Twórczość Jedynkowicza

Wiadomość była jasna. Pozbył się przyjaciela z łatwością i teraz wspinał się na dach budynku po wąskich, pożarowych schodach. Było mu gorąco, ale nie zdjął szalika. Otworzył ciężkie drzwi i wyszedł na zewnątrz. Parzące promienie słońca opadły na jego twarz, wyjątkowo parny dzień wybrali sobie na konfrontację. Drugi mężczyzna już na niego czekał. Mimo pogody miał na sobie świetnie skrojony, błękitny garnitur z metką Westwood, która niemal wystawała zza jego paska. Dobrze, może nie wystawała, on po prostu to zauważył, we właściwy sobie sposób, mniejszą uwagę skupiając już na białej koszuli z zaokrąglonym kołnierzykiem i wzorzystym krawacie. Czyżby czaszki? Czarne włosy zaczesane były gładko do tyłu i błyszczały lekko od żelu. Na jego widok mężczyzna uśmiechnął się szeroko, bez sympatii, ale również bez żadnej nutki gniewu. W połączeniu z iskrami w jego oczach, był to raczej uśmiech szaleńca, który dostał w ręce swoją ulubioną zabawkę.

– Witaj – powiedział radośnie, zakładając ręce za plecami. – Miło mi, że zdecydowałeś się dołączyć.

– Tak, mnie też – podszedł bliżej, okrążając mężczyznę i wychylając się poza krawędź dachu.

– Wysoko, prawda? – ostentacyjne strzepnięcie z garnituru niewidzialnych pyłków i mężczyzna już dołączył do niego przy krawędzi.

– O czym chciałeś porozmawiać, że wybrałeś tak dramatyczne miejsce?

– Och, miejsce jest idealne. Lubię cię, poświęciłem ci mnóstwo czasu, ale oczywiście z korzyścią dla mnie, dzięki temu całe to życie nie było aż takie nudne. Jednak czas się pożegnać. Każda gra kiedyś się kończy, ktoś wygrywa, a ktoś przegrywa.

– A ty jesteś pewien, że wygrasz.

– Już wygrałem.

Mężczyzna wskazał ręką budynek naprzeciw. Nowoczesny biurowiec ze ścianami jakby ze szkła, ze względu na liczbę okien.

– O, tam – wskazał na piętro na wprost nich – jest mój przyjaciel.

– Dobrze jest mieć przyjaciół – odparł, zachowując twarz bez wyrazu.

– Teraz popatrz w dół.

Pod budynkiem szpitala zatrzymała się czarna, londyńska taksówka. Wysiadł z niej ktoś, kto nie powinien tutaj teraz być.

– Taak, w rzeczy samej, cudownie. Myślałeś kiedyś jak to jest: nagle ich nie mieć i to z własnej winy?

– Myślę o tym cały czas.

Mężczyzna wskazał teraz drobny budynek przypominający warsztat – tuż u stóp szpitala.

– Tam też chyba kogoś znam. I w pobliżu twojego mieszkania. I tam, gdzie pracujesz. Takie… rozstawienie pionków.

– Czego oczekujesz? – jego głos po raz pierwszy zadrżał. Cena była zbyt wysoka, aby dyskutować.

– Mówiłem, gra skończona. Ostatni ruch to zbicie króla – ciebie – lub twoich pionków, co spowoduje, że zbijesz się sam – ten sam radosny uśmiech. – Wybór należy do króla.

`No greater love hath a man than he lay down his life for his brother.`

Osoba, której nie powinno tu wcale być, zmierzała do budynku, więc wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer, który znał na pamięć. Zatrzymała się.

– Byłem w domu, fałszywy alarm, nie mam pojęcia, jak to się stało. Gdzie jesteś i dlaczego dzwonisz? Zawsze piszesz.

– Wybacz mi – powiedział spokojnym głosem, choć po jego policzku spłynęła łza. – Przykro mi, że cię w to wmieszałem, ale to była moja rozgrywka.

– O co chodzi? Ja… gdzie jesteś i dlaczego tak brzmisz? Wchodzę właśnie do szpitala.

– Stój tam, gdzie stoisz! Nie ruszaj się!

– Dobrze, spokojnie, stoję.

– Popatrz w górę.

Popatrzył. I dostrzegł go na krawędzi.

– Żadna nagroda cię za to nie spotka, kompletnie nic – mężczyzna za nim spacerował wzdłuż krawędzi, jednak odsunięty od niej. – Nic za to nie dostaniesz. Wciąż nie rozumiem, dlaczego chcesz to zrobić. Nigdy nie zrozumiem ludzi.

`Not for millions, not for glory, not for fame.`

– Ktoś jest tam z tobą?

– Nie, nikogo nie ma. Tylko ja i moje myśli.

– Nie rozumiem, dlaczego…

– Ja też nie. Nie wiem też, dlaczego dzwonię. Ale to chyba to, co ludzie robią. Zostawiają listy.

– Ja… wyjaśnij mi, zasługuję na wyjaśnienie.

Wciśnięcie przycisku ‚rozłącz’ kosztowało go wiele wysiłku. Nigdy się do tego nie przyzna, nikt nikomu o tym nie powie. Nikt nigdy się nie dowie.

Ale po deszczu przyjdzie słońce i życie i to o wiele lepsze, niż nie angażowanie się. Skoro w grze ktoś musi zginąć, niech to będzie ten, który nie poradzi sobie bez życia, nie samo życie. Król i pionek to pojęcia względne, czasem siedzisz, czasem klęczysz, zależnie od kart losu. Tym razem królem był on, bo to on decydował, kogo ocalić. A prawdziwy król dba o innych, nie o siebie, prawda? W tej krótkiej chwili świat się skończy i jednocześnie zostanie ocalony, nadejdzie ból, ale dzięki niemu szczęście. Nigdy nie był tak zdecydowany. Odetchnął głęboko. Serce, jak zwykle wbrew rozumowi, waliło jak szalone, przeczuwając, co ma się wydarzyć. Mężczyzna z tyłu wydał z siebie zadowolony pomruk.

Zrobił krok.

`For one person, in the dark where no one will ever know and see’

Morgause de Saint

Kontynuacja na blogu: http://morgause-de-saint.blogspot.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *