Liczydło

„Liczydło 2015”

I Wiosenny Obóz Matematyczny w Szczyrku

zbiorek 

Tego w „Jedynce” jeszcze nie było!
W dniach 26.03-1.04.2015 odbył się tygodniowy obóz matematyczny, na którym gościliśmy Matematyka z Oxfordu! Miejsce docelowe- Szczyrk– nie jest przypadkowe. O tym, że matematyka i górska włóczęga to doskonałe połączenie, przekonali się uczestnicy obozu- uczniowie klasy 3B.

Tematem przewodnim codziennych zajęć było hasło: „ A dni do matury czterdzieści i cztery”. Pomiędzy ćwiczeniami i wykładami obozowicze musieli zmierzyć się z wylosowanymi wcześniej zadaniami.

Rezultat? W ciągu pięciu dni rozwiązano 240 niebanalnych zadań z matematyki na poziomie rozszerzonym! Cel został osiągnięty. Uczniowie spisali się znakomicie. Jesteśmy zdumieni ogromem pracy, jaki wykonali i gratulujemy prawidłowych rozwiązań. Wyniki zmagań obozowiczów stanowić będą „I Księgę Szczyrkowską”.

Gościem specjalnym tegorocznego „Liczydła” był absolwent naszego liceum, dr. Michał Przykucki z Mathematical Institute University of Oxford, który swoim wykładem z teorii liczb zabrał nas do świata matematyki wyższej. Rozprawy o trójkach pitagorejskich, liczbach pierwszych i bliźniaczych były prawdziwą ucztą dla umysłu!

O aktywny wypoczynek zadbał pan Marek Czaiński, nasz drugi opiekun i przewodnik turystyczny. Zachwyciły nas urokliwe zakątki Szczyrku i spacer nad Żylicą. Piękne widoki, w pełnym słońcu, podziwialiśmy ze Skrzycznego, najwyższego szczytu w Beskidzie Śląskim.

Naszą bazą był Ośrodek Szkoleniowo-Wypoczynkowy „Beskidek”, położony w centrum Szczyrku, który zapewnił nam wspaniałe warunki do pracy i wypoczynku.

 

Obóz Matematyczny „Liczydło 2015”, który wspólnie z Panem Dyrektorem Robertem Przykuckim zorganizowaliśmy, to pierwszy taki projekt edukacyjny w naszej szkole! Jedną z akcji promujących wydarzenie był konkurs rysunkowy pod nazwą „Liczydło”, przeprowadzony w Przedszkolu Miejskim nr 20. Co więcej, starannie opracowane zadania, z którymi walczyli uczestnicy obozu, zamieściliśmy w zbiorze „Liczydło. Zadania maturalne z matematyki”(premiera 23 kwietnia!). Zbiór jest naszą propozycją ostatniej powtórki przed maturą. Dochód ze sprzedaży zostanie w całości przekazany na organizację przyszłych „Liczydeł”!

Przygotowania do obozu trwały miesiącami. Ale dziś wiemy, że było warto!

 

Kolejne „Liczydło” za rok! Czekamy na Was! 🙂

 11180166_881874658552677_1790944136_n

Justyna Merta

Przeczytasz moją książkę?

– On?! – krzyknęłam. Od razu spotkałam się z zaciekawionymi spojrzeniami obecnych tu ludzi. Skarciłam się w duchu za swoją bezmyślność i gadanie do siebie, i pogrążyłam się w czytaniu wypowiedzi taty na temat dziadków i mnie. Mówił, że wcześniej ich ostrzegałam, że nie przypuszczał, że mogę sprawić, że zginą. „Co za dupek”, pomyślałam. Kiedy doszłam do momentu gdzie policja wyliczała wszystkie moje przewinienia, zatrzasnęłam gazetę i schowałam ją na sam spód stosu. Nie zamierzałam się tym przejmować. Po rozwodzie do tej pory nie odezwał się ani do mnie, ani do mamy. „Znalazł sobie inną”, mówiła mama. Na początku nie chciałam w to wierzyć, ale z czasem sama to zobaczyłam. Pewnego razu idąc ze szkoły postanowiłam wstąpić do jego biura, gdzie pracował. Recepcjonistka mówiła, że mam chwilę poczekać, ale nie przejmowałam się tym. „W końcu jestem jego córką i mogę tam wchodzić kiedy zechcę”, myślałam. Idąc długim holem cieszyłam się, że w końcu go zobaczę, ale moja radość skończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Kiedy otwarłam drzwi moim oczom ukazała się wręcz ohydna scena. Kobieta ubrana w krótką prostą spódnicę przechylała się przez biurko i namiętnie całowała mojego tatę! Nie wspominając już o tym, że jego koszula była rozpięta. Kiedy moja stopa przekroczyła próg tego pokoju kobieta odwróciła się, a ja zatrzasnęłam za sobą drzwi i wybiegłam holem z budynku. Od tamtej pory go nie widziałam. Nie mogło do mnie dotrzeć, że mógł całować inną kobietę niż mama, myślałam, że są sobie przeznaczeni. Jednak się myliłam. Ze wstrętem spojrzałam na stojący przede mną kubek z kawą. Straciłam ochotę na dopijanie jej do końca, więc wstałam i ruszyłam do wyjścia. Było strasznie zimno, więc do domu postanowiłam dobiec truchtem. Wchodząc, od razu udałam się do kuchni, by przygotować sobie coś do jedzenia. Naszła mnie ogromna ochota na sałatkę z tuńczykiem. Wyciągnęłam wszelkie potrzebne składniki i zabrałam się do przyrządzania potrawy.

– Cześć kochanie, wróciłaś. Musimy porozmawiać. – dobiegł mnie z salonu głos mamy.

– Cześć, wróciłam, ale sądzę, że nie mamy o czym. – powiedziałam łagodnie nie chcąc wywołać kłótni.

– Owszem, mamy. Dziś przyszedł list ze szkoły, od dyrektora… Wiesz co chcę powiedzieć? – mówiła wchodząc do kuchni. Najwyraźniej miała jeden z tych jej „ciężkich dni”. Ubrana w szlafrok, w ręku trzymała papierosa. Włosy stanowiły straszny bałagan na jej głowie powiększając ją niemal dwukrotnie. – Będziesz miała kłopoty. Zaraz. Przecież ty już masz kłopoty! Nie potrafisz zachować się tolerancyjnie wobec nauczycieli? Co ja z tobą mam… – rzekła zaciągając się papierosem.

Wzruszyłam ramionami i skończyłam robić sałatkę. Postanowiłam wziąć gorącą kąpiel w wannie i zrelaksować się przy spokojnej muzyce. Matkę olałam totalnie. Wchodząc do łazienki powoli zdjęłam z siebie ubranie, podeszłam do radia i włączyłam płytę. Szybko poszukałam kadzidła o zapachu fiołka afrykańskiego, który (jak mawiała moja babcia) pobudza duchowość i daje ochronę. Po chwili poczułam łagodny zapach, który sprawił, że od razu się uspokoiłam. Nalewając wody do wanny zmyłam makijaż i gdy kąpiel była już gotowa, zanurzyłam się w ciepłej wodzie. Zamknęłam oczy i pozwoliłam odpłynąć myślom w daleką podróż.

Obudziło mnie nerwowe pukanie do drzwi łazienki. Szybko się ocknęłam.

– Zaraz wychodzę, mamo! – krzyknęłam. Wyszłam z wanny, otuliłam się szlafrokiem, włosy zawinęłam w ręcznik robiąc z niego turban na czubku głowy. Otwierając drzwi ukazała mi się zakłopotana twarz mamy gorączkowo tupiącej nogą o podłogę.

– Co się stało? – spytałam.

– Zejdź na dół. – odpowiedziała i ruszyła po schodach do kuchni.

Idąc za nią nie spodziewałam się tego, co chwilę później ukazało się moim oczom. W kuchni siedział on. Ubrany w szare dresy i białą koszulkę wyglądał zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy spotkaliśmy się na ulicy. Jak tu trafił? Musiał mnie śledzić.

– Cześć. – odezwałam się nieśmiało do przybysza. Mama przeszła obok posyłając mi pytające spojrzenie i udała się do swojego pokoju. Chłopak nie odezwał się, ale uniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Były piękne. Nigdy nie widziałam takiej barwy. Złoto-szare, cudowne oczy wpatrywały się we mnie, a ja nie byłam w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Nie mogłam też odwrócić od nich wzroku. Czułam się, jakby ktoś mnie zahipnotyzował. Po chwili zrobił coś, co sprawiło, że omal nie zemdlałam. Wstał, podszedł do mnie i dotknął wierzchem dłoni mojej twarzy, a ja stałam tam, kompletnie nie wiedząc co robić.

– Chodź ze mną. – szepnął. „Wszędzie, gdzie tylko zechcesz, nawet nie musisz prosić”, chciałam odpowiedzieć. W tym momencie byłam gotowa iść za nim nawet na koniec świata. Chwycił moją rękę i zwrócił się ku drzwiom wyjściowym. Po chwili dotarło do mnie, że jestem przecież w samym tylko szlafroku!

– Pójdę z tobą, obiecuję, ale najpierw muszę się ubrać. Za chwilę wrócę, poczekaj sekundę. – powiedziałam i ruszyłam biegiem po schodach. Wpadając do pokoju w błyskawicznym tempie zrzuciłam z siebie szlafrok, ubrałam bieliznę i zaczęłam wyrzucać wszystko z szafy. „Co mam ubrać?”, krzyczałam w myślach.

– Mogę?

