Pytania i odpowiedź

Portal internetowy. Wiele jest dziś takich. Jako współczesna nastolatka i użytkowniczka internetu, założyłam konta na kilku . Jestem również czytelniczką i widzem, czytam książki i mniej popularne prace innych ludzi oraz oglądam filmy i seriale, które uważam za interesujące. Niektóre z rzeczy, z którymi się zetknęłam, okazały się dość genialne, abym została ich fanką. Podczas gdy ludzie przerywają swoje życie na to, co nazywają ‚rozrywką’, moje życie to ‚rozrywka’, przerywana snem i nauką.

Nazywają nas ‚fangirls‚, co pochodzi z angielskiego i brzmi trochę lepiej niż zwykły, pospolity fan lub fanka. Wbrew pozorom nie jest to wcale marnowanie swojego czasu, zajęcia fangirls są bardzo różnorodne i często pokazują naszą główną cechę: kreatywność. Kiedy zwykły człowiek po prostu czyta lub ogląda, my analizujemy, widzimy najdrobniejsze szczegóły, ujawniamy małe dzieła sztuki związane z tematem, piszemy, tworzymy. Dla nas jest to dobre. Każdy powinien żyć tak, jak chce, prawda? Dodatkowo jesteśmy jedną, wielką rodziną, bez względu na pochodzenie, wiek i charakter. Wszystko dzięki internetowi. Ale wróćmy do portalu. Mam na myśli konkretny, służący do odpowiadania i zadawania pytań innym. Zawsze lubiłam odpowiadać na pytania. Wystarczy założyć konto, stworzyć swój mini profil, gdzie możesz opisać siebie w kilku słowach. Dzięki temu znajdujesz ludzi podobnych do siebie, z którymi rozmawiasz, o czym chcesz. Tam poznałam większość mojej fandomowej rodziny. Jednak odchodząc od tego, prawdziwą zaletą takiego portalu jest możliwość zadania nurtującego cię pytania bez wcześniejszej rozmowy. To niezbyt możliwe w realnym świecie, podejść do kogoś i zapytać o coś, co cię interesuje, bez wymieniania średnio inteligentnych zdań o pogodzie. Jako introwertyczkę, męczą mnie trochę rozmowy o niczym, które nie mają określonego celu. Dlatego właśnie taki portal jest błogosławieństwem. I dziś ponownie przekonałam się, jakim, kiedy ktoś ponownie zadał mi pytanie. Czy podszedł do was kiedyś ktoś, aby zapytać: „Przepraszam, masz może listę książek, które zamierzasz przeczytać? Interesuje mnie, czy masz jakieś plany w tym kierunku, czy w ogóle nadal czytasz, co preferujesz. Być może wybiorę spośród nich coś, co mnie zaciekawi”. Nie? Do mnie również nikt nigdy tak nie powiedział. Ktoś do mnie napisał. W końcu zmotywowało mnie to do zrobienia tej prawdziwej listy, którą nosiłam w głowie. Coś mi polecono, o czymś słyszałam, coś planowałam już od bardzo dawna. Wyszło ‚tylko’ jedenaście punktów. W jednym z nich miałam trylogię, z drugim całą serię książek jednego autora, więc proszę nie bulwersować się ilością. W sumie, trochę mnie ta lista przeraziła, kiedy w końcu zrozumiałam, ile mam jeszcze do przeczytania. Zwyczajne pytanie z tego portalu, raczej bez polotu: „Co się najbardziej martwi?” Znajoma, którą obserwuję, wyrażająca dokładnie moje myśli: „Nie zdążę przeczytać wszystkich książek, obejrzeć wszystkich filmów, odsłuchać każdego utworu, nie zobaczę wszystkich miejsc, nie pojmę świata w całości”. Pesymistyczna myśl. Tragedia nielicznych, którzy sobie to uświadomili. Nic nie poradzę na to, że urodziłam się wśród osób, którym nie wystarczy być w jednym miejscu i mieć jedną rzecz, osiągnąć cel i umrzeć spełnionym. Wtedy jest się zwyczajnym. Jako fangirl, mogę odpowiedzieć tylko cytatem z ulubionego serialu: „Czy zwyczajni ludzie nie są uroczy?”* Trzeba się rozglądać, szukać, znajdować, kochać. Nie wolno nam się ograniczać. Jak, kiedy człowiek potrzebuje przede wszystkim akceptacji, a społeczeństwo akceptuje grzeczność i posłuszeństwo, zarabianie pieniędzy, podążanie za tłumem? Jednak „Bardzo trudno jest złu pojmać duszę, która się na to nie zgadza”.** Skąd znam ten cytat, dlaczego zastanawiam się w ogóle nad tym, ile do poznania i zobaczenia, zamiast grzecznie zająć się czymś normalnym? Ponieważ czytam książki.

Jeśli mam być szczera, ostatnio czytam mniej. Staram się przyzwoicie uczyć, pomagać rodzicom, wychodzić na zewnątrz, ponadto mój krąg zainteresowań, to – jak wspominałam – także filmy i seriale. Już przez dłuższy czas męczę „Kapitan Christine”. Uparcie odmawiam nazywania bohaterki Krystyną, gdyż uważam, że tłumacze nie powinni zabierać się za imiona. Może również dlatego, że mam sentyment do języka angielskiego i czasem uważam, że coś brzmi w nim o wiele lepiej. Tak czy inaczej, codziennie walczę ze sobą, aby czytać więcej. Mam chociaż to, że walczę, kiedy niektórzy zapomnieli, że książki w ogóle istnieją. Tak, właśnie uświadomiłam sobie, że istnieje kilka pozycji na punkt nr 12. Wiem, że powinnam się cieszyć, ale w kontekście wcześniejszych przemyśleń, to raczej smutne.

Pozornie książka to okładka i trochę zadrukowanego papieru w środku. Zadrukowana słowami, które kiedyś powiedział lub pomyślał ktoś inny. Zwyczajni ludzie stwierdzą, że niepotrzebne im zdanie innych, kiedy mają swoje. Swoje zdanie, złożone z gazet, telewizji i plotek, tego nie dodadzą. Trochę dziwnie, myśleć o tym, że czytanie Tokiena czy Rowling pomoże nam pozostać świadomymi. W końcu to fantasy, dzieje się poza naszymi realiami. Ale czy świadomość nie jest związana z mądrością, inteligencją, którą dzięki jakiemukolwiek słowu pisanemu możemy ćwiczyć? Tak naprawdę tekst książki, o czymkolwiek jest, służy przede wszystkim do zastanowienia. Człowiek, który się zastanawia, nie jest zwyczajny. Jest inny. To również jest smutne, skoro zastanawianie się, myślenie, szukanie to powód do wyróżnienia. Po przecież to oznacza, że zazwyczaj ludzie tego nie robią. Nie myślą. A podobno to właśnie myślenie oddziela nas on innych zwierząt. To coś w stylu tego, co napisał Camus w „Dżumie”. Parafrazując, nie należy zbytnio wyróżniać dobra, bo wtedy wydaje się, że to dobro było rzadkie, a zło i niegodziwość dominowały. Dlatego skończę pisanie o wyższości myślenia, mając nadzieję, że jednak większość osób nadal to praktykuje. Niestety, to właśnie najgorsza wada naszych pięknych, zaawansowanych technicznie czasów: nastawienie na branie, zamiast kreatywność i dawanie.

Obecnie zagadnienia książki nie można zamknąć tylko i wyłącznie w kontekście papieru i druku. Oczywiście, wolę tę wersję o wiele bardziej, nie wspominając nawet o motylach w brzuchu, kiedy czuje się zapach nowej książki, świeżo zadrukowanej. To w pewnym momencie było nawet dla mnie całkiem zabawne, bo zapałałam miłością do podręczników matematycznych – co było bardzo, bardzo dziwne – gdyż pochodziły one prosto z drukarni. W tych czasach jednak książka to również jej tekst zapisany na komputerze, w pliku, który można szybko i efektywnie przesłać czy ściągnąć, a potem zawsze mieć pod ręką, jeśli ma się dostęp do odpowiedniego urządzenia. W takich chwilach pomaga mi przyjaźń z pewną osobą. Tak naprawdę codziennie się dziwię, jakim cudem jesteśmy przyjaciółmi. Nie ma ani jednej rzeczy, która by nas łączyła. Nie interesują go wcale rzeczy, którymi interesuję się ja, zresztą z wzajemnością. Jest naukowcem, informatykiem, matematykiem, geniuszem tak naprawdę i do tego ateistą, podczas gdy ja jestem humanistą, filozofem i chrześcijanką. Może przyjaźnię się z nim dlatego, że dyskusja o naszych poglądach i ścieranie się ich daje nam sporo przyjemności. Jak dotąd nie udało mu się przekonać mnie do ateizmu na przykład, chociaż próbował: miałam dobre wsparcie w Karlu Jaspersie, którego czytałam, a który miał argumenty nie do zbicia. Ale to nie miejsce na to. Chodzi o to, że dzieli nas również podejście do książek. Kiedy mówię, że muszę iść do biblioteki, on się śmieje. Kilka kliknięć komputerową myszą i ma tekst na swoim komputerze, jeśli w ogóle zamierza coś przeczytać. Bulwersujące. Irytujące. Kolejny temat do dyskusji. To miłe, że dopóki go znam, nie przestanę dyskutować. Tak czy inaczej, to podważa trochę moje wcześniejsze słowa o czytaniu. Bo tak naprawdę on niewiele czyta, ale z pewnością nie jest zwyczajny. Wniosek jest taki, że oprócz książek, są inne źródła świadomości. Albo trzeba się po prostu urodzić matematycznym geniuszem. Mi pozostają one.

Być może mam do nich taki sentyment, ponieważ zamierzam kiedyś napisać własną. Nie wiem, czy fabularną, taką, którą inni mogliby pokochać tak, jak ja kocham „Świat Zofii” czy przede wszystkim uniwersa Harry’ego Pottera i Władcy Pierścieni. A może napiszę zbiór krótkich prac na pograniczu literatury, które wyrażą część mnie. Wydaje się jednak, że to, że coś napiszę, jest jakąś stałą we wszechświecie. Taką jak to, że to, co zdążyłam już przeczytać, jest częścią mnie, a autorzy, po których sięgnęłam, ukształtowały moją rzeczywistość i naturalnie wpłynęły na to, co napisałam tutaj i co napiszę w przyszłości. Słowa mają ogromną moc, nawet pojedyncze. Jaką więc moc mają książki, zawierające tysiące, miliony słów?

Stawiam pytanie: czym są książki? I odpowiadam, chociaż to mała część tego, co można by napisać: książki to przeszłość, teraźniejszość i mam nadzieję przyszłość. A więc wszystko, co jest i co posiadamy lub nie. To spadek mądrości po naszych przodkach. Dowód na to, że myśleli, że poszukiwali, że kochali i nienawidzili, a swoje uczucia przelewali na papier i przekazywali innym. Każdemu z nas zdarza się być w życiu przez chwilę pisarzem, szanujmy więc tych, którzy odważyli się pozostać nimi na zawsze oraz ich dzieła, zmieniające świat. Zarówno te dobre, jak i te złe, bo każde z nich odzwierciedla duszę autora. Duszę człowieka takiego, jak my.

* Cytat z mojego ulubionego serialu „Sherlock”, współczesnej adaptacji opowiadań o detektywie Sherlocku Holmesie. Kwestia wypowiedziana przez antagonistę, Moriarty’ego.

** „Czarnoksiężnik z Archipelagu” Ursuli Le Guin

Kamila Matuszewska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *