że podchodziłam do „Wnuczki do orzechów” z pewnym lękiem. Wszystko przez „McDusię”, część wcześniejszą, która niezbyt mi się podobała. Całe złe wrażenie zostało jednak zatarte. Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Dorota Rumianek, ktoś, kto wcześniej w serii się nie pojawił. Dziewczyna mieszka we wsi pod Poznaniem, chce studiować medycynę i posiada takie umiejętności, jak powożenie bryczką (również na stojąco!). Właśnie podczas tego ostatniego zajęcia, znajduje w lecie nieprzytomną Idę Pałys, osobę doskonale znaną wielbicielom „Jeżycjady”. Dzięki temu znajdujemy nawiązania do poprzednich części, które uwielbiam. W tle pojawiają się bohaterowie wcześniejszych tomów, dzięki czemu wiadomo, jakie są ich dalsze losy.

„Jeżycjada” opuściła Poznań i przeniosła się na chwilę na wieś. Nie straciła przy tym na realizmie, przeciwnie – wszystko opisane jest tak dokładnie, że czytelnik może sobie wyobrazić otoczenie, w którym przebywają bohaterowie. Nie są to jednak nużące opisy prosto z „Nad Niemnem”, informacje podane są lekkim językiem, który sprawia, że powieść bardzo szybko się czyta. Ja zrobiłam to przez tydzień 3 razy – raz jak najszybciej (żeby dowiedzieć się, co jest dalej), potem uważnie (zwracając uwagę na wszystkie szczegóły, rozkoszując się treścią) a na koniec powróciłam do kilku moich ulubionych fragmentów (a jest ich dość sporo!).

Książka nie jest gruba (265 stron), a poza treścią ma jeszcze jedną, ogromną zaletę – ilustracje, których autorką jest sama Małgorzata Musierowicz. Dzięki temu wiemy, jak wyglądają bohaterowie, jak się zmienili od czasu ostatniego spotkania z nimi. W przygotowaniu jest też dwudziesta pierwsza część „Jeżycjady” – „Feblik”. Czekam na niego z niecierpliwością. Oby bardziej przypominał „Wnuczkę do orzechów” niż demoniczną „McDusię”.

Ita Jarzembowska

„Tak naprawdę cała ta Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma ani takiego kraju, ani takich ludzi.” (Oscar Wilde), czyli za co kochamy Japonię? Część II


Przed Wami kolejna garść faktów o tym niezwykłym kraju. W moim poprzednim artykule pisałam już o niezrozumiałej grzeczności Japończyków, która czasami jest zapominana, jak np. w sklepie, ale także jeśli chodzi o pieniądze. Zarabiać można na wiele sposobów, a najłatwiej jest wtedy, gdy wykorzystuje się trudną sytuację w jakiej znalazła się inna osoba. Szpitale w Japonii funkcjonują naprawdę bardzo specyficznie. Czynne są mniej więcej od godziny 9:00 do 18:00, często pomijając weekendy. Na dodatek zazwyczaj są przepełnione i (kto by się spodziewał?) pacjent musi grzecznie czekać na swoją kolej w poczekalni. Jednakże jeśli potrzebujesz pomocy lekarskiej w nagłym wypadku, zapewne stało się to z Twojej winy, ponieważ Japonia ma najmniejszy odsetek zabójstw na całym świecie, lecz zarazem najwyższy samobójstw, a ulubionym miejscem nieszczęśników, którzy postanowili pożegnać się z życiem stał się las Aokigahara.

Jeśli interesują Was ceny to mogę powiedzieć, że w Polsce wcale nie mamy najgorzej. W Japonii chleb kosztuje bowiem 194 jeny (6,5 zł), a melon aż 31 tysięcy jenów (900 zł). Zastanawiacie się pewnie jak wiążą koniec z końcem? Statystyczny Sato (odpowiednik naszego Kowalskiego) zarabia 252 tysiące jenów miesięcznie (8 500 zł).

Kolejną sprawą, która mnie od dawna interesowała, a o nie umiałam jej zrozumieć to podwyższenia w domach. Otóż mogą one mieć ok. 15 cm na wejściu do mieszkania i ok. 5 cm przed poszczególnymi pokojami. Pierwsze oznacza, że w tym miejscu należy zmienić buty na kapcie, a drugie, że w tym pomieszczeniu nie wolno przebywać nawet w kapciach i trzeba je ściągnąć.

Na koniec chciałam zachęcić Was także do zainteresowania się japońskimi bajkami. (już widzę jak zirytowani otaku, którzy zapewne stanowią większość czytelników tego działu, myślą sobie, zaciskając pięści „Anime to nie bajki!”. Spokojnie, nie chodzi mi o Anime, a o najprawdziwsze bajki, lub bardziej baśnie). Po raz pierwszy spotkałam się z nimi na tej stronie http://www.jippon.pl/japonia/bajki-japonskie/index.html. Moją ulubioną jest zdecydowanie „Opowieść o herbaciarzu”, jednakże zachęcam Was serdecznie do zaznajomienia się z każdą, a jeśli to uczynicie i zrozumiecie zakończenie „Opowieści o rybaku” – proszę pomóżcie mi i wytłumaczcie w komentarzu.

Karolina Nosek

„(500) Days of Summer”

Tym razem będzie nieco słodziej. Każdy z nas ma kolekcję filmów, które może oglądać bez końca. Jedną z produkcji, które z pewnością mogę polecić jest „(500) Days o Summer” lub jak kto woli – „500 dni miłości”.

Film jest subiektywną opowieścią załamanego Toma, który właśnie został porzucony przez miłość swojego życia. To, że jest niepoprawnym romantykiem wcale nie pomaga mu się otrząsnąć. Przypomina sobie wszystkie 500 dni spędzone z Summer, aby odkryć, co poszło nie tak. Ich relacja jest potwierdzeniem stwierdzenia, iż „przeciwieństwa się przyciągają”. Chociaż dzielą ze sobą miłość do muzyki, zdecydowanie więcej ich różni, niż łączy. Platonicznie zakochany Tom wierzy istnienie zaginionej drugiej połówki i inne miłosnego mity. Podejście Summer do relacji damsko-męskich jest diametralnie odmienne – nie czeka na wielkie uczucia, a w  związkach preferuje raczej niezobowiązujące relacje. Chce żyć chwilą, cieszyć się dniem, carpe diem etc. Bohaterowie pochodzą z zupełnie innych planet – on z Wenus, ona z Marsa. Z zewnątrz: uroczy obrazek (wygląd nastolatków, ciemne włosy, wielkie oczy), jednak Summer oprócz uroku osobistego ma również twarde zasady, którym Tom niekoniecznie chce się podporządkować.

Para jak z bajki, opowieść iście realna.

Film jest łamaczem stereotypu hollywoodz’kiej komedii romantycznej. Zawiera w sobie elementy dramatycznie i urocze, łzawe i bezlitosne. Po pewnym czasie nie wiadomo, czy płacze się ze śmiechu, czy wzruszenia.

Osobiście jestem w nim zakochana.

Uświadomiłem sobie, że po co robić coś tak nietrwałego jak budynki, gdy można pisać życzenia, które przetrwają wieczność.”

 

Zuza Buchwald

https://www.youtube.com/watch?v=PsD0NpFSADM

500 days

Wybory, wybory, wybory!

 Demokracja jest niesamowitym ustrojem: władza należy do narodu, nie ma tyranii, najważniejsze decyzje podejmują za wszystkich ludzi wybrani w wolnych, bezpośrednich, równych, powszechnych wyborach, które odbywają się w głosowaniu tajnym. Podpisuję się pod tym z całą świadomością, zgadzam się na monarchię tylko odbierzcie tę obrzydliwą kampanię wyborczą! Przeżywałam okropne męczarnie przez cały listopad, będąc zmuszona, idąc miastem, oglądać uśmiechnięte (czasami zamyślone, aby wyglądać inteligentniej) twarze ludzi, którzy, jak tylko mogli, obiecywali mi, że zadbają o moje dobro i są moim głosem. Moim? Nawet mnie nie kojarzą. Gdy ten koszmar się wreszcie skończył (przypominam: w ubiegłą niedzielę, 16 listopada, odbyły się wybory samorządowe) to samo ma zacząć się w naszej szkole. Najwyższy czas wybrać przewodniczącego szkoły: głos wszystkich uczniów, łącznika z nauczycielami, organizatora szkolnych wydarzeń, naszego reprezentanta.

Continue reading

Co myślisz o …?

Rysunek, jak wiadomo jest formą potrzebną, używaną i znaną powszechnie we wszystkich kręgach kulturowych. Otaczają nas rozliczne obrazy, obrazki, bazgrołki, graffiti, plakaty i inne pomysłowe formy sztuki plastycznej. Od najmłodszych lat, już w przedszkolu, panie przedszkolanki wciskają nam w dłonie kolorowe kredki….

W związku z tym nie mam zbytniej ochoty pisać artykułów o rysowaniu ani o anegdotkach dotyczących rysunków. Można za to napisać o czekoladzie! Czekolada jest pyszna i kaloryczna, służy jako afrodyzjak i generalnie to cudowny wynalazek cywilizacji, dlaczego więc nie poznajemy poematów jej poświęconych? Dlaczego nie analizujemy składu chemicznego i nie robimy jej na lekcjach chemii? Ani nie zastanawiamy się, jaki jest jej wpływ na organizm ludzki? Oczywiście, możecie powiedzieć : „Ależ, Mayu, potrzebujemy lekarzy, naukowców, poważnych profesorów analizujących poważne poezje, matematyków, fizyków i uczciwych pracowników! Poza tym, nie wszyscy lubią czekoladę. ‘’ Jednak takie słowa nie przekonują mnie wcale… Przyszłość też potrzebuje innych smaków poza szarzyzną dnia codziennego.

Zostawmy jednak czekoladę, Tęczę Dnia Codziennego, Królową deserów, Panią popołudni, poranków i nocy, Imperatorową strapionych umysłów, Cesarzową słodyczy, do konsumpcji ( i mam tu także, a może przede wszystkim, przyszłych lekarzy, naukowców, poważnych profesorów, matematyków, fizyków i uczciwych pracowników). Na zdrowie! Kontynuując, jeśli badanie czekolady poważnym ludziom nie przystoi, co powiecie na odrobinę szaleństwa? I nie mam tu na myśli bomby kalorycznej, ale robię reklamę Obłąkanym( tzn., spotkaniom Tylko dla Obłąkanych). Uczniowie jedynki, jesteście albo pozbawieni odrobiny nawet zdrowego szaleństwa, albo nie lubicie różowego koloru. Nie chcę wierzyć w pierwszy powód, a co do drugiego, to teraz będzie zielony i możecie przyjść, nie obawiając się inwazji różowych kosmitów.

Nadchodzi Halloween, a wraz z wzmożony ruch między entuzjastami a przeciwnikami tego święta. Życzę szczęścia i pokoju zarówno jednym, i drugim, aczkolwiek wolę udawać zombie i jeść cukierki niż brać udział w Marszu Wszystkich Świętych. Halloween jest jednak momentem, gdy nasz i inny świat są sobie najbliższe, niemal połączone( a przynajmniej tak powiedzieli druidowie), więc uważajcie na siebie, jeśli chcecie wywoływać duchy lub palić świece. Równie groźne mogą być też długie stanie na zimnie i duże ilości cukierków. Jeśli wierzyć tabliczkom porozwieszanym w pociągu, to także rozmowy z nieznajomymi oraz spuszczanie z oka swojego bagażu. Tak samo, jak przyjmowanie od nieznajomych jedzenia, szczególnie słodyczy! Groźne są sekty, sprzedani mafii policjanci, sama mafia, a więc również wychodzenie po zmroku na dwór, żule, obce psy…. A przecież istnieją jeszcze takie niebezpieczeństwa, jak choroby przenoszone przez koty i kleszcze, wąskie pobocza, złośliwe plotki, bójki uliczne, demonstracje, zachłanni politycy, nieuczciwi pracodawcy, używki! Uważajcie na siebie, kochani…. Świat jest taki groźny…. Nie dajcie się skrzywdzić.

Mayu Kwiatko