„Clannad”, a właściwie ‚Clannad after story”

Jeśli miałeś kontakt z kilkoma anime zapewne zauważyłeś(aś) pewien czynnik wspólny. Fabuła często prezentuje się następująco: jest chłopak, który jest największym idiotą na świecie, często nawet nieprzystojny, w którym kochają się wszystkie żeńskie postacie. Seria kończy się, albo tym, że wybiera jedną z nich (tę najgorszą), albo tym, że odkrywa, iż jest gejem i wybiera mężczyznę. Obejrzenie kilkunastu animacji tego typu sprawia, że stają się nudne i z czasem zaczynają się mylić. Dziś kilka słów o jednym z tych niewielu wyróżniających się.

Continue reading

Bajka dla trochę starszych dzieci

,,Dziecię o licu radosnym

I rozmarzonych oczętach,

Nie myśl o czasie bezlitosnym,

Co pogania niebożęta.

Ta baśń ukojeniem będzie

Dla ciebie zawsze i wszędzie”

Umarłam. Nie było to przykre, przeciwnie.

Dryfowałam w pustej przestrzeni, ani zimnej, ani ciepłej. Nie było tam ani ciemno, ani jasno. Pomimo iż nie było tam niczego, nie była też to nicość. Byłam sama, ale nie czułam z tego powodu samotności. Czas stanął; nie było przeszłości ani przeszłości, jedynie wszechogarniające teraz. Nie słyszałam muzyki, ale nagle czułam ją, szybką muzykę, rytmiczną i wołającą do tańca, dziką i pierwotną. Dryfowanie stało się nerwowe, zrywne, jak gdybym próbowała wpasować się w rytm tej dziwnej melodii. Zobaczyłam zająca, równie nerwowego jak dryfowanie, dużego, czarnego zająca z białą łatą na oku, skaczącego po tej osobliwej przestrzeni. Ciekawe, czy też czuł muzykę? Poszłam za nim.

,, Nie znam twej słonecznej twarzy,

Nie znam brzmienia twego śmiechu.

Wspomnieć mnie ci się nie zdarzy

W codziennym twoim pośpiechu.

Ale wsłuchaj się w te słowa,

To dla ciebie bajka nowa.”

Zając, a może królik. Kto wie? Machał do mnie, swoją czarną, pazurzastą łapką. Zrozumiałam nagle, że mam za nim iść! Skoczył, a ja wraz z nim, i po drugiej stronie wylądowałam już na nogach, pozbawiona umiejętności dryfowania. Króliko-zając zniknął, czas wrócił razem z przestrzenią i zmysłami. Rozejrzałam się więc dookoła. Szkoła, podstawówka? Dzieci może ośmioletnie, w ławkach, siedziały pochylone nad podręcznikami. Nauczycielka, przed nią uczeń. Krzyk, poniżenie. Czułam jego złość, jego strach, pragnienie zemsty. Był taki mały, a już potrafił nienawidzić. Skoczyłam w okno, opuściłam się dalej.

,, Działo się to w dawnych czasach,

Gdy słońce świeciło jasno,

A nasze wiosła w żywych pluskach

Wygrywały melodię przeaśną.

Pamiętamy jeszcze jej echo

I jest ona nam pociechą”

Trzask migawki aparatu, dziewczynka upozowana na szelzongu. Pożądliwe spojrzenie fotografa. Spojrzałam sobie w oczy, zmieniły kolor. Nie, tutaj nie było dobrze, chciałam skoczyć, lustro otworzyło się przede mną i skoczyłam, nie martwiąc się, że ciągnę ze sobą ciało tej dziewczynki. Chyba skoczyło razem ze mną, bo opuszczając ten wymiar, usłyszałam jeszcze trzask szkła i odległy, cichnący jęk bólu.

,,Choć straszny głos zazdrosnych lat

Chce przepędzić pamięć miłą,

Każe smutnej pannie iść spać

Do łoża, co straszy mogiłą.

Lecz my jesteśmy jak dzieci,

Którym się o nocy bredzi.”

Modrzew machał smutnymi, pustymi gałęziami, ponad śnieżnym polem roznosił się szloch i krzyki. Mężczyzna, to mężczyzna szlochał, nad skulonym, drobnym ciałem. Kobiety czy dziecka? Gęsta ciżba otaczała go, ponure męskie twarze i zaciekłe kobiet. Widły i postawione na sztorc kosy, kilka pochodni. Stało się coś złego. Mężczyzna dalej szlochał, potrząsał drobnym ciałem.

– Zabiłeś ją. – powiedział głośno, ciężkim, niskim głosem ktoś z ciżby. Szloch nasilił się, przeszedł w wycie. On nie chciał, on nie wiedział, on nie widział, on nie jest zły, on nie jest złem…. Porwał go tłum, wkrótce krzyk ucichł, a morderca wił się ostatkiem sił na linie zwisającej z suchej gałęzi. Patrzyłam w jego gasnące oczy, a potem zanurkowałam w nie, i już wiedziałam, że to on ją zabił. Małą dziewczynkę, która po prostu lubiła bawić się z kotkami… Wyskoczyłam, i wymiotowałam pod jego zwłokami. Skoczyłam, to też był zły świat.

,, Trzaskający mróz i śnieżyca

Przy rdzawym świetle kominka

Mogą nas tylko zachwycać,

Gdy się miłe chwile wspomina.

Gniazdko dziecięcej radości,

Pozwól nam jej znów zagościć.

I chociaż cień westchnienia

Czasem zadrży w opowieści,

Nie zabraknie nam natchnienia,

Aby szczęście w niej pomieścić

Wraz z letniego słońca blaskiem.”

Umarłam. To nie było złe, ani trochę.

Dryfowałam.

A potem otworzyłam oczy i zaczęłam śnić o dobrym świecie.

Mayu Kwiatko; Wszystkie cytaty: Lewis Carrol Alicja po drugiej stronie lustra, tłum. M. Machay

O chwale ziemskiej i smoku wawelskim

Mówią, że nie ma to jak zbudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna, kto wie, w jakiej kolejności. Powinność mężczyzny z krwi i kości, obowiązek historyczny gwarantujący żonce i dzieciom nie dość, że dach nad głową, to jeszcze opał na niespodziewanie ciężką zimę! Nie można zapomnieć też o przedłużeniu rodu i zachowaniu nazwiska patriarchy, zapewnieniu sobie kogoś, kto nawet pomimo zgrzytania zębami zaopiekuje się starym ojcem i zapewni mu szczęśliwy żywot staruszka otoczonego wnuczętami. Myślę jednak, że nasze czasy sprawiają nieco trudności honorowym mężczyzną, pragnącym uczynić za dość tradycji. Budowa domu – oczywiście, ale którz to widział się tak męczyć, skoro ekipę można wynająć, dom przecież nowoczesny musi być! Możesz też nie mieć tyle szczęścia i po męczącej pracy wracać do mieszkania na czwartym piętrze, myśląc tylko o odpoczynku. Spłodzić syna – bez problemów, ale co jeśli żonę akurat głowa boli? Na szczęście wszystkim kobietom w końcu przechodzi ból głowy, gorzej z tym, że po trzeciej córce nie czeka się z takim utęsknieniem na kolejne małe, krzyczące niemowlę, w końcu dziewczyny też mają co nieco w głowie i mogą z powodzeniem zająć się rodzinną firmą. Jednakże, najwięcej problemów przychodzi razem z próbami posadzenia drzewa. Możesz próbować zasadzić je w donicy na balkonie, albo na podwórku, jeśli akurat takie posiadasz, ale jaka to męczarnia! Po dziesiątym odmawiającym współpracy żołędziu, który najwyraźniej nie ma fantazji zastania dębem, nawet obdarzeni anielską cierpliwością mężczyźni zaczynają przeklinać…

Może więc zamiast budować rodzinę i przytulne gniazdo rodu, wcielić się w postać szlachetnego wojownika, nieustraszenie walczącego ze złem? Banał! Księżniczki czekają na ratunek, złe typki przemykają ciemnymi ulicami, zagrażając porządnym obywatelom. I tutaj jeszcze więcej rozczarować czeka na was, mili panowie. Nagle okazuje się, że księżniczka dziwnym trafem wcale nie chce być uratowana z łap tego ogra, swojego chłopaka, a na dodatek upija się co weekend, pali i przeklina, a jej maniery wcale nie przypominają tych dworskich i wyszukanych. Nie mówiąc już o tym, że wcale nie ma ochoty, abyś był jej rycerzem. Co do złych typków, owszem, przemykają się ulicami po zmroku, ale w bandach liczących sobie całkiem sporą liczbę kiji bejsbolowych… I starcia z nimi nie naprawią świata, a jednie nadszarpną zdrowie cnego rycerza.

I państwo dziwcie się, że fantastyka cieszy się taką popularnością?

Mayu Kwiatko

Książkowe wyzwanie

Zwyczajem noworocznym jest robienie postanowień. Nie omija to oczywiście miłośników książek, którzy stawiają przed sobą coraz to nowe, mniej lub bardziej ambitne cele (nie muszę podkreślać, do której grupy należy np. „Przeczytaj tyle książek, ile masz wzrostu”).

Jedno z takich postanowień obiegło ostatnio cały Internet. Książkowe wyzwanie 2015 pochodzi z bloga www.amelinowa.blogspot.com i zainteresowało wielu czytelników. Powstało już nawet wydarzenie na facebook’u z nim związane. A o co w nim tak naprawdę chodzi?

Sama autorka pisze na swoim blogu, że to wyzwanie to rodzaj planu, który ma jej pomóc w zorganizowaniu się. Jej problem wyglądał następująco: górka nieprzeczytanych książek i pytanie „Za co się zabrać najpierw?”. Lista to dla niej swego rodzaju przewodnik. Dla mnie, jest czymś innym – właśnie wyzwaniem. Nie sądzę, żeby było łatwo znaleźć powieść epistolarną (chociaż opisywałam już tu książkę, która mogłaby podchodzić pod tą kategorię) czy taką, której autor ma takie same inicjały, jak ja. Zastanawiam się, czy na listę mogą trafić tylko książki wcześniej nie przeczytane. Uwielbiam wracać do niektórych powieści, więc chyba uznam, że niekoniecznie 🙂

Mam nadzieję, że akurat to postanowienie, będzie u wielu tym zrealizowanym. Ja zamierzam się za nie poważnie zabrać. Jeden punkt („Ma więcej niż 100 lat”) mam już zrealizowany!

ksiązkiIta Jarzembowska

Matematyka w obiektywie

Bywają konkursy matematyczne, na których nie trzeba liczyć i rozwiązywać zadań. Wystarczy tylko spojrzeć na matematykę oczyma wyobraźni.
W tym roku odbyła się V edycja  Międzynarodowego Konkursu Fotograficznego „MATEMATYKA W OBIEKTYWIE”, pod patronatem Uniwersytetu Szczecińskiego.  Celem konkursu jest zainteresowanie uczestników różnymi obliczami Królowej Nauk.
Tegoroczna edycja cieszyła się dużą popularnością, ponieważ nadesłano ponad 4600 prac z całego świata. Mimo, że dla mnie konkurs zakończył się bez większych sukcesów, chciałabym (chociaż w części) podzielić się z Wami moim zgłoszeniem.

 

„WODNA SINUSOIDA”

Wodna sinusoida

„Zdjęcie zostało wykonane w Ogrodzie Zoologicznym we Wrocławiu. Dla zwykłych śmiertelników, na pierwszy rzut oka, fotografia przedstawia szarą fokę. Dla biologa jest to kotik afrykański, pływający w H2O. Natomiast dla nas, pasjonatów matematyki, piękny (i żywy!) wykres funkcji sinus, o okresie podstawowym 2π!! Wystarczył ułamek sekundy, dobry refleks i jedno kliknięcie, aby zdobyć kolejny dowód na obecność matematyki w otaczającym nas świecie. Kto by pomyślał, że tor ruchu zwierząt jest wzorowany na funkcjach trygonometrycznych? Czy to nie intrygujące? Dla foki jest to naturalny  sposób poruszania się (czyt. Prawdziwa matematyka życia!). Bardzo często mówimy, że coś zmienia się sinusoidalnie. Nie bójmy się także sinusoidy zobaczyć…”

 

„KING’ S PARABOLE”

King's Parabole

„King’s College Chapel to obowiązkowy punkt program wizyty w Cambridge. Zapierająca dech w piersiach architektura to wspaniały projekt, trwający blisko 100 lat. Inicjatorem budowy kaplicy kolegialnej był król Henryk VI, która została zakończona przez Henryka VIII. Dzięki nim, możemy dziś podziwiać imponujący sufit, zawieszony 24 metry nad ziemią! Cała konstrukcja opiera się na łuku parabolicznym. Dzięki temu, że parabola jest zbiorem punktów równoodległych od prostej i punktu, budowla jest stabilna. Dlatego też krzywa stożkowa została doceniona szczególnie w okresie gotyku angielskiego. Nic więc dziwnego, że kaplica King’s College jest jedną w wizytówek Cambridge. W końcu tytuł „największego na świecie sklepienia wachlarzowego” zobowiązuje.”

 

„ASYMPTOTA PIONOWA”

Asymptota pionowa

„Podwójna zagadka: Swoją długą, cętkowaną szyją, przypomina przerywaną linię, którą rysujemy na układzie współrzędnych. Giętkim językiem chce sięgać coraz dalej, coraz wyżej, jak prosta dążąca do nieskończoności. PODPOWIEDŹ: żyrafa pionowa, asymptota siatkowana. Czy znasz już odpowiedź?”

 

 

 

 

 

 

 

 

„OKRĘGI CZASU”

Okręgi czasu

„Czas to jedna z najbardziej wymykających się człowiekowi rzeczy. Nie można go cofnąć, zatrzymać, przyspieszyć ani złapać. Aby poczuć się bezpieczniej postanowiliśmy go przynajmniej kontrolować, co stało się impulsem do wynalezienia zegara. Dziś ze względu na metodę pomiaru, mamy różne rodzaje zegarów: słoneczne, wodne, piaskowe, mechaniczne, elektroniczne, tarczowe, diodowe i wiele innych. Ale czy to nie zadziwiające, że większość z nich ma tarczę w kształcie koła lub okręgu? Oczywiście, że nie, bo przecież koło to figura idealna! Praski zegar astronomiczny w niczym nie odstaje od innych. Co więcej, ten średniowieczny praski orloj podziwiają turyści z całego świata. Dlatego powinniśmy być dumni, bo po raz kolejny matematyka znalazła swoje zastosowanie na tak dużą skalę!”

 

„180°”

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

„Jeśli nie jesteś wielkim fanem geometrii, powinieneś wybrać się na spacer po Łazienkach Królewskich w Warszawie. Może zmienisz swoje zdanie, gdy zobaczysz tam „żywą geometrię euklidesową”. A wszystko to za sprawą pawia indyjskiego, który rozkłada swój barwny tren na π radianów! Pawi ogon to najpiękniejszy kąt półpełny, jaki w życiu widziałam… P.S. Koniecznie szukaj samca.”

 

 

 

 

 

Konkurs był fantastyczną przygodą, która zostawia pamiątkę na całe życie. Warto było wziąć udział, gdyż każde takie wydarzenie sprawia, że wychodzimy z niego bogatsi o nowe doświadczenia. Zmieniła się przede wszystkim perspektywa patrzenia na świat. Teraz można zobaczyć „więcej”. I tego Wam życzę.
Rozejrzyjcie się wokół siebie i spróbujcie dostrzec matematykę! Dajcie znać, jak Wam idzie! 🙂

 

P.S. Zostawiam Was z problemem „kajdanek”i  jednocześnie zajawką następnego artykułu!

za

źródło: „I Ty zostaniesz matematykiem” David Wells

 

 

 

Czy jest możliwe uwolnienie jednej z pętli elastycznej bryły, jaką są „kajdanki”?
Odpowiedź uzasadnij.

 

 

„Energią napędową inwencji matematycznej nie jest rozumowanie, ale wyobraźnia.”

Agustus de Morgan

Justyna Merta

Tajemnice liczby π

Nie ma nieciekawych liczb. Jednak na liście faworytów plasują się zazwyczaj wciąż te same : π, e oraz i. Najsławniejszą z nich jest zdecydowanie π – bohaterka dzisiejszego artykułu.

Na początek ustalmy, czym jest właściwie liczba π . (Chyba nikt z Was nie pomyślał o 3,14?)
Wartość liczbowa π  to 3,14159…, ale taka informacja niewiele wnosi. π  to stosunek obwodu koła do jego średnicy. Jest to zawsze ta sama liczba dla każdego koła, niezależnie od jego wielkości.
Oznaczenie symbolu π (greckiej litery, prawdopodobnie skrótu od słowa „obwód”) wprowadził William Jones dopiero w 1706 roku, a spopularyzował Leonhard Euler w swoich pracach.

Najstarsze przybliżenia π ustalili Babilończycy (3,125) i Egipcjanie (3,160). Natomiast do błyskotliwego sposobu uchwycenia liczby π (metody aproksymacji) doszedł człowiek, który wziął najsłynniejszą kąpiel na świecie, czyli Archimedes.

750px-Archimedes_pi.svgŹródło: wikipedia.pl

 

 

 

 

Archimedes narysował najpierw koło, a następnie skonstruował 2 sześciokąty- jeden dopasowany do wewnątrz koła, a drugi na zewnątrz. Niech średnica koła wynosi 1. Wówczas połowa obwodu sześciokąta wewnętrznego wynosi 3. Wielkość ta jest mniejsza od połowy obwodu koła, równej π, która z kolei jest mniejsza od połowy obwodu sześciokąta zewnętrznego, czyli 2V3 (sprawdź to!). Takie szacowanie umiejscawia nam π w przedziale 3 a 3,46.
Archimedes zaczął od sześciokąta i konsekwentnie zwiększał liczbę boków do 12, 24, 48, by zakończyć na 96. Pozwoliło mu udowodnić, że:

Bez tytułu

 

 

 

 

Przekłada się to na 3,14084 <π  < 3,14289, co daje dokładność do 2 miejsc po przecinku.
Urok przedstawionego tu obliczenia polega na rachunku nieskończoności. W granicy, gdy liczba boków wielokąta staje się nieskończona, dostajemy coraz dokładniejsze szacowania.
Poszukiwacze π nie mieli jednak zamiaru na tym poprzestać. Ludolph van Ceulen wykorzystał wielokąt o 60∙ 2^69 bokach, by wyznaczyć π  do 20 miejsc po przecinku. Silne pragnienie spowodowało, że później obliczył π do 32, a następnie do 35 cyfr po przecinku, które wyryto na jego nagrobku. W Niemczech liczbę  nazywa się die Ludolphsche Zahl, czyli ludolfiną.
W kolejnych latach rozpoczął się prawdziwy wyścig i bicie rekordów w obliczaniu liczby π. Metodę wielokątów zastąpiono szeregami nieskończonymi, kalkulatorami, metodą Buffona, a później komputerami. Były to spore osiągnięcia, ale zupełnie bezużyteczne. Nie chodziło jednak o zastosowania praktyczne, tylko o samą pogoń za cyframi. Obecny rekord (2011 rok) to ponad 10 bilionów cyfr po przecinku.

Jedno wiemy na pewno. Nigdy nie poznamy wszystkich cyfr. W 1767 roku matematyk Johann Heinrich Lambert udowodnił, że π  jest niewymierne. Nie ma zatem żadnej oczywistej prawidłowości w odkrywaniu kolejnych cyfr liczby π. Pojawiają się one w sposób przesądzony z góry, ale chaotyczny. Niemniej jednak zaobserwowano kilka zaskakujących faktów! Pierwsze 0 pojawia się dopiero na 32. miejscu. Pierwsze 6 powtórzonych kolejno cyfr to 999999 na 762. miejscu po przecinku. Następna szóstkach identycznych cyfr występuje na 193 034. miejscu  i znowu są to dziewiątki. Prawdopodobieństwo takich wystąpienia  przy rozkładzie losowym jest naprawdę bardzo małe.
Mimo wszystko π wydaje się być normalną liczbą. A przynajmniej wskazują na to statystyki, dotyczące pierwszych 200 miliardów cyfr, z których wynika, że każda cyfra pojawia się ze zbliżoną częstością.
Kolejny kamieniem milowym był dowód Ferdinanda von Lindemann o przestępności π . (Liczba przestępna to liczba niewymierna, której nie da się opisać równaniem o skończonej liczbie wyrazów.) Rozstrzygnięto w ten sposób jeden z problemów delijskich. Kwadratura koła polega na skonstruowaniu (przy użyciu wyłącznie  cyrkla i linijki) kwadratu, którego pole jest równe polu danego koła. Z faktu, że  również jest przestępne wynika, że kwadratura koła jest niemożliwa. (Dlaczego?)

Liczba π awansowała do rangi symbolu kulturowego. Dnia 14 marca wiele amerykańskich i polskich szkół obchodzi Dzień Liczby Pi.
Jej rozwinięcie to doskonały materiał ćwiczeniowy z zapamiętywania. Obecny rekord świata należy do 60-letniego Akiry Haraguchiego, który wyrecytował π do 100 000 cyfr po przecinku. Występ trwał 16 godzin i 28 minut i obejmował pięciominutowe przerwy co dwie godziny. Akira posłużył się metodą mnemotechniki, która polega na reprezentowaniu cyfr przez słowa o określonej liczbie liter. Poprzeczkę podniósł Mats Bergsten, który wyrecytował 9778 cyfr, żonglując jednocześnie trzema piłeczkami.
Obecność  można zaobserwować także w literaturze. Nawet nasza noblistka Wisława Szymborska poświęciła jej swój wiersz, zatytułowany „Liczba Pi”. Bardzo popularne są również „pi-ematy”, pisane z formalnym wymogiem , aby liczba liter w słowach odpowiadała cyfrom rozwinięcia dziesiętnego π. Żadna inna liczba nie doczekała się własnego gatunku literackiego!
Liczbę π  zobaczymy także na wielkim ekranie w filmie Darrena Aronofsky’ego- „Pi”.
Co więcej, w Internecie możecie sprawdzić, gdzie w rozwinięciu dziesiętnym liczby π występuje Wasza data urodzin.

Na temat  można by powiedzieć wiele, a jeszcze więcej zostało do odkrycia! Kto wie, może po 10^20 cyfr rzeczywiście są same zera i jedynki?

 

Justyna Merta

STRES – MOJE DRUGIE IMIĘ ?!

 

Jest obecny w twoim życiu,

I nie chowa się w ukryciu.

Odwiedziny jego częste,

Zwykle zwane są „Przeklęte”!

Jest twym stałym gościem, wiesz?

Niczym głodny, leśny zwierz!

Jak myślisz, co to jest?

Tak, zgadłeś. To jest stres!

Na początek kilka słów wstępu…

Stres – w psychologii definiowany jest jako dynamiczna relacja adaptacyjna, pomiędzy możliwościami jednostki, a wymogami sytuacji, charakteryzująca się brakiem równowagi psychicznej i fizycznej. W medycynie jest to natomiast zaburzenie homeostazy spowodowane czynnikiem fizycznym lub psychologicznym.

Dobry stres” kontra „ zły stres”

Wiem, że brzmi to absurdalnie, ale tak, to prawda – istnieje jeden z dwóch rodzajów stresu, który mimo swoich działań (zwykle przy dłuższym czasie trwania uznawanych za niekorzystne), wpływa zdrowotnie na nasz organizm. Określa się go mianem mobilizującego, zwanego również „dobrym stresem”. Prowadzi on jedynie do niewielkiego wzrostu adrenaliny, co wpływa bardzo korzystnie na nasz organizm – dba o prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego i ułatwia koncentrację.

Gorzej prezentuje się już jego druga odmiana – stres przewlekły ( „zły stres” ), będący objawem długotrwałego działania stresu mobilizującego.

Niestety, nie jest on przyjacielem dla naszego zdrowia – jest wrogiem.

To objawy?

Ile razy słyszałeś o stale wzrastającej liczbie ludzi cierpiących m.in. na bezpłodność, wrzody dwunastnicy i żołądka, cukrzycę, otyłość, osteoporozę, choroby serca, nadmierne wypadanie włosów, problemy z cerą, spadek odporności, alkoholizm, czy też ostatnio coraz bardziej popularny bruksizm?

Na pewno wiele razy. Jednak nie zdawałeś sobie zapewne sprawy, że są to właśnie objawy przewlekłego stresu. Co gorsza, moglibyśmy wymienić ich o wiele więcej.

Osobiście zmagam się z jednym z nich, będącym na szczęście w porę wykrytym przez mojego dentystę i możliwym do zwalczenia – bruksizmem. „Na szczęście”, gdyż nie doszło u mnie do żadnego zniszczenia zębów, lecz jedynie lekkiego i niezauważalnego gołym okiem starcia szkliwa. A uwierzcie, zobaczone przeze mnie zdjęcia jamy ustnej osób na to cierpiących, wzbudziły zarówno przerażenie, jak i obrzydzenie.

A co na to wpłynęło? Bardzo wiele stresujących czynników, które nałożyły się na siebie równocześnie i trwały za długo (stres przewlekły), m.in. szkoła, dom, życie prywatne.

Aktualnie w moim przypadku, wystarczy jedynie nakładanie na zęby specjalnego aparatu, kilka ćwiczeń na jamę ustną i niestosowanie past wybielających.

Tak więc macie dowód na to, że stres może być powiązany z różnymi narządami w naszym ciele, nawet zębami!

Co jak co, ale biologia jest jednak nieprzewidywalna!

Jak zwalczyć?

Prawda jest taka, że stresu nie pozbędziemy się nigdy.

Jest natomiast wiele sprawdzonych metod, które w znacznym stopniu pomogą nam go zmniejszyć. Pamiętajmy jednak, że sposoby radzenia sobie z nim każdy człowiek wypracowuje samodzielnie na podstawie swoich wcześniejszych doświadczeń, cech osobowościowych oraz możliwości organizmu. 

Tak więc wystarczy:

~regularnie ćwiczyć (każda forma ruchu się liczy)

~zdrowo się odżywiać

~chwila relaksu

~odpowiednia ilość snu

Wielu z nas wstydzi się jednak podzielić z kimś naszym problemem. Myślimy wtedy, że zostaniemy wyśmiani, czy uznani za mięczaków. Nic bardziej mylnego. Otóż prawda jest taka, że rozmowa jest jedną z najbardziej korzystnych sposobów terapii odstresowującej i należy z niej jak najczęściej korzystać.

Nie wstydźmy się, przecież wszystko jest dla ludzi”

 

Wiktoria Błażejewska

Merlin 2

– Zaskocz mnie.

Dwa magiczne słowa. Słowa, które miały zmienić wszystko. Nowa era. Jedna strona triumfuje, druga przegrywa. Jedna powstaje, druga ugina się pod nią i rozsypuje w pył.

Odszedł król, porzuciła królową korona. Niech żyje król, niech żyje jego królowa.

Merlin nie odwrócił wzroku. Nie padły żadne magiczne słowa. Zadrżały jedynie porzucone puchary, zadrżał ogień pochodni. Zapłonęły oczy.

*

Nie były to oczy Morgany, oczywiście, że nie. To nie ona miała zaskakiwać, miała być zaskoczona. I była, bo ona również nie odwróciła wzroku, więc nie było to trudne. Osoba, która zawsze kryła się w cieniu, która wyglądała tak niepozornie, która wracała do Artura za każdym razem jak obity pies do swego pana. Ta osoba stała przed nią w pełni gotowa, aby zaskoczyć właśnie ją. Nie była już domowym zwierzątkiem, odrzuciła smycz i zmieniła stronę.

Merlin poddający się jej byłby czymś niezwykłym. Czymś, o czym nie marzyła, o czym nie myślała. Czymś, co było po prostu niemożliwe. Gdyby miała wyznać jedną rzecz, której była absolutnie pewna, wśród wielu przewijających się przez jej głowę wybrałaby Merlina. Merlin, on nigdy nie zostawi Artura. Merlin, on nie jest czarownikiem.

Merlin… on najwidoczniej był człowiekiem, którego nie można być pewnym. Oczy zapłonęły.

*

To były oczy Merlina, oczywiście. Zazwyczaj szaroniebieskie i spokojne, czasem roześmiane, czasem wzburzone. Teraz złote.

Krótki okrzyk zaskoczenia, dźwięk miecza opadającego na kamień. Coś wzniosło Heliosa w powietrze i z ogromną siłą rzuciło nim o filar, pozwalając opaść pośrodku sali. Łoskot opadającego na ziemię ciała. I wcale nie było głośno, a strażnicy nie weszli do środka. Wszystko dlatego, że pośrodku sali położony był dywan, a Helios nosił przecież skórzaną zbroję.

Oczy zgasły. Morgana odwróciła wzrok i z powrotem opadła na oparcie tronu, od którego zdążyła się odsunąć. Wyglądała na bijącą się z myślami. Merlin nadal stał przodem do niej, nie zwracając uwagi na jęczącego Heliosa. Tak jak myślał, zwykły wojownik, nieważne jak silny i okrutny, nie jest żadną przeszkodą. Nie dla niego.

– To niemożliwe – odezwała się Morgana, unosząc głowę.

– Wciąż wierzysz, że są takie rzeczy? – Merlin zaśmiał się gorzko, w końcu odwracając wzrok. Już go to nie  bawiło. – Ja wierzyłem, kiedyś. Ale dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Tak samo, jak dla ciebie.

Oczywiście, Merlin nadal patrzył na Morganę. Nie wwiercał się już jednak w jej własne oczy. Nastał czas na rozmowę, skończyła się bitwa na spojrzenia.

– Jedyna rzecz, jakiej byłam pewna – odparła. – Twoja nie-magiczność. Twoja zwykłość i niezwykłość jednocześnie. Przyjechałeś z prowincji, byłeś miły, spokojny i uśmiechnięty, nawiązywałeś przyjaźnie i znalazłeś miejsce na dworze. Idealnie normalny. A potem pomagałeś, ratowałeś, oddawałeś siebie w zamian za Artura i wciąż mi przeszkadzałeś. Idealnie nienormalny.

Merlin prychnął. Zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne jak zdenerwowany był w środku, na zewnątrz wyglądał nienagannie. Idealnie pewny siebie.

– Na świecie nie ma ideałów – stwierdził, kręcąc lekko głową. – Ideały odwagi odczuwają strach, ideały spokoju krzyczą, ideały mądrości czynią głupie rzeczy. Można tak wymieniać w nieskończoność. A tak naprawdę chodzi o to, że można przez całe życie udawać kogoś zwykłego, a być niezwykłym.

– Jak ty.

Postanowił nie odpowiadać, w końcu nie było to pytanie. Morgana przyglądała mu się z uwagą, po chwili jednak zwróciła uwagę na Heliosa, który próbował podnieść się z posadzki. Zmarszczyła nos. Całkiem uroczo.

– Mówiłam, żebyś się wynosił. Co cię zatrzymało?

– Pani… – Helios wstał z wysiłkiem, trzymając się kurczowo kamiennego filaru. – Co uczyniłem, że postanowiłaś mnie ukarać?

– Och, to nie ja – głos Morgany złapał nutkę wesołości. – To nasz gość. Nie spodobał mu się ton, jakim do niego przemówiłeś.

– Nie wiedziałem, że jest twoim gościem, pani.

Morgana już miała odpowiedzieć, ale Merlin stracił cierpliwość. Pomyślał właśnie, że Artur powinien już wyruszyć. Nie było zbyt wiele czasu.

– Och, błagam – warknął, ponownie zaskakując Morganę. Odwrócił się w stronę Heliosa. – Słyszałem, że jesteś władcą. Królem. Popatrz na siebie. Nie jesteś wart swojego i tak nędznego życia. Wynoś się stąd wreszcie, jeśli chcesz je zachować, inaczej zdecyduję za ciebie.

Merlin spodziewał się tego, co się stanie. Miał jednak nadzieję, że Helios zachowa jasny umysł i wraz z resztkami godności wyjdzie z Sali. Zająłby się nim później. Nie byłby przeszkodą. Ale Helios nie widział w nim potęgi, nie dostrzegał mocy. Nie potrafił. Stał przed nim niezbyt umięśniony mężczyzna w mizernym ubraniu, z mieczem nadal przypiętym u pasa. Nie zrozumiał też słów Morgany. Więc uznał za stosowne chronić swojego honoru.

Ostrożnie okrążył Merlina, który nie spuszczał z niego wzroku. Dotarł do swojego miecza i podniósł go gwałtownym ruchem, mierząc w czarownika.

– Teraz zapłacisz za odzywanie się do mnie w ten sposób, sługo.

Merlin tylko pokręcił głową.

– Nie sądzę.

Było jak z Agravainem. Helios go nie docenił. Zamachnął się, tym razem Merlin wyciągnął przed siebie ręce. Ostatnią reakcją Południowca było zaskoczenie. Jego głowa uderzyła w ścianę, ciało osunęło się na ziemię bez życia. Nastała cisza.

Drzwi otwarły się, do środka wbiegło dwóch strażników. Jeśli byli zaskoczeni widokiem martwego przywódcy, nie dali tego po sobie poznać.

– Wszystko w porządku, pani?

– W najlepszym. Zabierzcie go stąd.

Po chwili Heliosa już nie było. Merlin dokładnie obserwował strażników i zamykane za nimi drzwi. Dopiero potem przeniósł wzrok z powrotem na Morganę. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, za to mężczyzna zdawał sobie sprawę, że patrzy na nią jak na ofiarę, jakby był tym złym. Bo rzeczywiście miał się nim przecież stać.

– Zabiłeś mojego sprzymierzeńca – powiedziała cicho.

– Nie powstrzymałaś mnie – odparł Merlin, przechylając głowę i zmieniając wyraz twarzy na zaciekawiony. – A on nie był do końca sprzymierzeńcem, prawda? Bardziej sługą.

– Był świetnym wojownikiem.

– Irytował cię. Królowa nie powinna się otaczać idiotami.

Morgana nie starała się już ukryć zdziwienia i ciekawości. Wyglądała na ucieszoną nowym Merlinem, który wydawał się być po jej stronie.

– Nie sądzisz, że mogłem przybyć jako szpieg? Sądzisz, że chcę zdradzić Artura?

Spojrzała na niego intensywnie swoimi wszystko-wiedzącymi oczyma o niemożliwym do jednoznacznego określenia, zielono-szarym kolorze. W tym momencie rzeczywiście wyglądała na prorokinię, wwiercała się w głąb jego duszy.

– Myślę, że padłbyś przede mną na kolana i skomlał jak pies. Błagałbyś o ochronę, pokazał marna sztuczkę z płomykiem w dłoni i przeklinał Artura za to, że cię odrzucił. Chciałbyś zostać moim sługą – podniosła się z tronu i zbliżyła się o kilka kroków. – A teraz… nie chcesz nim być, prawda, Merlinie?

Uniosła dłoń i pogładziła go po policzku. Wygiął lekko wargi w pewnym siebie uśmiechu, choć od jego decyzji tyle zależało.

– To ty będziesz służyć mi.

Szerzej otworzyła oczy i zatrzymała dłoń przy jego obojczyku, ale nie zabrała jej.

– Tak sądzisz?

– Jestem pewien.

Opuściła dłoń niżej, zaciskając palce na jego koszuli.

– Skoro myślisz, że możesz mną władać, dlaczego tego nie udowodnisz?

– Nie prowokuj mnie.

– Wiesz kim jestem?

– Doskonale wiem.

– Co sprawia, że uważasz się za lepszego?

– Wcale nie jestem lepszy od ciebie, Morgano. Jestem silniejszy.

Jeżeli ktoś nakryłby ich teraz, uznałby sytuację za schadzkę kochanków. Patrzyli sobie w oczy, dłoń Morgany nadal była kurczowo zaciśnięta na błękitnym materiale jego koszuli, Merlin również wyciągnął dłoń, bawiąc się jej lokami.

– Szukałaś mnie, a ja sam przybyłem do ciebie, Morgano.

Westchnęła lekko, zerkając przez chwilę na dłoń błądzącą w jej włosach.

– Jedyny człowiek, którego szukałam, ma się okazać moja zgubą.

– Chyba, że on sam o tym wie. Swoje własne przeznaczenie zawsze można zmienić, zwłaszcza, jeśli się je zna.

– Więc… jesteś moim przeznaczeniem? Emrysie? – zniżyła głos do szeptu.

Czarownik tylko się uśmiechnął, tym razem szczerze. Dawny Merlin zakwilił cicho w jego głowie i ostatecznie pogodził się z porażką. Przeznaczenie zostało zmienione. I on, Merlin, jako tego główna przyczyna, miał prawo naprowadzić je na nowe tory. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest ono kapryśne, ale był pewien, że da sobie radę. Zawsze dawał.

Pochylił się nad nią boleśnie powoli, wciąż patrząc jej w oczy. To nie miało być tak patetyczne, to miało boleć, ale zdawał sobie sprawę z tego, że ta chwila jest konieczna. Morgana w końcu przestała myśleć, skupiła się tylko na nim. I w tym momencie miała być zaskoczona ponownie, wzięta w niewolę. Merlin przyciągnął ją do siebie bez ostrzeżenia i wpił się w jej usta. Kobieta przywarła do niego, zaciskając na jego ramieniu drugą dłoń i całkowicie oddała się pod jego kontrolę. Objął ją mocno i pogłębił pocałunek, by po chwili zabrać ręce i odsunąć się od niej. Z ust Morgany wyrwał się krótki dźwięk rozczarowania. Osunęła się przed nim na kolana, biorąc głęboki oddech. Popatrzył na nią przez chwilę.

– Wszystko w porządku? – powiedział z nonszalancją, wymijając ją i idąc w kierunku tronu.

– To wszystko… – zamilkła na chwilę, unosząc głowę i odgarniając włosy ze swojej twarzy. – To wszystko możesz sobie tak po prostu zabrać. Jest twoje. Do czego jestem ci potrzebna?

Nadal klęczała na podłodze, ale odwróciła się w jego stronę.

– Jesteś Wysoką Kapłanką, potężną, widzącą wiedźmą.

– Nie będę błagać – powiedziała twardo. – Nie będę twoją własnością. Równam się z tobą.

Merlin nie bez zdziwienia zarejestrował, że jej barwa głosu była taka sama, jak na samym początku ich rozmowy.

– Właśnie dlatego – powiedział cicho i jakby do siebie, jednak kobieta doskonale go słyszała. – Jesteś wyjątkowa.

Podszedł do niej, chwycił delikatnie za ramiona i pomógł jej wstać. Wciąż patrzyła na niego intensywnie, jakby jeszcze nie otrząsnęła się po pocałunku, jednak sprawiała wrażenie niepokonanej. Merlin trafnie odczytał jej myśli – najpewniej wolała z nim walczyć ze świadomością, że prawdopodobnie przegra, niż stać się jego służką. Nie wiedziała, że władzę i poddaństwo można połączyć i to w bardzo satysfakcjonujący sposób.

– Tylko ty możesz się ze mną równać – powiedział miękkim głosem, biorąc jej dłoń w swoją i gładząc ją delikatnie. – Jesteś jedyna. Niepowtarzalna. Masz rację, poradziłbym sobie sam, ale to nie byłoby to samo. Potrzebuję ciebie.

Jej postawa zelżała, ale wciąż patrzyła na niego z nieufnością. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła.

– Oczywiście, że potrzebujesz – niepewnie, ale zabrała rękę. – Ale ja nie będę ci służyć, nie oddam ci korony dobrowolnie. Należy się mnie, noszę nazwisko Pendragon.

Spodziewała się, że może go zdenerwować, ale nic takiego się nie stało. Uśmiechnął się tylko szeroko, niemal jak dawny Merlin.

– Nie, nie rozumiesz. Jesteś królową, więc nie uczynię cię przecież służką. Ale czy nie można tego połączyć? Powiedzieliśmy dzisiaj sobie, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.

Wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się gwałtownym ruchem i ruszył w stronę tronu, zdzierając z siebie po drodze swoja sfatygowaną, skórzaną kurtkę. Stanął na podwyższeniu, oparł nogę na tronie Morgany i odsunął go na bok. Dostrzegł tron Artura ukryty z tyłu, za kolejnymi sztandarami, więc przywołał go zaklęciem i ustawił obok poprzedniego.

– Czyż nie tak powinno to wyglądać? – zapytał głośno, z powrotem odwracając się w stronę sali.

Morgana stała w tym samym miejscu, uważnie go obserwując. Wyglądała na zmieszaną, chyba nie do końca zrozumiała, o co chodziło czarownikowi.

Merlin uśmiechnął się z satysfakcją. Oto jego chwila, nie potrzebował świadków. Oto jego chwała. Ale ona nie musiała już być taka patetyczna, prawda? Więc nie zrobił tego z namaszczeniem, nie czekał na okrzyki, nie spodziewał się aplauzu. Po prostu usiadł. Zasiadł na tronie Camelotu.

Morgana wpatrywała się w niego ze zdumieniem i szacunkiem jednocześnie. Podeszła bliżej, nie spuszczając z niego wzroku.

– Nic nie powiesz? Nie wytłumaczysz? Zostawiłeś mnie obok siebie, w zdumieniu i zabrałeś co twoje. Co niemożliwego chciałeś uczynić możliwym?

– Nie chcę cię jako Wysokiej Kapłanki i sojuszniczki – powiedział Merlin twardym głosem. – Ani nie chcę cię jako służki. Ale czy nie powiedziałem, że cię potrzebuję?

– Do czego?

– Do rządzenia. Chcę, abyś była u mego boku – złagodził swoją surową wcześniej postawę, wyciągając rękę w jej stronę. – Chcę ciebie.

To słowo zabrzmiało jak zaklęcie. Zdumienie wyparło z niej na moment wszystkie inne uczucia. Zamarła bez ruchu. Merlin napawał się przez chwilę tym widokiem.

– Chyba nie jesteś zadowolona – powiedział z lekkim niepokojem. – To naprawdę wszystko czego chcę i co mogę ci dać. Nie możemy żyć osobno, Morgano. Albo razem, albo wcale.

Morgana uśmiechnęła się szeroko, podchodząc pod samo podwyższenie.

– To coś, o czym nie śmiałam marzyć.

Merlin rozsiadł się wygodnie na tronie, patrząc na nią z góry.

– Co, jeśli teraz ja ci nie wierzę? Jesteś zdradliwa, nie zdążyłbym nałożyć na głowę korony, a już miałbym wbity nóż w plecy, po samą rękojeść. A ty nadal rządziłabyś sama, jak zawsze chciałaś. Wielka Morgana Pendragon. Nie jestem zainteresowany zdradą.

Pokręciła głową.

– Nie możesz sądzić, że nie jestem lojalna tylko dlatego, iż nie miałam osoby, wobec której mogłabym być. Powiedziałeś prawdę, Merlinie. Albo razem, albo wcale. Bez ciebie zginę, przepadnę… stracę sens – westchnęła lekko, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi. – Mam wrażenie, że od kiedy tu wszedłeś minęły całe lata. Jakbym stała się inną osobą. Nie wiem, jak jeszcze rano mogłam sobie wyobrażać, że dam radę rządzić sama.

– Mówisz szczerze – powiedział z lekkim zdziwieniem w głosie, przeszywając ją wzrokiem.

– Mogę przysiąc, jeśli chcesz – odparła, jakby zinterpretowała jego wypowiedź jako pytanie.

– O, tak, przysięgniesz – Merlin opadł z powrotem na oparcie tronu.

– Na co? – zapytała ze zrezygnowaniem.

Wyglądała na rozczarowaną, że jej zapewnienie nie wystarczyło. Merlin poczuł się z tym źle.

– Nie chodzi mi o taka przysięgę, o jakiej pomyślałaś – stwierdził uspokajającym głosem. – Przysięgniesz przy wszystkich. Na swoją krew. Potem otrzymasz ode mnie obrączkę. A na samym końcu nałożę na twoja głowę koronę.

Gwałtownie uniosła spuszczoną wcześniej głowę.

– Tak, wiem, to niezbyt romantyczne oświadczyny. Zrobię to jeszcze raz, później – odchylił się w jej stronę z  czarującym uśmiechem. – A teraz proszę, Morgano. Podejdź do mnie. Usiądź obok.

Wyglądała na nieco oszołomioną. Odwzajemniła jego uśmiech, odzyskując część pewności siebie. Zrobiła dwa kroki w prawo, a potem weszła na podwyższenie i stanęła przed tronem, na którym siedziała przedtem. Odwróciła się w stronę sali powoli, chwytając fałdy sukni i usiadła. Zwróciła głowę w stronę Merlina, który patrzył na nią z zadowoleniem. Mężczyzna położył swoją rękę na oparciu i wystawił w jej stronę otwartą dłoń. Morgana przygryzła wargę i splotła ich palce.

CDN

Morgause de Saint

Twórczość Jedynkowicza

Wiadomość była jasna. Pozbył się przyjaciela z łatwością i teraz wspinał się na dach budynku po wąskich, pożarowych schodach. Było mu gorąco, ale nie zdjął szalika. Otworzył ciężkie drzwi i wyszedł na zewnątrz. Parzące promienie słońca opadły na jego twarz, wyjątkowo parny dzień wybrali sobie na konfrontację. Drugi mężczyzna już na niego czekał. Mimo pogody miał na sobie świetnie skrojony, błękitny garnitur z metką Westwood, która niemal wystawała zza jego paska. Dobrze, może nie wystawała, on po prostu to zauważył, we właściwy sobie sposób, mniejszą uwagę skupiając już na białej koszuli z zaokrąglonym kołnierzykiem i wzorzystym krawacie. Czyżby czaszki? Czarne włosy zaczesane były gładko do tyłu i błyszczały lekko od żelu. Na jego widok mężczyzna uśmiechnął się szeroko, bez sympatii, ale również bez żadnej nutki gniewu. W połączeniu z iskrami w jego oczach, był to raczej uśmiech szaleńca, który dostał w ręce swoją ulubioną zabawkę.

– Witaj – powiedział radośnie, zakładając ręce za plecami. – Miło mi, że zdecydowałeś się dołączyć.

– Tak, mnie też – podszedł bliżej, okrążając mężczyznę i wychylając się poza krawędź dachu.

– Wysoko, prawda? – ostentacyjne strzepnięcie z garnituru niewidzialnych pyłków i mężczyzna już dołączył do niego przy krawędzi.

– O czym chciałeś porozmawiać, że wybrałeś tak dramatyczne miejsce?

– Och, miejsce jest idealne. Lubię cię, poświęciłem ci mnóstwo czasu, ale oczywiście z korzyścią dla mnie, dzięki temu całe to życie nie było aż takie nudne. Jednak czas się pożegnać. Każda gra kiedyś się kończy, ktoś wygrywa, a ktoś przegrywa.

– A ty jesteś pewien, że wygrasz.

– Już wygrałem.

Mężczyzna wskazał ręką budynek naprzeciw. Nowoczesny biurowiec ze ścianami jakby ze szkła, ze względu na liczbę okien.

– O, tam – wskazał na piętro na wprost nich – jest mój przyjaciel.

– Dobrze jest mieć przyjaciół – odparł, zachowując twarz bez wyrazu.

– Teraz popatrz w dół.

Pod budynkiem szpitala zatrzymała się czarna, londyńska taksówka. Wysiadł z niej ktoś, kto nie powinien tutaj teraz być.

– Taak, w rzeczy samej, cudownie. Myślałeś kiedyś jak to jest: nagle ich nie mieć i to z własnej winy?

– Myślę o tym cały czas.

Mężczyzna wskazał teraz drobny budynek przypominający warsztat – tuż u stóp szpitala.

– Tam też chyba kogoś znam. I w pobliżu twojego mieszkania. I tam, gdzie pracujesz. Takie… rozstawienie pionków.

– Czego oczekujesz? – jego głos po raz pierwszy zadrżał. Cena była zbyt wysoka, aby dyskutować.

– Mówiłem, gra skończona. Ostatni ruch to zbicie króla – ciebie – lub twoich pionków, co spowoduje, że zbijesz się sam – ten sam radosny uśmiech. – Wybór należy do króla.

`No greater love hath a man than he lay down his life for his brother.`

Osoba, której nie powinno tu wcale być, zmierzała do budynku, więc wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer, który znał na pamięć. Zatrzymała się.

– Byłem w domu, fałszywy alarm, nie mam pojęcia, jak to się stało. Gdzie jesteś i dlaczego dzwonisz? Zawsze piszesz.

– Wybacz mi – powiedział spokojnym głosem, choć po jego policzku spłynęła łza. – Przykro mi, że cię w to wmieszałem, ale to była moja rozgrywka.

– O co chodzi? Ja… gdzie jesteś i dlaczego tak brzmisz? Wchodzę właśnie do szpitala.

– Stój tam, gdzie stoisz! Nie ruszaj się!

– Dobrze, spokojnie, stoję.

– Popatrz w górę.

Popatrzył. I dostrzegł go na krawędzi.

– Żadna nagroda cię za to nie spotka, kompletnie nic – mężczyzna za nim spacerował wzdłuż krawędzi, jednak odsunięty od niej. – Nic za to nie dostaniesz. Wciąż nie rozumiem, dlaczego chcesz to zrobić. Nigdy nie zrozumiem ludzi.

`Not for millions, not for glory, not for fame.`

– Ktoś jest tam z tobą?

– Nie, nikogo nie ma. Tylko ja i moje myśli.

– Nie rozumiem, dlaczego…

– Ja też nie. Nie wiem też, dlaczego dzwonię. Ale to chyba to, co ludzie robią. Zostawiają listy.

– Ja… wyjaśnij mi, zasługuję na wyjaśnienie.

Wciśnięcie przycisku ‚rozłącz’ kosztowało go wiele wysiłku. Nigdy się do tego nie przyzna, nikt nikomu o tym nie powie. Nikt nigdy się nie dowie.

Ale po deszczu przyjdzie słońce i życie i to o wiele lepsze, niż nie angażowanie się. Skoro w grze ktoś musi zginąć, niech to będzie ten, który nie poradzi sobie bez życia, nie samo życie. Król i pionek to pojęcia względne, czasem siedzisz, czasem klęczysz, zależnie od kart losu. Tym razem królem był on, bo to on decydował, kogo ocalić. A prawdziwy król dba o innych, nie o siebie, prawda? W tej krótkiej chwili świat się skończy i jednocześnie zostanie ocalony, nadejdzie ból, ale dzięki niemu szczęście. Nigdy nie był tak zdecydowany. Odetchnął głęboko. Serce, jak zwykle wbrew rozumowi, waliło jak szalone, przeczuwając, co ma się wydarzyć. Mężczyzna z tyłu wydał z siebie zadowolony pomruk.

Zrobił krok.

`For one person, in the dark where no one will ever know and see’

Morgause de Saint

Kontynuacja na blogu: http://morgause-de-saint.blogspot.com/

Przeczytasz moją książkę?

Większość nastolatków w moim wieku to normalni ludzie, mają szczęśliwe rodziny, których harmonię mogą zakłócić tylko jakieś drobne sprzeczki, nie wiedzą co ich czeka w przyszłości i żyją chwilą. Tylko ja jestem odmieńcem. Ja posiadam ten przeklęty „dar”. Miewam sny prorocze, które jakoś zawsze się spełniają. Wszystko zaczęło się pewnej nocy, gdy wróciłam z imprezy. Przyznaję, za dużo wtedy wypiłam i ktoś dał mi do spróbowania pewną tabletkę. Widziałam po tym różne dziwne rzeczy, jak różowe nietoperze, jednorożce z fioletowymi grzywami i mnóstwo takich. Nie wiem jak dotarłam do domu, ale podejrzewam, że nie było łatwo zwracając uwagę na stan, w którym się znajdowałam.

Wróciwszy do domu, podpełzłam do swojego pokoju i od razu rzuciłam się na łóżko. Nie minęło dużo czasu, a już spałam jak zabita. Śnili mi się moi dziadkowie podczas powrotu z sanatorium. Śniła mi się ich śmierć. Widziałam jak jechali samochodem, radośni i wypoczęci nucili jakąś piosenkę z repertuaru Elvisa Presleya. Nagle, ni stąd, ni zowąd przejechała obok ich samochodu trójka motocyklistów, pędzili jak szaleni, ich liczniki przekraczały wtedy 170 km/h. Kiedy w końcu hałas ich silników ustał, nastąpił wybuch. Był tak ogłuszający, że zbudziłby niejednego trupa pod ziemią. Po chwili auto dziadków, pod wpływem drgania ziemi, oderwało się od jezdni i zaczęło koziołkować do tyłu. Na wprost ich oczu ukazała się wielka chmura dymu i ognia. Potem nie widzieli już nic, odeszli.

Obudziłam się nad ranem przed oczami ciągle mając tamten dzień, w ustach czując dym i pocąc się niemiłosiernie. Czym prędzej zbiegłam na dół, do kuchni, gdzie mama przygotowywała niedzielne śniadanie.

– Mamo! Mamo! Nie uwierzysz, co mi się śniło! To babcia, dziadek…oni…zagraża im niebezpieczeństwo ! Oni muszą zostać jeszcze tydzień w sanatorium! – krzyczałam ze łzami w oczach. Mama spojrzała na mnie z niedowierzeniem. „Jest piękna, odziedziczyła urodę po babci” –pomyślałam odruchowo. Taka była rzeczywiście. Długie blond włosy łagodnie opadały jej na ramiona, ubrana w krótkie szorty i szarą bluzę taty wyglądała jak siedemnastolatka, a nie dorosła kobieta, która urodziła dziecko. W prawej ręce trzymała patelnię, a w lewej widelec. Robiła jajecznicę. Teraz stała wbita w ziemię i z rozszerzonymi oczami wpatrywała się we mnie.

– Ale co ty mówisz, Lui. Dziadkom nic nie zagraża, dzisiaj wracają i nie mogą…

– Nic nie rozumiesz! Oni zginą, mamo! Dzisiaj jest ich dzień! Widziałam to… Znowu miałam sen.

– Opowiedz nam o nim – poprosił tata, który dotychczas siedział przy stole i w milczeniu czytał gazetę.

– Podczas dzisiejszego powrotu przejedzie koło nich grupa motocyklistów. Po chwili nastąpi wybuch, ich samochód odrzuci do tyłu, a oni sami zginą w tym czasie! Miasto spłonie! – wykrzyknęłam jednym tchem.

– Hmm.., nie wydaję mi się żeby było to wiarygodne, Luizo. Chyba potrzebujesz porady lekarza, umówię cię na wizytę u psychologa na następny tydzień, zgoda? – spytał ojciec uśmiechając się do mnie.

– Nie! Nic nie rozumiecie! Mamo, powiedz mu! – z rozpaczą w oczach gapiłam się na matkę, a ona stojąc przy stole, obgryzała paznokieć. Zaczynałam panikować.

– Dobra, zgoda, zadzwonię do nich. – powiedziała i od razu zaczęła wybierać numer telefonu babci.

Opadłam na krzesło. „Jak oni mogą mi nie wierzyć? Przecież to rodzice matki, zwłaszcza ona powinna to zrozumieć…” – myślałam gorączkowo.

– Ostrzegłam dziadka, żeby jechał dziś ostrożnie, obiecał, że pojadą prosto do domu i postarają się trzymać z dala od dużych miast. Jednak wyjechać muszą dziś, ich termin urlopu właśnie się kończy. Nic więcej zrobić nie możemy, bądź spokojna, wszystko będzie dobrze. – rzekła mama podając mi talerz z pachnącą jajecznicą i świeżymi bułkami.

– Nie jestem głodna. – powiedziałam – pójdę do siebie.

Wbiegłam schodami na górę, rzuciłam się na łóżko i rozkręciłam muzykę w słuchawkach. Nic więcej nie dam rady zrobić, mój sen się sprawdzi, dziadkowie umrą, a mama będzie miała wyrzuty sumienia, że mi nie uwierzyła. Co jeszcze mogę zrobić?

Od tamtego czasu minęły już dwa lata. Pogrzeb dziadków odbył się trzy dni po tamtej niedzieli. Nie poszłam na niego. Mama się załamała i wpadła w depresję. Dni mijały monotonnie, wszyscy mieli mi za złe, że przepowiedziałam śmierć dziadkom. A przecież ja ich ostrzegałam. Mam teraz 17 lat, moi rodzice się rozwiedli pod wpływem częstych sprzeczek na mój temat, a ja sama mam na swoim koncie ogromne wybryki w szkole, parę bijatyk, pyskowanie do nauczycieli i kilkakrotne zażycie narkotyków. Cóż, wyrosło ze mnie niezłe ziółko.

Jestem właśnie na komisariacie. Za chwilę będę miała rozmowę na temat mojego ostatniego wybryku w budzie. Rozniosłam klasę chemiczną. Dosłownie. Stworzyłam masę pirotechniczną, o której ostatnio mówiliśmy na chemii i tydzień później podłożyłam ją pod biurko nauczyciela po skończeniu lekcji. Wybuch nie był taki, jak się spodziewałam, ale przynajmniej eksplodowało biurko, przednie ławki oraz szafki z probówkami. Wszędzie pełno szkła, a w środku tego bałaganu zdenerwowana pani Miller krzycząca w niebogłosy „SOBESTO! Natychmiast do mnie!”. Jedyne, co mnie ciekawi, to to, skąd ta głupia krowa wiedziała, że to akurat moja wina? Żeby okazać jeszcze odrobinę dumy, wchodząc do klasy krzyknęłam udając zaskoczenie :

– Jezus, Maria! Co tu się stało? – i patrzyłam jak wściekła Millerowa dostaje furii , zaczyna tupać nogą o podłogę rozgniatając tym samym resztki probówek, które leżały porozsypywane na całej powierzchni.

 

Marta Perska