„We can find another way”

– Gdybym był na jego miejscu?

– Nie jesteś na jego miejscu. Nie ma sensu o tym teraz dyskutować.

– Mógłbym być. Co byś wtedy zrobił?

*

Szara peleryna zabrana bez wiedzy właściciela powiewała za jeźdźcem. Nie można było dostrzec jego twarzy ze względu na obszerny kaptur nasunięty na oczy, ale również dlatego, że jeździec pędził w zawrotnym tempie. Stojącym na nocnej warcie rycerzom wydał się zaledwie szarą smugą i choć jeden z nich dostrzegł zarys jego sylwetki, nic nie powiedział swoim towarzyszom. Oni zaś przetarli w zdumieniu oczy i zgodnie uznali to za wynik zmęczenia, choć żadnego z nich tej nocy nie opuścił niepokój. Niepotrzebnie, gdyż jeździec dawno był już daleko stąd.

*

Rankiem król zauważył, że sługi nie ma w jego namiocie.

*

Artur chciał rzucić wszystko i wyruszyć na poszukiwania Merlina. Jednak jego rycerze byli już gotowi do drogi, zachęceni do walki jego ostatnim wyczynem. Izolda znów wydawała się być pod wrażeniem jego oddania słudze, ale tym razem nawet Gwen nie podzielała jego obaw.

– Merlin wyglądał wczoraj na wzburzonego. Pewnie martwi się o Gajusza, nie wie, co się z nim dzieje. Ale zdaje sobie na pewno sprawę z tego, że teraz to on jest twoim medykiem. Pewnie szuka ziół, jak zwykle kiedy chce zejść ci z oczu, a one mogą się przydać, kiedy już dostaniemy się do Camelotu.

– Gwen, on zniknął bez słowa. Jesteśmy w środku lasu. Morgana jest królową.

– Sam mówiłeś, że nie powinien iść za tobą w ogień, kiedy nie umie nawet dobrze chwycić miecza.

– W takim razie ty też powinnaś zostać z tyłu – odpowiedział, jednak nie próbował jej przekonać.

Czuł dziwną bezradność, charakterystyczną dla momentów, kiedy Merlina nie było przy nim, a on nie wiedział, gdzie jego sługa dokładnie jest. Ale teraz, co najdziwniejsze, nikt tego nie zauważał. Sądził, że Merlin przyjaźnił się z rycerzami, a już na pewno z Gwen – jednak jego ukochana wzruszyła tylko ramionami, a tamci szykowali się do walki, zupełnie o nim nie pamiętając.

W powietrzu wisiało coś dziwnego.

*

Tak jak wcześniej on nie spodziewał się ataku, tak teraz nie spodziewała się go Morgana.

Oczywiście, nie znaczy to, że nie była przygotowana. Pewnym było, że prędzej czy później Artur – nieważne jak rozbity – wróci. Nie sądziła jednak, że jej brat będzie w stanie pozbierać się tak szybko. Na nieszczęście Artura, Morgana była wychowanicą króla dość długo, aby poznać wszystkie sekrety zamku równie dobrze jak on. Przy każdym teoretycznie sekretnym wejściu czuwały straże. Siłą Artura było to, że Morgana nie mogła przewidzieć, które przejście wybierze Artur i poważnie uszczupliła swoje właściwe straże, obstawiając każde z nich.

W środku rycerze rozpierzchli się. Ktoś poszedł po uwięzionych – Artur ruszył jednak wprost do Sali Tronowej. Przy końcu korytarza zorientował się, że towarzyszą mu tylko Gwen, Tristan i Izolda. Reszta musiała się zająć wojskami czuwającymi po drodze.

Były król, córka kowala oraz przemytnik i jego ukochana przeciw samotnej Morganie. Jego siostra miała przewagę.

*

(niniejszym następuje pierwsza wersja wydarzeń, czujcie się ostrzeżeni)

Merlin dotarł do murów zamku na długo przed świtem. Czuł się zmęczony – najpierw zaklęciem, a potem szaleńczym galopem. Z północy dął mroźny wiatr przemocą wdzierający się do płuc, a las szumiał dziwnie i coś w jego głębi wydawało niepokojące odgłosy. Zmysły Merlina były jak otępiałe, a w jego głowie brzmiało echo słów Artura. Decyzja, którą podjął jakiś czas temu, ciążyła mu na sercu, ale nie miał zamiaru jej zmieniać. Dawna rozmowa z Morganą po chwili wysiłku zastąpiła króla błądzącego w jego myślach.

– Nie musi tak być. Możemy znaleźć inną drogę.
– Nie ma innej drogi.