No nie, tylko nie to.

Marta Perska

O przekraczaniu ludzkich możliwości.

My, ludzie młodzi, często mamy wątpliwości. Obawiamy się o wiele spraw, martwimy i nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli. Jednak myślę, że czasem zbyt wyolbrzymiamy nasze problemy.

Takim krótkim wstępem chciałam nawiązać do osoby, która mimo, iż nie ma nóg i rąk to potrafi się cieszyć życiem i daje nam przykład prawidłowej postawy na świat. Może już o Nim słyszeliście, bowiem mowa o Nicku Vujicic. Nick urodził się nie mając obu kończyn. Jako dziecko często zastanawiał się, dlaczego jest inny od jego rówieśników. Oprócz problemów związanych z przemieszczaniem się, wykonywaniem podstawowych, codziennych czynności, chłopak przeszedł przez depresję, czuł także ogromną pustkę i samotność. Nick miewał zwątpienia i upadki. Jak sam mówił, miał w życiu taki okres, że stracił nadzieję. Zmaganie się z takimi problemami ukształtowało go jednak w niezwykłego człowieka. W tym roku, Nick kończy 33 lata, prowadzi własną stronę internetową, pojawia się na ekranach telewizji, pisze książki, prowadzi audycje radiowe. Jednym słowem: niesamowite. Nick szerzy nadzieję i wiarę ludzi na całym świecie. Zajmuje się głoszeniem prawd o Chrystusie, dzięki któremu Jego życie zmienia się na lepsze. Zachęca do modlitwy, zaufaniu Bogu i zaznacza, że to właśnie dzięki wierze jego życie przepełnione jest miłością i nadzieją. Człowiek, który stracił w życiu tak wiele, ma jednocześnie tyle sił, aby radzić sobie z tak ogromnymi trudnościami.

Przeciętny człowiek nie docenia tego co ma. Wyobraź sobie… jak można żyć bez rąk i nóg? Gdy o tym myślę, wydaje mi się to niemożliwe. Człowiek ten udowadnia wszystkim, że pokonać można wszystko!

Zaległości w szkole, gorszy dzień, nadmiar obowiązków, kłótnie, problemy – czasem myślę sobie, że nie potrafię udźwignąć tego, co otrzymuje od losu. Gdy jednak patrzę na tego człowieka, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę mam w życiu wszystko, czego mi potrzeba. Podziwiam go całym sercem. A Wam życzę powodzenia, aby spojrzeć na świat z innej perspektywy i docenić piękno naszego istnienia.

Weronika Giera kl. I C

Matematyka mnie bawi

Matematyka to nie tylko wzory, żmudne obliczenia i skomplikowane równania, jak się może niektórym wydawać. To także wiele zabaw i ich zaskakujących rozwiązań! Dlatego dziś trochę o RADOŚCIACH MATEMATYKI! 🙂

Przypomnijmy zagadkę z poprzedniego artykułu:

za

źródło: „I Ty zostaniesz matematykiem” David Wells

Czy jest możliwe uwolnienie jednej z pętli elastycznej bryły, jaką są „kajdanki”?
Odpowiedź uzasadnij.

Rozwiązanie tego problemu daje nam topologia, czyli „gumowa geometria”. Jest to dział matematyki zajmujący się badaniem własności, które nie ulegają zmianom w trakcie deformacji. Okazuje się, że po wykonaniu poniższych sekwencji ruchów, udaje się rozdzielić koliste pętle. Zdumiewające!

1 001

Istnieje mnóstwo gier, zabaw, zagadek, pytań, problemów, na które odpowiedź daje właśnie MATEMATYKA!

Najciekawsze są oczywiście paradoksy, które wzbudzają wiele emocji! Ich rozwiązania, często nieintuicyjne, uderzają w poczucie zdrowego rozsądku. Szczerze mówiąc, rachunek prawdopodobieństwa nie zostaje daleko w tyle!

Poniżej przedstawiam Wam 5 zadań, z którymi miałam okazję się kiedyś zetknąć. Czy to na lekcjach fizyki, wykładzie z analizy, czy podczas rozmów z przyjaciółmi. Wszystko to odbywało się dla ROZRYWKI!

Zapewniam, że wybór zadań nie jest przypadkowy. Zgadywanie absolutnie nie jest kluczem do sukcesu. Pamiętajcie, to czysta matematyka! 🙂

5 zadań, które sprawią Wam wiele radości:

  1. Pewnego dnia ojciec, rzekł do swoich trzech synów: „Podaruję wam część swoich owieczek. Mój najstarszy syn dostanie połowę, młodszy czwartą ich część, a najmłodszy piątą ich część, po czym wyprowadził 19 owieczek. Synowie chcieli się szybko podzielić, ale trafili na problem, ponieważ 19 nie dzieli się ani przez 2, ani przez 4, ani przez 5. Zwrócili się więc do ojca po pomoc, a ten błyskawicznie rozwiązał ich problem… Jak? (Owieczek oczywiście nie dzielimy na części!!!).
  2. Dziadek i babcia mają razem 140 lat. Dziadek ma dwa razy tyle lat ile babcia miała wtedy, kiedy dziadek miał tyle ile babcia ma teraz. Ile lat mają babcia i dziadek?
  3. Załóżmy, że Ziemia jest gładką kulą, a jej obwód na równiku wynosi 40 000 km. Gdyby ją szczelnie opasano na równiku cienkim drutem, to jego długość powinna wynosić właśnie 40 000 km. Przyjmijmy, że długość tego cienkiego drutu zwiększono o 20 m. Wskutek tego odstawałby on od powierzchni Ziemi na pewną odległość. Czy pod drutem przeszedłby człowiek? Czy prześliznęłaby się mysz?
  4. Achilles i żółw stają na linii startu wyścigu na dowolny, skończony dystans. Achilles potrafi biegać 2 razy szybciej od żółwia i dlatego na starcie pozwala oddalić się żółwiowi o 1/2 całego dystansu. Achilles, jako biegnący 2 razy szybciej od żółwia, dobiegnie do 1/2 dystansu w momencie, gdy żółw dobiegnie do 3/4 dystansu. W momencie gdy Achilles przebiegnie 3/4 dystansu, żółw znowu mu „ucieknie” pokonując 7/8 dystansu. Gdy Achilles dotrze w to miejsce, żółw znowu będzie od niego o 1/16 dystansu dalej, i tak w nieskończoność. Kiedy Achilles dogoni żółwia?
  5. Zawodnik stoi przed trzema zasłoniętymi bramkami. Za jedną z nich (za którą – wie to tylko prowadzący program) jest nagroda (umieszczana całkowicie losowo). Gracz wybiera jedną z bramek. Prowadzący program odsłania inną bramkę (co istotne – anonsując, że jest to bramka pusta), po czym proponuje graczowi zmianę wyboru. Co powinien zrobić nasz gracz?

 

Zadania nie są trudne. Są ciekawe. Każdy z Was może je zrobić!

Czekam zatem na Wasze odpowiedzi!

Radości matematyki to dobry temat kończący moją działalność w Zajawce. Mam nadzieję, że wspólna podróż do świata MATEMATYKI przypadła Wam do gustu i nie był to czas stracony!

„Nie można sobie wyobrazić większego umysłowego szczęścia, bardziej spokojnego i czystego, niż powolne i radosne zanurzenie w problemie matematycznym.”
~ Christopher Morley

Justyna Merta

Mniejsze i większe nieskończoności

Nieskończoność to jedno z najbardziej obezwładniających pojęć w matematyce, uderzające w poczucie naszego zdrowego rozsądku. Najpopularniejszy symbol nieskończoności (inaczej lemniskata), został wprowadzony przez Johna Wallisa w 1655 roku.

Nieskończoność zawiera wiele zagadek. Jedną z nich jest paradoks Galileusza. Galileusz zauważył, że wśród liczb naturalnych są liczby będące kwadratami , jak 1,4,9,16 oraz te, które kwadratami nie są, czyli 2,3,5,6. Zatem zbiór liczb naturalnych musi być większy niż zbiór kwadratów. Mimo to, każdej liczbie naturalnie możemy przypisać jej kwadrat:

Bez tytułu

Stąd, w rzeczywistości jest tyle samo kwadratów, ile liczb. Zbiory te są równoliczne. A to prowadzi do sprzeczności z wcześniejszymi rozważaniami.

Najdziwniejsze aspekty nieskończoności ujawniły się w drugiej połowie XIX wieku dzięki badaniom Georga Cantora nad teorią zbiorów. Moc zbioru to liczba elementów danej kolekcji liczb. Cantor wprowadził nowy symbol na oznaczenie nieskończoności   jk
(alef zero) i powiedział, że taka jest moc zbioru liczb naturalnych. Ku powszechnemu zdziwieniu odkrył, że niektóre nieskończoności są większe od innych. Pokażemy to zjawisko na przykładzie słynnego „Hotelu Hilberta”.

W hotelu znajduje się nieskończona ilość pokojów, ponumerowanych 1,2,3,4,… i wszystkie pokoje są zajęte. Jak znaleźć miejsce dla kolejnego, nowego gościa?
Oczywiście wystarczy, że gość z pokoju 1 zostanie przeniesiony do pokoju 2, gość z pokoju 2 do pokoju 3 i tak dalej. Wówczas pokój 1 zostanie zwolniony.
Wyobraźmy sobie teraz wypełniony autokar z nieskończoną liczbą miejsc, ponumerowanych 1,2,3… Czy da się znaleźć wolne pokoje dla wszystkich bez wyjątku pasażerów?
Naturalnie. Tym razem manager musi przenieść gości do pokojów o numerze dwa razy większym. Dzięki czemu zajęte zostaną pokoje 2,4,6,8,…, a zwolnią się pokoje o numerach nieparzystych.
A co trzeba zrobić, gdy pod hotel Hilberta podjedzie nieskończenie wiele autokarów z nieskończoną liczbą miejsc?
Uwierzcie mi na słowo, że rozwiązaniem tego problemu jest metoda przekątniowa.

Powyższe rozumowanie doprowadziło do niesamowitych wniosków, kłócących się z intuicją. Cantor dowiódł, że dodatnich ułamków (liczb postaci p/q dla dodatnich i całkowitych p i q) jest tyle samo co liczb naturalnych (1,2,3,4…).

To nie koniec zaskakujących rzeczy. Istnieje większa moc zbioru niż

jk .
Uzasadnienie przypomina trochę dowód Euklidesa na nieskończoność liczb pierwszych i wykorzystuje metodę przekątniową. Nieprzeliczalna nieskończoność nazywa się c i jest to moc zbioru, zawierającego wszystkie liczby rzeczywiste między 0 i 1.

Po odkryciu c Cantor udowodnił, że istnieją jeszcze większe nieskończoności. Za pomocą teorii zbiorów można wykazać , że d jest większe od c, gdzie d to liczba wszystkich możliwych prostych i krzywych, jakie można narysować na dwuwymiarowej powierzchni.

Temat nieskończoności wydaje się paradoksalny, ale także fascynujący! Jednak aby go zrozumieć, musicie wyjść poza granice swojej wyobraźni.

„Matematyka: przyłapywanie nieskończoności na gorącym uczynku.”
Stefan Napierski

Justyna Merta

Przeczytasz moją książkę?

– Ty nie wiesz, co się stało? Ty?! – syczała, a mnie zachciało się śmiać. – Przecież dobrze wiem, że to twoja sprawka, tylko ty jesteś do tego zdolna, ale tego ci nie podaruje! Zadzwoniłam na policję, zaraz tu będą ! – i wybiegła z klasy.

Wtem ja zaniosłam się śmiechem i spojrzałam na moje dzieło mlaskając z uznaniem. Po chwili przyjechały gliny i ściągnęli mnie na komisariat i teraz siedzę tu, żuję gumę i patrzę z rozbawieniem na grubego faceta, który wdaje się w kłótnię z kochaną panią Miller.

– Witam szanowną Luizę Sobesto. Nazywam się Szajer, Janusz Szajer. – przedstawił się wchodząc do sali, w której siedziałam. – Będę twoim adwokatem Chciałbym zadać ci parę pytań żebym mógł określić stan, w którym się znajdujesz. Niedługo czeka nas rozprawa sądowa dotycząca twojego wulgarnego zachowania. Zniszczyłaś mienie szkoły za co grozi Ci kara. Zdajesz sobie sprawę, że musisz ponieść konsekwencje swojego zachowania? Prawdopodobnie zostanie nałożona na ciebie kara pieniężna w wysokości 1500zł. Będziesz w stanie ponieść takie koszta? – powiedział grubas i wyciągnął na stół plik kartek oraz długopis.

– Czy są jakiekolwiek dowody na to, że to ja rozwaliłam klasę? – spytałam piłując swoje paznokcie i nie zaszczycając go spojrzeniem.

– Poniekąd. Twoja nauczycielka, pani Miller twierdzi, że już nie raz próbowałaś takich sztuczek, więc są przypuszczenia iż tym razem też za tym stoisz. Oczywiście musimy jeszcze pobrać odciski palców, sprawdzić dokładnie nagrania z kamer szkolnych i zbadać substancję, którą użyto do wybuchu – wyliczał

– W takim razie odezwijcie się jak będziecie mieli stuprocentową pewność, że to moja wina. Żegnam. – rzekłam podnosząc się z krzesła i z dumnie uniesioną głową opuściłam komisariat.

Rozdział II

Idąc ulicą przyglądałam się zakurzonej Warszawie. Chciałam stąd uciec, oddalić się od tych wszystkich problemów, po prostu zapomnieć. „Muszę się stąd wydostać”, myślałam. Podniosłam głowę spoglądając przed siebie i wtedy go zobaczyłam. Był piękny, jego uroda biła do mnie z taką siłą, że ledwo ustałam na nogach. Ciemnowłosy chłopak szedł prosto w moją stronę. Ubrany w ciemne, obcisłe spodnie, biały podkoszulek i czarną kurtkę wyglądał zachwycająco. Dodające mu tajemniczości okulary słoneczne idealnie ukrywały jego oczy. Nie mogłam oderwać od niego wzroku, naprawdę, nie mogłam.

– Na co się gapisz? – spytał, podchodząc. Jego głęboki głos sprawił, że nagle poczułam ciarki na całym ciele. Wyczułam zapach dymu, gdy stanął koło mnie. Żar bijący z jego ciała czuć było na odległość. Pragnęłam przytulić się do niego i ogrzać. Stałam bowiem w zwykłej bluzce i dżinsach podczas, gdy na dworze było zaledwie 5 stopni.

– Nie gapię się, patrzę po prostu gdzie idę. Co w tym złego? – przemówiłam drżącym głosem.

– Nic, nie ważne, na razie. – odwrócił się, wyraźnie zdenerwowany, plecami do mnie, podążając dalej w swoim kierunku.

Stałam tam chwilę i przyglądałam się, jak odchodzi. Nie mogłam pojąć, że odezwał się do mnie. To było zachwycające. W końcu jednak, zrezygnowana poszłam w swoją stronę odsuwając tamto wydarzenie w niepamięć.

Zanim dotarłam do domu postanowiłam udać się jeszcze do pobliskiej kawiarni po mocną kawę. Prawie zasypiałam, a musiałam jeszcze zmierzyć się z matką, która pewnie będzie miała mi za złe moje postępowanie w szkole i na komisariacie. „No cóż, jakoś dam radę”, pocieszałam się w myślach. Zamówiłam duży kubek mojej ulubionej kawy i usiadłam na chwilę przy stoliku. Znalazłam na nim stos kolorowych gazet. Wzięłam jedną do ręki i zaczęłam kartkować. Porady o modzie, stylizacje, uroda, włosy… szybko sunęłam wzrokiem po kolejnych artykułach. Nagle coś przykuło moją uwagę.

„Dziś mija druga rocznica śmierci państwa Dubnickich” – mówił tytuł pewnego artykułu.

– Racja ! Dwa lata temu mieli wypadek… – powiedziałam do siebie. Zaczęłam czytać. Znajomi opowiadali jakimi wspaniałymi ludźmi byli moi dziadkowie, policja tłumaczyła przyczyny wypadku, nawet tata…

Marta Perska

Noce i Dnie

Do większości opisywanych tu przeze mnie książek podchodziłam raczej bezkrytycznie – tutaj wyzwałam tłumacza, tam skrzyczałam autora polskiej okładki, ale raczej nie miałam poważniejszych zastrzeżeń, co do bohaterów. Nadeszła jednak chwila, w której chcę zaprezentować powieść, która opowiada o najbardziej irytującej kobiecie świata. Owa książka to „Noce i Dnie” Marii Dąbrowskiej.

Tym wpisem łamię też inny z moich zwyczajów, bo dotychczas nie komentowałam fabuły lektur. Wychodziłam z założenia, że mam tu polecać książki, przy których się odpoczywa, z których nie potrzeba pamiętać każdej drobnostki. Również takie, które mogą dawać do myślenia. W żadnym wypadku takie, które trzeba by jeszcze później czytać „na termin” do szkoły. „Noce i Dnie” stały się jednak lekturą dodatkową, której obowiązku czytania nie ma. Mogę zatem przystąpić do oceniania.

Mówiąc ogólnie, akcja dzieje się w latach 1863–1914 w Kaliszu (czego można nie zauważyć, gdyż ukazany jest on pod nazwą „Kaliniec”). Poznajemy kilka pokoleń jednej rodziny, ale główna akcja toczy się wokół Bogumiła Niechcica i Barbary z Ostrzeńskich Niechcicowej. Bogumił to po prostu człowiek-anioł. Może nie tak elokwentny jak towarzystwo, w którym obracała się Barbara za lat panieńskich, ale jego zalety dałoby się wymieniać godzinami. Nie jest oczywiście osobą doskonałą, ale nie irytuje sobą czytelnika – a w każdym razie nie irytuje mnie. Z Barbarą jest sprawa dokładnie odwrotna. Kiedy poznajemy ją jako pannę, wydaje się, że będzie bohaterką, której losy będzie się obserwować z dość pozytywnymi odczuciami. Może nie jakiś nadmiar uczuć, ale są to uczucia ciepłe. Im bliżej zamążpójścia, tym Barbara robi się mniej znośna. Swojej decyzji jest tak mało pewna, że aż chce się wrzasnąć: „No to za niego nie wychodź!”. W pamięć zapadł mi jeszcze jeden moment, kiedy biedna Baśka dostała ode mnie po głowie – chwila przeprowadzki. Najpierw: „Przeprowadźmy się, przecież tutaj jest tak okropnie, złe warunki, tam będzie o wiele milej”. W nowym domu: „Tu jest strasznie, nasz stary dom był wspaniały, gdzieś ty mnie sprowadził”. A o scenach zazdrości pod tytułem: „Podkochujesz się w mojej siostrze!” już nie wspomnę.

Książka wydaje się dość gruba, ale czyta się ją szybko. Jest napisana bardzo przystępnym językiem, bez żadnych udziwnień, co jest jej ogromną zaletą. Nie ma fragmentów, które po prostu bym omijała, nic mnie nie nudziło. W gruncie rzeczy, gdyby nie pani Barbara, czytałoby mi się bardzo dobrze.

Cykl składa się z czterech części – „Bogumił i Barbara”, „Wieczne zmartwienie”, „Miłość” i „Wiatr w oczy”. Przed paroma dniami skończyłam czytać część pierwszą (która swoim tytułem zrobiła niezły spoiler). Po część drugą na razie nie sięgam. Z jednej strony odstrasza mnie jej tytuł (bo znam już troszkę główną bohaterkę), z drugiej wciągnęła mnie inna lektura nadobowiązkowa – „Imię Róży”. Myślę jednak, że powrócę do „Nocy i dni”, tak jak sobie zaplanowałam w przypadku kolejnych tomów „Chłopów”. Może nie w czasach licealnych, które przeraźliwie szybko zbliżają się do końca, ale w kolejnych latach na pewno.

Ita Jarzembowska

Merlin 3 „We can find another way”

Odwrócił twarz w stronę sali i zamknął oczy, biorąc głęboki oddech. Kiedy wypuszczał powietrze, poczuł jak magiczne iskry opuszczają jego ciało, rozpełzając się wokół. Dreszcz, jaki przeszedł przez jego plecy chwilę po tym, pochodził od Morgany. Nareszcie poczuł, że jest na swoim miejscu. W jego głowie nie pojawiła się żadna niepokojąca myśl.

– Artur – powiedział jednak nagle, unosząc powieki.

– Artur? – Morgana drgnęła nerwowo, wyrwana z własnych myśli. Wyglądała na zagubioną. – Co z nim?

– Zaraz tutaj będzie. Pewnie wyjechał o pierwszym brzasku.

Nie wyglądała na zaniepokojoną.

– Oczekiwałam go.

– Oczywiście. Sytuacja jednak uległa drobnej zmianie, nie sądzisz?

– Ma to się jakoś do Artura? – odrobinę mocniej zacisnęła palce, zmuszając go, aby na nią spojrzał.

– Myślałem, że ty mi powiesz.

Kolejną bitwę na spojrzenia Morgana przegrała. Spuściła wzrok na swoje kolana, myśląc intensywnie.

– Oczywiście, że się ma – mruknęła cicho.

Merlin podniósł się z miejsca, stanął przed nią i opadł na kolana, sięgając po jej drugą dłoń.

– Cokolwiek działo się wcześniej, to już przeszłość. Teraz zaczęła się nowa era, wiesz o tym. Wobec tego nie chcę, żebyś…

Zamilkł, szukając odpowiednich słów.

– Nie chcesz, żebym była tak samo okrutna.

Pokiwał głową.

– Nie chcesz, żebym go zabiła.

Merlin wzruszył ramionami, patrząc na nią z nutą nonszalancji.

– Wiem, że pewne decyzję są nieuniknione – zaczął, składają lekkie pocałunki na jej dłoniach – ale śmierć Artura niczego nie naprawi, Morgano. To twój brat. Nie powinno się przelewać własnej krwi.

– Póki żyje, to on powinien być tu królem.

– Może się zrzec tytułu.

– Nigdy tego nie zrobi.

– Czyżby?

Spojrzała na niego z pewną dozą zdziwienia, która prawdopodobnie nie opuści jej jeszcze długo.

– Artur jest rycerzem i królem, dla niego honor jest ważniejszy niż życie…

– Jeśli nie zrezygnuje sam, zmuszę go – przerwał jej Merlin, patrząc na nią ze zdecydowaniem. – Nie padnie na niego wyrok śmierci. Być może nie nazwą mnie już lojalnym, ale mylą się. Ja też mam swój honor i jakąkolwiek drogę wybrałem, lojalny pozostanę.

Pokiwała głową, jakby spodziewając się po nim takiego zachowania.

– To ty jesteś tu królem – powiedziała, wstając i ciągnąc go w górę. – Zaakceptuję twoją decyzję. Jeżeli jesteś zdolny do trzymania go z dala od tronu Camelotu.

– Pozostaje kwestia, co z nim zrobić.

Merlin nie wypuścił jej dłoni ze swoich. Stali blisko siebie, przed tronem Morgany, a płomienie wiszących najbliżej pochodni drgały jakby nerwowo za każdym razem, gdy któreś z nich wpadało na jakąś myśl.

– Marzył kiedyś o porzuceniu odpowiedzialności i wyjeździe na wieś – wspomniał Merlin, marszcząc brwi.

– Doskonale. Myślę, że znajdzie się dla niego miejsce w jakiejś wiosce, daleko, ale też dość blisko, aby kontrolować to, co się w niej dzieje.

– Artur nie ma pojęcia o uprawianiu ziemi, miałem być jego sługą – prychnął na wpół rozbawiony, na wpół zirytowany.

– Artur jest w końcu moim bratem, Merlinie. Sam tak przed chwila powiedziałeś – Morgana przerwała, czekając, aż mężczyzna na nią spojrzy. – Nie widzę problemu w osadzeniu go w małym dworku z odpowiednią służbą.

– Osadzeniu? Nie myślisz o tym inaczej jak o więzieniu, tak samo pomyśli Artur.

– Nie ma innego wyjścia – powiedziała stanowczo. – Cokolwiek stało się dziś w tej sali, nie zapominaj, kim jestem. Jeśli nie będziesz w stanie odwieść mojego brata od pozostania w Camelocie, bardzo chętnie pozbawię go tej możliwości na zawsze.

Jej głos nie brzmiał na tyle złowieszczo, aby Merlin się przejął. Pokiwał tylko głową, zabierając w końcu ręce i zszedł z podwyższenia.

– Chyba powinienem się na to zgodzić.

Morgana z powrotem opadła na tron, zakładając nogę na nogę i utkwiła z Merlinie wzrok.

– A teraz? Co cię trapi?

Odwrócił się do niej z uśmiechem.

– Nie powiedziałbym, że trapi. Czeka mnie rozmowa, pewnie najważniejsza w moim życiu. A twoi żołnierze  powtarzają sobie teraz wiadomość o śmierci Heliosa i nie mają pojęcia, co się dzieje i…

– W porządku – przerwała mu Morgana, uśmiechając się szeroko. Dawno się tak nie uśmiechała. – Och, jakże przepadałam kiedyś za twoją gadaniną.

– Być może tak to zaczynało brzmieć. Jednak miałem inny zamiar.

– Właśnie dlatego powiedziałam: w porządku.

Klasnęła w dłonie, a do sali wszedł jeden ze strażników, stojących przy drzwiach.

– Wzywałaś, pani?

– Każ im się tu zebrać, wszystkim. Mają się pospieszyć.

– Tak jest, pani.

– Zaproś tu twojego towarzysza – wtrącił Merlin, gdy strażnik szykował się do odejścia.

Mężczyzna zamarł, ale Morgana stanowczo pokiwała głową. Wojownik wyszedł, zamierzając wypełnić rozkazy, a do środka wsunął się drugi ze strażników.

– Pani? – starał się nie patrzyć na Merlina, niestety, bez rezultatów.

– Mój gość ma ci coś do powiedzenia.

Merlin poczekał, aż strażnik przełknie ślinę i odwróci się w jego stronę.

– Każ rycerzom obstawić bramę cytadeli, dla utrzymania pozorów i pozostaw tych przy wejściu do zamku, ale droga do tej sali ma pozostać pusta.

– To rozkaz – dodała Morgana, zanim strażnik zdążył się odezwać.

Mężczyzna ukłonił się nisko i wyszedł, rzucając jeszcze Merlinowi dziwne spojrzenie.

– To cię nie zirytowało?

– Co takiego?

– Jego spojrzenie. Czysta impertynencja. Za takie patrzenie na mnie trafiłby w najlepszym przypadku w dyby.

– Pewnie skądś mnie kojarzył – niedbale wzruszył ramionami. – Niecodziennie uczeń medyka wydaje rozkazy przy królowej.

Prawy kącik ust Morgany uniósł się nieznacznie, gdy opadała na oparcie tronu. Merlin zbliżył się z powrotem do podestu, zatrzymał się jednak tuż przed nim. Przez kilka chwil czekali obok siebie w doskonałej ciszy, tylko drewno w kominku za tronami i pochodnie trzeszczały cicho, strzelając płomieniami.

*

Drzwi otworzyły się niezwykle łatwo. Sala Tronowa wydała się Arturowi strasznie ponura. Sztandary zdarto, herby zniszczono, a zapalonych było zaledwie kilka pochodni. Słońce wzeszło niecałą godzinę temu, nie dotarło jeszcze do okien z odpowiedniej strony – Artur nie lubił przebywać tutaj wczesnym rankiem i o zmierzchu, sala wydawała mu się wtedy zbyt poważna jak dla niego, wypełniona powagą i spokojem, których miał o wiele mniej niż jego ojciec. Jego towarzysze weszli tuż za nim, z mieczami w pogotowiu, jednak pomieszczenie okazało się zupełnie puste. Artur przełknął rozczarowanie, ostrożnie się rozglądając. Otoczenie wyglądało na splądrowane i opuszczone. Panowałaby tutaj zupełna cisza, gdyby nie palące się żałośnie pochodnie i bicie serca Artura, coraz głośniejsze i szybsze. Chociaż mogło być tak, że za bardzo się na nim skupił i nikt inny go nie słyszał. Na podeście zauważył dwa trony. Zawsze stał tam tylko jeden należący do jego ojca, później do niego. Wyobrażał sobie, że Morgana nie będzie się martwic zamiana i zadowoli się tym, na którym wcześniej zasiadał on. Tak by było nawet bardziej dramatycznie, w końcu o tron władcy starała się cały czas. Teraz patrzył jednak na misternie rzeźbiony mebel, na którym lata temu można było zobaczyć jego matkę. Być może nie zdziwiłby się tak bardzo, gdyby stał on tam samotnie. Dwa trony wywołały jego niepokój. Spodziewał się, że przemytnicy rozglądali się wciąż w poszukiwaniu wroga, nie chcąc przerywać jego kontemplacji, jednak Gwen z pewnością doszła do podobnych wniosków.

– Arturze, dlaczego…

– Proszę, proszę. Któż zdecydował się mnie odwiedzić? Czyżby to mój szlachetny brat, Artur Pendragon?

Morgana wysunęła się zza filaru stojącego najbliżej tronu, z jego lewej strony. Miała na sobie prostą, zieloną suknię z pospolitego materiału, jednak wykończoną roślinnym wzorem, z rozcięciami przy łokciach i przepasaną srebrnym pasem. Włosy spięła ładniej niż miała w zwyczaju od czasu wygnania, przerzucone na jedną stronę z wpiętą przy głowie błyszczącą klamrą. Zrobiła kilka kroków, stając naprzeciwko Artura.

– Witaj, Morgano – powiedział neutralnym głosem.

Uśmiechnęła się do niego lekko, prawie jak za dawnych lat, kiedy była nieświadomą niczego wychowanicą króla. Uznał to jednak za element gry.

– Widzę, że przybyli z tobą twoi wierni poddani. Miło jest mieć kogoś, kto pokłada w tobie wiarę – jej wzrok zatrzymał się na nim, przez ułamek sekundy niezwykle ostry, po chwili na powrót łagodny. – To wspaniałe uczucie.

– Owszem – odparł Artur równie pokojowo, nie chcąc prowokować siostry do gniewu.

– Wiem, co masz na końcu języka – powiedziała to spokojnym tonem, chociaż jej ręce zadrżały. – Niemal nie możesz się powstrzymać, aby uświadomić mnie, że na szacunek trzeba zasłużyć.

– Trzeba.

– Czy moja moc nie zasługuje na szacunek?

– Czynami, nie umiejętnościami.

– Więc nie mam szanować świetnego rycerza, który zachowuje swoją siłę dla siebie, ale tylko tego, który ja  stosuje?

– Nie przybyłem tu dla słownych utarczek z tobą, Morgano – odparł Artur z rozdrażnieniem, czując, że kobieta zapędza go w kozi róg.

– Nie ma potrzeby się denerwować, drogi bracie – zrobiła kilka kroków naprzód, nie robiąc sobie nic z wystawionych w gotowości mieczy. – Chciałam tylko podtrzymać rozmowę.

– Jak miło – tym razem to ręka Artura zadrżała, ta dzierżąca miecz. – Obawiam się jednak, że nie oddasz mi  dobrowolnie tego, po co przyszedłem. A ja nie odejdę. Nie wydaje mi się więc, aby spokojna konwersacja załatwiła sprawę.

– Widzę, że rzeczywiście mamy trochę inne zdanie na ten temat – znów się zbliżyła. – Bo widzisz, drogi bracie, nie ma dla mnie nic niemożliwego. Dlaczego nie wydaje ci się, abyśmy mogli porozumieć się pokojowo?

– Nie jestem nawet pewien, czy dla ciebie pokój znaczy to samo co dla mnie.

Morgana zatrzymała się nagle i spojrzała na niego gniewnie.

– Jestem inna, ale jestem człowiekiem, Arturze Pendragonie. Dla wszystkich ludzi pokój znaczy to samo, może jedynie wyglądać inaczej.

Odwróciła się gwałtownie i odeszła z powrotem w stronę podestu. Artur i jego towarzysze powoli ruszyli za nią. Zatrzymali się tuż przed samymi tronami, a Morgana ponownie stanęła przodem do nich, teraz znacznie bliżej niż wtedy. Gdyby Artur chciał, mógłby zrobić krok i drasnąć ją mieczem.

– Ale to nieważne – powiedziała nagle szeptem, przebiegając wzrokiem po całej czwórce. Izolda patrzyła na nią z lekkim lękiem. – Przejdźmy do konkretów.

– Powinienem się obawiać – to nie było pytanie ze strony Artura.

Dał się wciągnąć w tę niedorzeczną rozmowę, chociaż powinien gorączkowo myśleć o tym, jak uniknąć tak bliskiego spotkania z Morganą. Nie, nie bał się, Morgana nie wzbudzała w nim strachu. Wiedział jednak, że powinien się bać, bo to czarownica, niebezpieczna, pałająca do niego nienawiścią kobieta, która może niemal wszystko. A on miał w dłoni tylko miecz.

Morgana nie wyglądała jeszcze na zagniewana wystarczająco, aby go zaatakować. Jednak nadal nie wiedział, co może wyniknąć z ich rozmowy.

– Nie boisz się mnie.

– Nie.

– Tylko głupcy się nie boją.

– Albo królowie, którzy przyszli odebrać swoja własność.

Morgana zaśmiała na wpół szyderczo, na wpół z niedowierzaniem, patrząc na nich z wyższością.

– Naprawdę myślisz, że wygrasz tę rozgrywkę? Na co liczysz?

Artur milczał. Nie wiedział, na co liczył. Zawsze podejmował takie szaleńcze, heroiczne akcje, jeśli tylko były słuszne i mimo kryzysów, zawsze wszystko kończyło się dobrze. Teraz wyglądało jednak na to, że jego szczęście się skończyło. Otaczała go cisza, Morgana przeszywała go nieprzyjemnym spojrzeniem, chyba tylko duchowe wsparcie jego towarzyszy sprawiało, że pod natłokiem uczuć jeszcze nie opadł na podłogę, oddychając ciężko. Jednak rękę trzymająca miecz już dawno opuścił, bo zbyt mocno drżała.

– Nie jestem pewien, na co liczę – odparł szczerze, spoglądając na Morganę, ale zastępując wzrok pełen bezradności hardym spojrzeniem króla. – Wiem jednak, że należy mi się to, o co walczę.

– Nie brakuje ci czegoś? – zapytała Morgana, brzmiąc niemal okrutnie.

Artur stracił na chwilę oddech, poczuł jak krew szumi mu w uszach, w ustach pojawiła się nieznośna suchość. Dopiero teraz uczucie tłumione od rana wyrwało się z jego piersi, docierając do głowy.

Coś mu odebrano. Coś, co zawsze miał. To tego nie ma, to tego brakuje. To potrzebne mu jest do zwycięstwa.

Tylko co zrobić, jeśli tego nadal nie ma?

Morgana już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale nagle odwróciła głowę w stronę, z której wcześniej przyszła. Trzasnęły drzwi, a do uszu Artura dotarły odgłosy ciężkich, ewidentnie męskich kroków. Zwykły rycerz chyba by im nie przeszkodził?

Zza tego samego filaru, dopełniając dramatyzmu chwili, powoli wyszedł Merlin. Miał na sobie białą koszulę, czarne spodnie schowane w wysokich butach z czerwoną apaszką wystającą w przedniej kieszeni i równie ciemną kurtkę z jasnymi rzemykami i wykończeniami. Wyglądał niemal jak Artur bez zbroi, z tym że w innych kolorach. Merlin rzucił w nich dziwnym spojrzeniem i podszedł bliżej, zatrzymując się przy Morganie. Artur patrzył na niego z zaskoczeniem, czując jak pustka w jego wnętrzu wyje żałośnie, domagając się wypełnienia.

– Naprawdę jesteś zaskoczony, Arturze? – głos należał do Merlina, ale jednocześnie nie miał prawa do niego należeć. Był złamany i pełen bólu. – Nie spodziewałeś się?

Usłyszał zdumione westchnienie Gwen.

– Co tutaj robisz Merlinie? W tym… stroju?

– Nie… u twego boku? – dokończył Merlin, przedrzeźniając go. – Dlaczego miałbym zostać z człowiekiem, który bardzo chętnie spaliłby mnie na stosie?

– Dobrze wiesz, że nigdy bym ci tego nie zrobił! – Artur niczego nie rozumiał, nie mógł pojąc sytuacji, w której się znalazł, ani trochę.

– Pytałem cię. Odpowiedziałeś. Zdaję sobie sprawę, że masz szlachetne porywy serca i prawdopodobnie chciałbyś mnie ocalić. Ale to nie ma żadnego znaczenia, Arturze. Nie ma, bo ja nie jestem tylko Merlinem. Reprezentuję ogół, ten, który bardzo chętnie byś wymordował. Beze mnie jesteś na przegranej pozycji, jestem rozsądnym człowiekiem, a rozsądni ludzie wybierają silniejszą stronę.

– Jesteś przede wszystkim dobrym człowiekiem, Merlinie! – odezwała się niespodziewanie Gwen, stając obok Artura. – Czy ona ci coś zrobiła? Rzuciła na ciebie czar? Proszę, przypomnij sobie, powiedz, że tak. Złapali cię w lesie i przywlekli do niej?

Morgana nie odezwała się ani słowem. Stała obok, uważnie obserwując. Merlin pokręcił głową.

– Przykro mi – powiedział, patrząc na nią z lekkim bólem. – Zawsze byłaś mi przyjaciółką i wiem, że ty byś mnie nie osądziła. Byłabyś świetną królową. Ale ja wybrałem już swoją ścieżkę, teraz to ja władam przeznaczeniem i tron Camelotu nie jest dany tobie.

Gwen patrzyła na niego ze zdziwieniem i niedowierzaniem, natomiast Artur oddychał ciężko, próbując nad sobą zapanować. Chyba jeszcze nigdy nie doznał takiego szoku. Mężczyzna, który stał przed nim, z całą pewnością wyglądał jak Merlin, ale już nie patrzył i nie mówił jak on. Nie wyglądał jednak na odurzonego, pod wpływem czaru. Mówił z… goryczą, głos miał podszyty gniewem, sprawiał wrażenie skrzywdzonego i sponiewieranego. Po chwili namysłu skierował wzrok wprost na Artura, przeszywając go na wskroś.

– Jestem czarownikiem. Władam magią.

Te cztery słowa zabrzmiały jak wyrok śmierci, jak coś ostatecznego. Nagle wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, a Artur poczuł, że jego pustka nie była czymś, ale kimś. Jego przyjacielem. Oszustem?

– Nie jesteś czarownikiem, Merlinie. Wiedziałbym.

– Jestem świetny w zatrzymywaniu sekretów dla siebie. I mam wiele talentów, ale to pewnie już wiesz.

Oczywiście. To było przecież niemożliwe, że szczęście zawsze nad nim czuwało, że tyle rzeczy się udawało. To nie szczęście, to anioł stróż, który patrzył na rzeź innych aniołów, przebrany w łachmany żebraka, tylko dlatego, że wierzył, iż jego podopieczny stanie się kiedyś kimś wielkim, kogo warto będzie chronić. Ale Artur nie stawał się osobą, jakiej oczekiwano. Był synem swojego ojca. To wszystko stało się nagle tak oczywiste i jasne, że aż bolało, przeżerało od środka, wyśmiewając się z jego naiwności i głupoty.

Artur spojrzał na niego ze smutkiem. Czuł się oszukany, opuszczony i zły, ale przypomniał sobie rozmowę w namiocie i wczorajsze wydarzenia, a Merlin stawał się w jego oczach całkiem inny. Taki sam jak on. Oszukany, opuszczony i zły.

Cofnął się o krok, patrząc na niego z uwagą. Merlin odetchnął głęboko, intensywnie mrugając.

– Dość łez – powiedział, zerkając na nich krótko. Ton jego głosu stał się nagle czysty i twardy. – Nastała przecież nowa era. Jesteś taki zaradny i mądry, Arturze. Masz taka piękną i pracowita ukochaną. Ludzie cię szanują. Dasz sobie radę w życiu.

Wyjął z kieszeni kawałek pergaminu, podając go Morganie. Ta z uwagą przebiegła po nim wzrokiem.

– To bardzo rozsądna propozycja z naszej strony, Arturze. Pozwolimy ci odejść, a ty zachowasz życie. I dosyć pokaźny majątek, jak na brata królowej przystało. Wystarczy, że zrzekniesz się dla niej tytułu.

– Co ty wygadujesz, Merlinie? Jakie my? Jakiego tytułu? To Artur jest prawowitym królem Camelotu – głos Gwen emanował niemal rozpaczą, patrzyła bezradnie jak Merlin stracił całe swoje ciepło, stracił nawet ból, który czynił go bardziej ludzkim i bliższym swojej przyjaciółki, potrzebującym pocieszenia.

Ten Merlin otrząsnął się z bólu, ale nie podzielił się z nim i nie zostawił za sobą, ale zamknął w klatce i upchnął gdzieś głęboko w środku. I zawsze będzie go nosił ze sobą.

Morgana pomachała im przed nosem pergaminem, ale kiedy nie dostrzegła żadnej reakcji, wyminęła Merlina i usiadła na swoim tronie. Założyła nogę na nogę i uśmiechnęła, znowu przypominając tę dawną, młodsza o kilka lat Morganę.

– Co, jeśli nie przyjmę twojej propozycji? – zapytał Artur pustym głosem, próbując nadążyć za swoimi myślami.

Merlin uśmiechnął się, ale nie było w nim ani grama wesołości. Odwrócił się od nich, podszedł do Morgany i najzwyczajniej w świecie usiadł na drugim tronie. Wygodnie rozłożył ręce na oparciach w geście władzy, a Morgana podała mu pergamin.

– Zmuszę cię.

Jego oczy były szeroko otwarte, spojrzenie ostre i pozbawione uczuć. To nie był Merlin, to nie mógł być on.

– Kim ty jesteś, Merlinie? – nieoczekiwanie odezwała się Izolda.

Ona i Tristan długo się nie odzywali, ale najwyraźniej mieli już dość obserwowania tej rozmowy w ciszy.

– To na pewno ty? – dodał Tristan, patrząc na niego z niedowierzaniem.

– To prawdziwy on – odparła za Merlina Morgana, uśmiechając się z zadowoleniem. – Taki, którego nie dostrzegaliście, a którego chętnie byście skrzywdzili.

– Nigdy nie skrzywdziłbym Merlina – powiedział Artur niemal szeptem.

Merlin skierował wzrok wprost na niego, wzrok pełen żalu i lekko przepraszający.

– Zapewne nieświadomie – odparł równie cicho – krzywdziłeś mnie cały czas.

Cisza, która nastała po tych słowach, osiadła na sercach wszystkich obecnych. Izolda przygryzła wargę, jakby miała się rozpłakać.

– Wy dwoje nie jesteście winni niczemu – odezwał się Merlin normalnym już głosem. – Z przyjemnością pozwolę wam teraz wyjść. Być może śmierć za króla i sprawiedliwość wydaje się wam szlachetna, ale posłuchajcie mnie uważnie: życie jest tylko jedno i nie można go zmarnować. Jestem pewien, że znajdzie się wiele rzeczy, które wydadzą się wam warte ryzyka. Nie róbcie tego teraz, bo naprawdę nie warto. Idźcie i cieszcie się miłością, jaką dano wam przeżyć.

Tristan schował miecz do pochwy, za jego przykładem poszła również Izolda.

– Jesteśmy przemytnikami, Merlinie, w dodatku straciliśmy cały ładunek. Co innego nam pozostało? – Tristan westchnął, dodając dramatyzmu tego co powiedział, ale nie wydawał się aż tak przejęty jak jeszcze przed chwilą.

Merlin uśmiechnął się lekko.

– Jesteś wielkim wojownikiem, Tristanie, ale obawiam się, że zbyt dobrym człowiekiem, aby odejść od wielkiego króla Artura i stanąć za nami.

– Sugerujesz, że twoje królestwo nie będzie dobre i sprawiedliwe? – Izolda wystąpiła naprzód, zerkając z niepokojem na milczących dziwnie Artura i Gwen.

– Och, będzie, ale obawiam się, że trochę czasu zajmie doprowadzanie go do porządku pod inna władzą. Niektóre środki, jakie zastosujemy, mogą wam się wydać rzeczywiście niezbyt dobre – Morgana uważnie oceniła wzrokiem przemytników.

– W takim razie zastanowimy się, jeśli mamy taka możliwość – powiedział Tristan, przyciągając do siebie swoja ukochaną. – Chcielibyśmy zobaczyć, co stanie się z obecnym królem.

– To, co mówiłem – Merlin odwrócił głowę w stronę Artura, przygaszonego i stojącego ze spuszczoną głową.

Gwen stała obok, trzymając dłoń na jego ramieniu i wpatrywała się nienawistnie w Morganę, prawdopodobnie obwiniając ja o wszystko od początku do końca.

– Jak niby chcesz zmusić prawowitego króla do zrzeczenia się korony? – zapytała gniewnym tonem, szturchając lekko Artura, jednak nie doczekała się jego reakcji. – Artur nigdy tego nie zrobi.

– Chcę darować mu życie, Gwen. On nigdy nie zrobił tego względem żadnego czarodzieja, więc uznaj to za łaskę z mojej strony. Poza tym, nie uważam ścięcia głowy królowi za honorowe wyjście, zwłaszcza, że jego krew płynie w żyłach przyszłej królowej – westchnął głęboko, patrząc prosto na Artura. – A tak naprawdę byłeś moim przyjacielem. Byłeś, bo raczej nie mogę powiedzieć, że wciąż jesteś. Możesz do końca życia myśleć, że okłamywałem cię i zdradziłem, ale to nie ma dla mnie już znaczenia. Pozostanę lojalny, Arturze, chociaż ty byś nie był. Nie pozbawię cię życia.

Wyglądał, jakby miał ochotę poderwać się z tronu, ale nie zrobił tego. Milczał przez chwilę i odezwał się dopiero, gdy Artur podniósł w końcu głowę i spojrzał na niego zbolałym wzrokiem.

– Jednak nie ręczę za Morganę. Porozmawialiśmy o tym wcześniej. Tak jak ona, chciałbym mieć gwarancję, że nagle nie wrócisz z wygnania i nie będziesz domagał się tronu, a za tobą nie przybędzie armia twoich sojuszników. Tak więc sprawa jest prosta. Tron za życie. Zrzekasz się władzy, a my pozwalamy ci odejść gdzie chcesz – złapał zaniepokojone spojrzenie Morgany i odwrócił się w jej stronę. – Wiem, wybacz. Miało być wybrane przez nas i strzeżone miejsce. Ale mnie już nie obchodzi gdzie będzie Artur, byle był bezpieczny i poza murami Camelotu.

Kobieta po chwili namysłu pokiwała głową.

– Jesteś wspaniałomyślny. Jednak obawiam się, że Artur tego nie doceni.

– Sprawię, że doceni.

Artur ruszył w ich stronę, ale po dwóch krokach równie nagle się zatrzymał. Gwen stanęła za nim.

– Jak możesz? – zapytał cicho. – Po tym wszystkim, co przeszliśmy. Byliśmy przyjaciółmi.

– Przyjaciele nie palą się na stosie – wysyczał Merlin przez zaciśnięte gardło.

Przez Artura przebiegł dreszcz. Po chwili nieznośnego milczenia odchrząknął i wyciągnął przed siebie Excalibur. Jakby urósł w oczach, przybrał królewska postawę.

– Chcę zobaczyć, jak mnie zmuszasz.

Merlin zmrużył oczy. Zacisnął dłonie na oparciach tronu i wysunął się do przodu, jakby pochylał się nad ofiarą. Patrzył na niego z odrobina zaciekawienia, ale przede wszystkim z wyzwaniem.

– Nadal nie wiesz z kim grasz, prawda, mój panie?

Jego głos był stanowczo zbyt cichy i niebezpieczny. Nie brzmiał jak któryś z wrogów Artura, wciąż był to Merlin i jakikolwiek ton jego głosu nie był w stanie go przerazić. Ale jednocześnie przerażała go właśnie ta myśl, właśnie to, że człowiek, który patrzy teraz na niego z politowaniem, to jego sługa i przyjaciel. Były sługa i przyjaciel. Jeśli spojrzeć uważnie, wciąż można było dostrzec w nim ból i obrzydzenie do tego, co robi. Do tego, że krzywdzi swoich przyjaciół. Ale ten ból nie kazał mu przestać, ale czynił jego gniew jeszcze silniejszym – bo przecież kogo bardziej się nienawidzi, zwykłego wroga czy przyjaciela, który zawiódł zaufanie?

Emocji było stanowczo zbyt wiele. Strona Artura tak podobna do Uthera, jego królewska strona, jasno wskazywała na to, że Merlin go zostawił, okłamywał, a potem zdradził. Udawał kogoś innego. To on zawiódł zaufanie. Ale Artur miał jeszcze drugą stronę, tę, która litowała się nad słabszymi, uważała, że wszyscy są sobie równi i kochała córkę kowala, nie księżniczkę. Ta strona równie jasno mówiła mu, że Merlin patrzył na śmierć najbliższych i wyrzekł się samego siebie tylko dlatego, że pokładał w nim wiarę. Wiarę, którą zawiódł.

Składający się z dwóch części Artur był podzielony na kawałeczki, połamany i aż bolało go, że nie może znienawidzić tego, kto go połamał, bo ta osoba sama była połamana i to o wiele bardziej niż on. Tak, że jego części za każdym razem próbowały się zrosnąć i kaleczyły siebie nawzajem, dając mu do zrozumienia, że nigdy nie da rady tego zrobić, skoro nie zamierza przestać wierzyć w tego, kto go łamie. Tak było najprościej i przede wszystkim najsłuszniej dla podobnych jemu, nawet jeśli wcale nie najlepiej, nie tak, jak zawsze miało być.

Po prostu każdy ma jakiś limit, granice wytrzymałości. Merlin walczył o niego, o dobro i sprawiedliwość, tak długo jak mógł. Artur dowiedział się o jego poświęceniu zbyt późno, aby pomóc mu to dźwigać. Nawet ktoś taki jak Merlin, ponownie złamany, musiał dać za wygraną.

– Gramy z tobą, Merlinie – odezwała się nieświadomie Gwen, patrząc na niego ze smutkiem i pewną dozą współczucia.

Nadal nie wyobrażała sobie Merlina jako kogoś, kto może jej poważnie zagrozić. Miała nadzieję, że to tylko sen, albo chociaż minie tak jak on. Artur nadal wszystkiego nie rozumiał i nadal był królem, więc nie widział innego wyjścia. Aby zrozumieć, musiał się dowiedzieć.

– Nie chcę z tobą grać, Merlinie. Chcę wiedzieć, kim jesteś.

Nozdrza Merlina drgnęły lekko z gniewie, kiedy czarodziej ze świstem wypuścił z siebie powietrze.

– Jestem ostatnim Władcą Smoków – powiedział powoli i dobitnie, szeroko otwierając oczy. – Ale kimś więcej, niż synem swojego ojca. Jestem synem ziemi, morza, nieba. Magia nie jest we mnie, to ja jestem magią. Niczym są dla mnie wszyscy królowie tego świata. Możesz mi mówić: Emrys.

Jego imię zabrzmiało jak czysta magia. Artur poczuł, jak wnika w niego, przepływa przez jego żyły i wychodzi na zewnątrz. Cudem powstrzymał się, aby nie westchnąć z nadmiaru wrażeń. Kątem zasnutego mgłą oka zauważył, jak zgaszone do tej pory pochodnię wybuchają ogniem, a Gwen puszcza jego ramię i upada do tyłu. Ale tak naprawdę patrzył tylko na oczy Merlina. Oczy, które przed chwilą błysnęły czystym złotem, które przebiegł płomień ognia.

– Najpotężniejszy czarodziej, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi. Król równy tobie. Zdecydował, że zostanie twoim sługą, aby móc cię chronić i doprowadzić do potęgi, jaka była ci przeznaczona. Ale nawet przeznaczenie ma swoją cenę. Twoja siła mogła się spełnić tylko z jego wolą, a jego wola zależała od twojej łaski i ilości stosów, jakie samodzielnie zapalisz bez przymusu swojego ojca. To ty zawiodłeś, Arturze, nie on.

Głos Morgany wydawał się być lekko łamliwy, jakby to, co się działo, rzeczywiście działo się tylko dzięki Arturowi, a ona nie wiedziała czy cieszyć się ze swojej przyszłości czy z przerażeniem oczekiwać skutków ich wyborów. Nie tak miało być, ale tak się stało i nie było już odwrotu.

Merlin powoli opadł z powrotem na oparcie tronu, wystawiając dłoń w stronę Morgany. Wiedźma szepnęła coś do jego ucha i splotła z nim palce, druga ręką zabierając leżący na jego kolanach, zapomniany przez wszystkich pergamin.

Artur patrzył bezradnie, jak ręka dzierżąca Excalibur znów opada w dół, a Gwen w szoku nadal nie podnosi się z posadzki, wlepiając wzrok w złączone dłonie magów.

Merlin patrzył przed siebie pustym wzrokiem i milczał, kiedy Morgana rzuciła pergamin w stronę Artura. Mężczyzna automatycznie złapał go wolną dłonią.

– Możesz poczytać, jeśli chcesz – powiedziała swobodnym tonem, odrzucając do tyłu włosy i uśmiechając się do niego uprzejmie. – Jeśli podpiszesz, prawo do korony będę miała ja, twoja siostra. Ty nawet nie trafisz za kraty, razem z Gwen będziecie mogli odejść i żyć dokładnie tak, jak będziecie chcieli. Zadbam o to, aby żyło wam się dostatnie, nie każę przecież własnemu bratu, który tak wspaniałomyślnie oddał mi koronę, pasać świń. Dostaniecie kilku służących i pewnie grupka rycerzy odejdzie wraz z tobą, ale nie radziłabym wam zakładać nowego królestwa w moich granicach.

– Jeszcze nie są twoje – rzucił Artur gniewnie, rozwijając pergamin. – Co się stanie, jeśli odrzucimy twoja propozycję?

– Nie jestem dobra, Arturze – odparła Morgana, patrząc na niego z góry. – To Merlin prosił mnie, żebym darowała ci życie. To dość ryzykowne, pozwolić ci hasać na wolności, nawet z tym świstkiem zawierającym twój podpis. Zawsze możesz uznać, że wszystko to jest bezprawne, zebrać wiernych rycerzy i przybyć tu, jak teraz, żądając tronu. Najłatwiej i najrozsądniej byłoby po prostu was powiesić, być może po królewsku, bez widowni, ale jednak. Albo jedno proste zaklęcie, tak, że nawet nie poczujecie. Wtedy z pewnością mój tron nie byłby aż tak zagrożony.

– Więc co twoim zdaniem miałbym robić? – zapytał gniewnie Artur, zgniatając pergamin w dłoni. – Jestem królem.

Morgana nie wyglądała na zawiedzioną. Wydęła usta, patrząc na niego spokojnie. Merlin również nie był zaskoczony.

– Szkoda, królu, szkoda – Merlin zwrócił głowę w kierunku Morgany. – Myślisz, że lochy…

– Nie pomoże – pokręciła głową. – Cele co najwyżej jeszcze bardziej rozwścieczają, wiem coś o tym.

No tak, Uther nie przebierał w środkach, zmuszając swoją wychowanicę do posłuszeństwa.

– Myślę, że to bardziej rozsądne, Arturze, odejść z Gwen, kiedy już się odzyskaliście – Izolda jeszcze przysunęła się jeszcze bliżej Tristana. – Honor, tak, wiem. Ale po śmierci tutaj nic ci nie przyjdzie. Pomyśl tylko.

– Myślałem, że jeszcze chwilę temu chcieliście walczyć za mnie – odparł Artur, zrezygnowany.

– Chcieliśmy walczyć za dobrą władzę – Tristan objął ukochaną ramieniem, ostatecznie pozostawiając swój miecz. – Byłbyś dobrym królem, oczywiście, ale… Merlin stwierdził, że to on włada przeznaczeniem. Wybrał inaczej.

Merlin pokiwał głową, wpatrując się w Gwen nieobecnym wzrokiem.

– Biedna, nikt nie podniósł cię z podłogi.

Gwen, która nadal siedziała rozłożona na podłodze w ciężkim szoku, drgnęła tylko na dźwięk swojego imienia. Nie przyjęła ręki Artura.

– No to mam szykować szubienicę czy nie? – Morgana nie przejęła się niestosownością swojego komentarza i spojrzała na Ginewrę z rozczuleniem. – Szkoda mi ciebie będzie, czy nie byłyśmy dobrymi przyjaciółkami?

– Wszystko przez ciebie – wyrzuciła z siebie energicznie kobieta, podnosząc się z posadzki i otrzepując spodnie.

– Ups – odparła bezczelnie Morgana, przekrzywiając głowę.

Jeśli ktoś miał jeszcze coś powiedzieć, nie zrobił tego. Szum za drzwiami zmienił się we wrzawę, a po krótkiej chwili do sali wtargnęli rycerze z Leonem na czele. Był zmachany i spocony, mokre włosy kleiły mu się do czoła, a peleryna zaplątała wokół zbroi, na szczęście nie krępując ruchów. Towarzyszyło mu nadal niewielu ludzi, uwolnieni z lochów nie mieli sił przybyć i ktoś musiał z nimi zostać. Ze zdumieniem przystanęli, wpatrując się w szokującą scenę rozgrywającą im się przed oczyma.

– Witam lordów! – zawołała radośnie Morgana.

Sprawiała wrażenie lekko pijanej ze szczęścia. Merlin uśmiechnął się lekko kącikiem ust.

– Mój panie? – Leon zwrócił się z oczekiwaniem na Artura, który pociągnął Gwen za rękę i zbliżył się do stojących kilka kroków za nimi rycerzy i ponownie wyciągnął miecz.

Porwany pergamin leżał pomiędzy nimi na zimnym kamieniu sali tronowej.

– Bæl on bryne – szepnęła Morgana, a ogień strawił go w mgnieniu oka i ziemię pokrył gorący, czarny popiół.

Na tronach Merlin i Morgana, tuż przy nich przemytnicy, po drugiej stronie sali rycerze i Artur, obalony król.

– A więc nie – Merlin uniósł głowę, patrząc na nich dumnie. – To będzie smutny dzień.

Pochodnie wybuchły.

Boczne drzwi otwarły się, z hukiem uderzając o ściany. Południowcy wsypali się do środka. Nie było nawet słychać wojennej wrzawy, słudzy Morgany nie pozwolili sobie na krzyk w komnatach. Na początku chcieli tylko otoczyć rycerzy, ale Artur rzucił się do walki, a za nim reszta.

Merlin i Morgana spokojnie patrzyli, jak z krew spływa na ziemię. Tristan i Izolda nie drgnęli, kobieta odwróciła się tylko od tego widoku.

– Głupiec z Artura, niszcząc miłość dla tronu.

Pendragon odszedł od grupy. Miał obłęd w oczach i zakrwawiony miecz. Na jego widok Merlin powstał, gestem zatrzymując Morganę na miejscu. Wyszedł mu naprzeciw, bez broni.

– Więc tak traktujesz pokój, Arturze? – Merlin zręcznie uniknął ciosu. – I swoje życie, i miłość, i mnie. Gotów zabić mnie w gniewie?

Zamienili się miejscami i rycerz zamarł z szokiem w oczach i mieczem wyciągniętym w stronę przyjaciela. Byłego przyjaciela.

– To… nie tak miało być.

Merlin skinął głową.

Pierś Artura przeszył miecz. Od tyłu. Zakrwawione ostrze tkwiło pod jego piersią, wskazując Merlina.

Nie wzruszyło to czarownika tak, jak powinno. Coś go zakłuło. Coś zakwiliło cicho głęboko w środku. To do końca nie miało być tak. Czy naprawdę wszystko zależało tylko od niego?

Artur spojrzał tylko na ostrze. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Może smutek. Wypuścił Excalibura z rąk.

– Ja… przepraszam.

Upadł na kolana.

Za nim stała Morgana.

To było dziwne, patrzeć na tę piękną istotę, kiedy ma krew na rękach. Ale przecież zawsze miała. Merlin też ma. Czy to coś zmienia?

*

Krzyk kobiety wyrwał się poza głosy rycerzy wojowników. Gwen wybiegła z tłumu, w szoku nie dopadła Artura i nie rzuciła się na ziemię, ale uniosła w górę trochę za ciężki dla niej miecz.

Merlin nawet na nią nie spojrzał, nie mógłby. Zawsze będzie miał Gwen w swoim sercu. Była piękna i cudowna, pierwsza przyjaciółka tutaj i pierwsza kobieta w ogóle.

Ginewra.

Wyciągnął rękę i zacisnął dłoń na jej nadgarstku, zatrzymując ostrze. Na moment czas się zatrzymał. Kiedy ruszył, Gwen upadła na ziemię. Już nigdy miała nie wstać.

Za znak Merlina Tristan podbiegł do tłumu i razem z Południowcami zabrali stamtąd Leona i Percivala oraz resztę ocalałych rycerzy, aby zamknąć ich w lochach. Na razie, potem zastanowią się, co dalej.

Morgana wyminęła ciało brata, stając przed Merlinem z zaciekawioną miną.

– Czy tego chciałeś?

– Nie. Ale to dostałem. I o to zadbam.

CDN

(czeka nas jeszcze druga wersja wydarzeń 🙂

„Fifty shades of Ellie”

Już niedługo na ekranach kin będziemy mogli zobaczyć długo wyczekiwany przez wielu z nas film. A mianowicie- „Pięćdziesiąt twarzy Greya” 😉 Chociaż sam film może wzbudzać pewne kontrowersje, to przecież nie o tym chcę teraz pisać. Skupię się raczej na piosence, która ten film promuje, a mowa o „Love me like you do” w wykonaniu Ellie Goulding. Tytuł adekwatny do filmu, który pojawi się w kinach na Walentynki :)Nie odbiegając od tematu, Ellie Goulding urodziła się w 1986roku w Lyonshall w Wielkiej Brytanii. Jest wokalistką i gitarzystką i już od kilku lat jej utwory plasują się na najwyższych pozycjach światowych list przebojów. Wydała dwie płyty( „Lights” i „Halcyon”), które sprzedane w ponad 3 milionach egzemplarzy pokryły się platyną w krajach takich jak Wielka Brytania, Włochy oraz w Stanach Zjednoczonych. Singiel promujący „50 twarzy Greya” nie jest jej debiutem, ponieważ w 2014 roku jej piosenka „Beating Heart” promowała film „Niezgodna”, o którym pewnie wielu z Was słyszało. Rok temu artystka zagościła ze swoją trasą koncertową również w Polsce, w warszawskim klubie Palladium. Do największych hitów Ellie Goulding możemy zaliczyć: „Lights”, „Your Song”, „Burn” czy „Anything Could Happen”, które wywodzą się z gatunku electropop i dance. Osobiście, „Love me like you do” jest moją ulubioną. Inną niż wszystkie, które możemy usłyszeć na listach przebojów, spokojną, rytmiczną i melodyjną. A co najważniejsze-zostającą ze słuchaczem na dłużej. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was do odsłuchu oraz doradzić, by podczas oglądania „50 twarzy Greya” skupić się również na piosence, nie tylko na aktorach 😉

Paulina Stachowska

j

Czerwona Plaża w Panjin.

  Czerwona Plaża (Red Beach) znajduje się w północnych Chinach, w delcie rzeki Liaohe, a dokładnie w miasteczku Quanhe gminy Dawa, należącej do miasta Panjin w Prowincji Liaoning. Zajmuje powierzchnię około 100 kilometrów kwadratowych!

Red Beach to największe bagno trzcinowe na świecie. W Parku Bagiennym, który jest największą atrakcją Czerwonej Plaży, turyści mogą zobaczyć niekończące się masy bagien, wręcz „morze bagien”. Punkty krajobrazowe znajdują się w Delcie Liaohe, w której rzeki Daliaohe, Raoyanghe, Panjinhe i 20 innych wpadają do morza.

Czerwona Plaża porośnięta jest roślinami z rodzaju sodówka (Suaeda), które upodobały sobie słono-zasadowe gleby u ujścia rzeki Liaohe. Sodówki pojawiają się w tej okolicy
w kwietniu i maju jako rośliny w kolorze zielonym. Potem stopniowo czerwienieją, a we wrześniu, kiedy obumierają, nabierają barwy dojrzałego burgunda. Pokrywają wówczas całą plażę. Ale czerwona jest dopiero 
jesienią!

Red Beach to rezerwat przyrody, którego niewielka część  jest udostępniona dla turystów, dzięki czemu można obserwować nie tylko połacie czerwonych „dywanów”, ale także niesamowite ilości ptaków, które przybywają w te rejony z uwagi na bogactwo pożywienia. 


A jest co podziwiać. 
Na terenie Czerwonej Plaży żyje ok. 230 gatunków ptaków, które stanowią ogromną atrakcję. Są tu m.in. żurawie z czerwoną koroną czy mewy Saundersa. Zaczyna się w marcu, kiedy pogoda staje się cieplejsza, wówczas słychać głośny śpiew, setki tysięcy ptaków rozpościera swoje skrzydła, unosi się w powietrze i ląduje, stwarzając niepowtarzalne i wspaniałe widowisko. Poza tym na plaży żyje ogromna ilość krabów, które są dosłownie wszędzie. Czyż nie warto tego zobaczyć na żywo?

Wiktoria Błażejewska

d fg