Nie ma innej drogi. Już nie ma potrzeby się ukrywać.

Wybrał główną bramę. Już nigdy nie będzie się ukrywał, nie będzie udawał idioty i tchórza. Strażnicy wystawili przeciw niemu lśniące w blasku księżyca halabardy – on wysunął w ich stronę dłonie i zacisnął pięści. Gdyby przetrzymał ich trochę dłużej, opadliby na ziemię bez życia. Merlin cofnął zaklęcie i minął żołnierzy, nie patrząc jak w omdleniu osuwają się po ścianach. Dwóch rycerzy, których imion nie zamierzał sobie przypominać, zakreśliło w powietrzu idealny łuk i upadło z hukiem na szare kamienie. To mogło kogoś zaalarmować, ale dla Merlina nie miało to już żadnego znaczenia. Ruszył prosto przez środek dziedzińca, zostawiając za sobą pokonanych strażników. Wrota zamku rozwarły się przed nim gwałtownie, odbijając się od ścian. Pochodnie przed nim same stawały w ogniu. Kilku kolejnych rycerzy upadło na podłogę, ledwo go zauważając. Tępy ból głowy stawał się nie do zniesienia… Nagle wszystko ustało.

Merlin odetchnął, z ulgą wypuszczając z płuc powietrze. Poczuł się jak nowo narodzony. Poczucie winy zostało za nim, w poprzednim korytarzu, teraz liczył się tylko ból, tylko gniew, tylko zemsta. Zrealizowanie planu. Dopięcie swego. Stary Merlin, ten, który jeszcze przed chwilą był tak głośny, nadal podsuwał mu gorzkie myśli – że triumf nad przyjaciółmi nie zapewni mu satysfakcji, że droga, którą wybiera, nie przyniesie mu szczęścia, że nie spełni on już swojego przeznaczenia. Ale z każdym dniem Merlin miał coraz bardziej dość. Lancelot, który znał prawdę, oddał życie za coś, co nie ma tak naprawdę wartości, jaką powinno mieć.

Merlin chciał pozostać po dobrej stronie, ale taka już nie istniała. Jakkolwiek by się starał, Artur pozostanie synem Uthera. Cokolwiek by zrobił, Artur mimo wszystkich swoich zalet nie poradzi sobie sam przez moment.

Artur wciąż będzie przeprowadzał egzekucje. Nigdy nie zmyje litością magicznej krwi ze swoich rąk.

Nie wspominając o tym, że dwie godziny temu w królu nie było ani grama litości. Próbując nie przypominać sobie słów Artura, rozbrzmiewających nad szubienicą, ani tych, jakie wypowiedział Merlinowi prosto w twarz.

Król żyje w słodkiej nieświadomości. Dlatego jego serce jest całe. Ale również dlatego król nie poczuł, jak serce jego sługi jest łamane.

Wyrzuty sumienia wydają się już śmieszne. Dopóki jego serce mogło czuć Artura blisko siebie, jako dzielnego i dobrego człowieka, nigdy nie pojawiła się w nim myśl, aby sprzeciwić się przeznaczeniu. Ciężar jego losu był niczym, przeznaczenie – tylko drogowskazem, ale to Merlin wiedział, dlaczego oddałby wszystko za Artura Pendragona. To wszystko, za co Merlin kochał go jak brata, nie ma już jednak większego znaczenia. Powinno mieć – ale nie ma. Jest tylko pustka. Czarna, ziejąca tą pustką dziura. W miejscu, w którym powinno być serce.

Ale, kiedy ból ustał, Merlin poczuł, że pozostał w nim z tego serca jeszcze kawałek. Kawałek o ostrych krawędziach, jak fragment potłuczonej tafli szkła. Ale on też powinien potrafić czemuś się poświęcić. Czemuś, co nie będzie w stanie pokruszyć go jeszcze drobniej.

Rycerz, który wybiegł mu na spotkanie, był samotny. Merlin powstrzymał jego miecz, niedbale machając ręką, a potem podszedł bliżej niego.

– Nie musisz się mnie obawiać – powiedział brzmiącym złowrogo szeptem. – Wystarczy, że oznajmisz swojej pani, że przybyłem do niej na spotkanie.

Merlin wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że potrafi wyartykułować takie dźwięki. Nigdy nie miał okazji spróbować. Żołnierz wyglądał na wystraszonego. Zauważył w jego oczach to samo, co było w oczach Morgany, to było pewne. Niemal mu się ukłonił, podniósł miecz, ale szybko schował go do pochwy i zniknął w kolejnym korytarzu. Merlin postał jeszcze chwilę w miejscu, wyglądając przez okno na dziedziniec. Dzwon zabił kilka razy, ale już się uciszył. Morgana najpewniej sprawdziła już, że tajne wejścia są nietknięte, a gość, którego opisał jej rycerz, przybył do niej sam. Pewnie uznała to za głupotę. Na początku, zanim żołnierz powiedział jej, że przybysz zostawił za sobą ślad składający się z nieprzytomnych Południowców. Niewiedza wzmaga strach.

Teraz Merlin już się tak nie spieszył. Powoli stawiał swoje kroki, z przyjemnością wysłuchując ich dźwięku. Przez całe życie sprawnie i szybko przemykał wśród innych ludzi, nie zwracając na siebie ich uwagi. Od dziś to inni będą usuwać mu się z drogi.

Merlin wszedł do Sali Tronowej. Splótł ręce za plecami, kiedy zorientował się, że lekko drżą. Pewność wyboru i własnej siły nie zwykły uciszać nerwów. Mógłby zdobyć to samemu, ale nie chciał być już dłużej samotny. Poza tym, bez Morgany byłoby smutno. Bez niej byłby samotny. I wiedział, że może sprawić, aby Morgana była szczęśliwa. Jeżeli tylko zechce być.

Drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Tym razem to nie była jego zasługa, ale też nie był zbytnio zaskoczony. Mógł się spodziewać, że kiedy wejdzie do gniazda wroga, nie wypuszczą go zbyt chętnie. W Sali panował półmrok. Sztandary i herby zdarte przemocą ze ścian leżały wokół filarów, jakieś drobiazgi i puchary do wina pobrzękiwały lekko, gdy któryś ze strażników potracił je przypadkowo. Szepty urwały się nagle.

– Wynosić się – głos Morgany miał w sobie jakąś metaliczną siłę. Merlin dawno go nie słyszał, zdawało mu się, jakby zmienił barwę na bardziej ostrą.

Nie bardzo miał pojęcie, kim byli zebrani tutaj ludzie, ale nie musiał się tym przejmować, gdyż polecenie Morgany było nad wyraz jasne. W mroku panującym u końca długiej sali Merlin niczego nie dostrzegł, ale usłyszał otwierane i zamykane w pośpiechu boczne drzwi. Opanował drżenie rąk i ruszył naprzód wolnym krokiem. Miał nadzieję, że dawny Merlin nie odezwie się w jego głowie w najmniej odpowiednim momencie. Pochodnie zapaliły się efektownie, gdy, w niemal całkowitej już ciemności, dotarł prawie do samego tronu. Szedł tą droga tyle razy, że nikt nie musiał mu mówić, w jakim miejscu się znajduje. Wzrok skierował na posadzkę. I bez patrzenia przed siebie doskonale widział w swojej głowie zaskoczoną Morganę.

To wszystko było przecież bez znaczenia, naprawdę. Bez znaczenia było, że to najpotężniejsza wiedźma na ziemi. Nie miało znaczenia to, że była prorokinią. Jakże śmieszny wydawał się rycerz, który opisał jej przybysza. To nie mógł być Merlin. Ten mężczyzna w niebieskiej koszuli i brązowej, skórzanej kurtce nie mógł być Merlinem. Człowiek, który wszedł do zamku jak do siebie, wręcz zmuszając ją do przybycia tutaj, nie mógł nim być. To wszystko przecież… było kompletnie bez znaczenia. To niemożliwe.

A jednak, pomyślał mściwie Merlin. Bez względu na plany, wiedźma nadal nie była jego sprzymierzeńcem. Wyjście jej pewności naprzeciw zawsze było satysfakcjonujące.

– Merlin? – ton jej głosu utracił twardą barwę, ale tak naprawdę nie stracił na sile.

Mężczyzna uniósł wzrok.

Morgana miała na sobie swoją czarną jak pochmurna noc, koronkową suknię. Ciemne loki, przewiązane w pośpiechu kilkoma rzemykami, opadały na jej ramiona w nieładzie. Zaskoczenie już znikło z jej zmęczonej twarzy. Tak, zmęczonej. Merlin domyślał się, że w obecnej sytuacji nie spała zbyt wiele. Cienie pod oczami nie były jednak aż tak widoczne, zwłaszcza, kiedy Morgana uśmiechała się promiennie, jak teraz. Myśli, że ma cię w garści. Dawny Merlin widocznie postanowił się odizolować i zwracać się do niego w drugiej osobie. To było nawet zaletą. Myśli dawnego Merlina nie zaprzątał misterny plan ani zwątpienie w Artura, może dlatego, że on sam był właśnie myślą… Dopiero po chwili Merlin dostrzegł stojącego po prawej stronie tronu umięśnionego, czarnoskórego wojownika w bogatej, ale skórzanej zbroi. Mężczyzna miał pewny siebie wyraz twarzy, trochę zbyt dumny. Stał oczywiście na drodze, ale w tym momencie nie miał już dla Merlina żadnego znaczenia. Żaden wojownik mu nie przeszkodzi, to rzecz, której mógł być pewien.

– Morgano – Merlin opadł przed nią na jedno kolano, jak rycerz podczas pasowania, i szybko wstał.

Kolejny błysk zaskoczenia. Cóż, Merlin był prawdopodobnie ostatnią osobą, która miałaby się przed nią pokłonić dobrowolnie, wliczając samego Artura. Jakkolwiek oddalili się od siebie już dawno temu, Morgana bardzo dobrze znała jego hierarchię wartości. Przynajmniej taką, jaką wyznawał wtedy. Nie nazwał jej jednak królową, co było dość proste do zinterpretowania.

– Więcej szacunku, psie! – wycharczał ciemnoskóry mężczyzna, prawdopodobnie przywódca pomagających Morganie Południowców. – Wchodzisz tu jak do siebie i mówisz do swojej królowej!

– Nie bądź niegrzeczny, Heliosie. Merlin rozmawia ze mną, nie z tobą – powiedziała Morgana, odzyskując rezon.

– Masz rację… Heliosie. Wszedłem do siebie i rozmawiam ze swoją królową – słowo „swoją” zaakceptował w taki sposób, jakby wiedźma rzeczywiście była jego własnością, chociaż jego twarz pozostała spokojna i skupiona.

Morgana zadrżała. Dobrze. Helios wręcz zagotował się ze złości. Widocznie łatwo się denerwował. Gdyby nie jego karnacja, pewnie by poczerwieniał. Teraz jednak tylko wysyczał coś szeptem, zatrzymywany przez niemy nakaz Morgany. Kobieta odetchnęła głęboko. Merlin niemal czuł zawrotny bieg myśli w jej głowie.

– Zostaw nas samych – rzekła cicho.

Oczywiście, nakaz skierowany był do Heliosa. Wojownik spojrzał na nią z zaskoczeniem.

– Nie oddalaj mnie, pani. Najpewniej znasz tego człowieka, ale nie wyraża on odpowiedniego szacunku w stosunku do ciebie. Chętnie nauczę go odpowiedniego zachowania. Poza tym, nie powinnaś zostawać z nim sama, ten Merlin dotarł aż tutaj, zostawiając za sobą omdlałych rycerzy…

– Czy ty mi właśnie wydałeś rozkaz? – jej głos był stanowczo zbyt cichy. Niebezpieczny. Obiecujący.

Merlin przeniósł ciężar ciała na druga nogę, miał ochotę odchrząknąć. Z pewnością oblizał wargi, kiedy pozbywał się go ze swojej głowy.

– Nie, oczywiście, że nie, pani. Wybacz, jeśli to tak zabrzmiało – starał się wyglądać pewnie, w końcu miał pod sobą armię wojowników.

Nie był jednak dość silny. Stracił siłę, poddając się urokowi Morgany. Pozostał mu teraz tylko strach i nadzieja na użyteczność. W kręgach, w jakich zdecydował się żyć, nieużytecznych się wyrzuca.

Merlin uśmiechnął się lekko. W żadnym wypadku wesoło, po prostu z satysfakcji. Wiedźma potrafiła doskonale interpretować ludzkie emocje.

– Skoro tak, nie widzę powodu, dla którego miałbyś nie wykonać mojego polecenia – spojrzała na niego z ironicznym uśmiechem. – Wynoś się.

Mężczyzna z desperacją starał się zachować pewność siebie. Spojrzał na Merlina z pewna dozą wyższości i odwrócił się w stronę bocznych drzwi. Czarownik wytrzymał spojrzenie i przeniósł wzrok na Morganę. Wyglądała na zaciekawioną.

– Nie jesteś tym, kim byłeś. Ani tym, kogo udawałeś – wiedźma rozsiadła się wygodnie na tronie, skupiona na odgłosach kroków Heliosa.

– Zaskoczona? – spojrzał na nią intensywnie.

– Jeszcze nie.

Bardzo intensywnie. Morgana nie odwróciła wzroku. Każda inna kobieta stopniałaby jak lód, opadła przed nim na kolana. Cóż, ona wyglądała na poruszoną. Na to liczył.

– Zaskocz mnie.

CDN

Morgause de Saint

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *