Przeczytasz moją książkę?

Większość nastolatków w moim wieku to normalni ludzie, mają szczęśliwe rodziny, których harmonię mogą zakłócić tylko jakieś drobne sprzeczki, nie wiedzą co ich czeka w przyszłości i żyją chwilą. Tylko ja jestem odmieńcem. Ja posiadam ten przeklęty „dar”. Miewam sny prorocze, które jakoś zawsze się spełniają. Wszystko zaczęło się pewnej nocy, gdy wróciłam z imprezy. Przyznaję, za dużo wtedy wypiłam i ktoś dał mi do spróbowania pewną tabletkę. Widziałam po tym różne dziwne rzeczy, jak różowe nietoperze, jednorożce z fioletowymi grzywami i mnóstwo takich. Nie wiem jak dotarłam do domu, ale podejrzewam, że nie było łatwo zwracając uwagę na stan, w którym się znajdowałam.

Wróciwszy do domu, podpełzłam do swojego pokoju i od razu rzuciłam się na łóżko. Nie minęło dużo czasu, a już spałam jak zabita. Śnili mi się moi dziadkowie podczas powrotu z sanatorium. Śniła mi się ich śmierć. Widziałam jak jechali samochodem, radośni i wypoczęci nucili jakąś piosenkę z repertuaru Elvisa Presleya. Nagle, ni stąd, ni zowąd przejechała obok ich samochodu trójka motocyklistów, pędzili jak szaleni, ich liczniki przekraczały wtedy 170 km/h. Kiedy w końcu hałas ich silników ustał, nastąpił wybuch. Był tak ogłuszający, że zbudziłby niejednego trupa pod ziemią. Po chwili auto dziadków, pod wpływem drgania ziemi, oderwało się od jezdni i zaczęło koziołkować do tyłu. Na wprost ich oczu ukazała się wielka chmura dymu i ognia. Potem nie widzieli już nic, odeszli.

Obudziłam się nad ranem przed oczami ciągle mając tamten dzień, w ustach czując dym i pocąc się niemiłosiernie. Czym prędzej zbiegłam na dół, do kuchni, gdzie mama przygotowywała niedzielne śniadanie.

– Mamo! Mamo! Nie uwierzysz, co mi się śniło! To babcia, dziadek…oni…zagraża im niebezpieczeństwo ! Oni muszą zostać jeszcze tydzień w sanatorium! – krzyczałam ze łzami w oczach. Mama spojrzała na mnie z niedowierzeniem. „Jest piękna, odziedziczyła urodę po babci” –pomyślałam odruchowo. Taka była rzeczywiście. Długie blond włosy łagodnie opadały jej na ramiona, ubrana w krótkie szorty i szarą bluzę taty wyglądała jak siedemnastolatka, a nie dorosła kobieta, która urodziła dziecko. W prawej ręce trzymała patelnię, a w lewej widelec. Robiła jajecznicę. Teraz stała wbita w ziemię i z rozszerzonymi oczami wpatrywała się we mnie.

– Ale co ty mówisz, Lui. Dziadkom nic nie zagraża, dzisiaj wracają i nie mogą…

– Nic nie rozumiesz! Oni zginą, mamo! Dzisiaj jest ich dzień! Widziałam to… Znowu miałam sen.

– Opowiedz nam o nim – poprosił tata, który dotychczas siedział przy stole i w milczeniu czytał gazetę.

– Podczas dzisiejszego powrotu przejedzie koło nich grupa motocyklistów. Po chwili nastąpi wybuch, ich samochód odrzuci do tyłu, a oni sami zginą w tym czasie! Miasto spłonie! – wykrzyknęłam jednym tchem.

– Hmm.., nie wydaję mi się żeby było to wiarygodne, Luizo. Chyba potrzebujesz porady lekarza, umówię cię na wizytę u psychologa na następny tydzień, zgoda? – spytał ojciec uśmiechając się do mnie.

– Nie! Nic nie rozumiecie! Mamo, powiedz mu! – z rozpaczą w oczach gapiłam się na matkę, a ona stojąc przy stole, obgryzała paznokieć. Zaczynałam panikować.

– Dobra, zgoda, zadzwonię do nich. – powiedziała i od razu zaczęła wybierać numer telefonu babci.

Opadłam na krzesło. „Jak oni mogą mi nie wierzyć? Przecież to rodzice matki, zwłaszcza ona powinna to zrozumieć…” – myślałam gorączkowo.

– Ostrzegłam dziadka, żeby jechał dziś ostrożnie, obiecał, że pojadą prosto do domu i postarają się trzymać z dala od dużych miast. Jednak wyjechać muszą dziś, ich termin urlopu właśnie się kończy. Nic więcej zrobić nie możemy, bądź spokojna, wszystko będzie dobrze. – rzekła mama podając mi talerz z pachnącą jajecznicą i świeżymi bułkami.

– Nie jestem głodna. – powiedziałam – pójdę do siebie.

Wbiegłam schodami na górę, rzuciłam się na łóżko i rozkręciłam muzykę w słuchawkach. Nic więcej nie dam rady zrobić, mój sen się sprawdzi, dziadkowie umrą, a mama będzie miała wyrzuty sumienia, że mi nie uwierzyła. Co jeszcze mogę zrobić?

Od tamtego czasu minęły już dwa lata. Pogrzeb dziadków odbył się trzy dni po tamtej niedzieli. Nie poszłam na niego. Mama się załamała i wpadła w depresję. Dni mijały monotonnie, wszyscy mieli mi za złe, że przepowiedziałam śmierć dziadkom. A przecież ja ich ostrzegałam. Mam teraz 17 lat, moi rodzice się rozwiedli pod wpływem częstych sprzeczek na mój temat, a ja sama mam na swoim koncie ogromne wybryki w szkole, parę bijatyk, pyskowanie do nauczycieli i kilkakrotne zażycie narkotyków. Cóż, wyrosło ze mnie niezłe ziółko.

Jestem właśnie na komisariacie. Za chwilę będę miała rozmowę na temat mojego ostatniego wybryku w budzie. Rozniosłam klasę chemiczną. Dosłownie. Stworzyłam masę pirotechniczną, o której ostatnio mówiliśmy na chemii i tydzień później podłożyłam ją pod biurko nauczyciela po skończeniu lekcji. Wybuch nie był taki, jak się spodziewałam, ale przynajmniej eksplodowało biurko, przednie ławki oraz szafki z probówkami. Wszędzie pełno szkła, a w środku tego bałaganu zdenerwowana pani Miller krzycząca w niebogłosy „SOBESTO! Natychmiast do mnie!”. Jedyne, co mnie ciekawi, to to, skąd ta głupia krowa wiedziała, że to akurat moja wina? Żeby okazać jeszcze odrobinę dumy, wchodząc do klasy krzyknęłam udając zaskoczenie :

– Jezus, Maria! Co tu się stało? – i patrzyłam jak wściekła Millerowa dostaje furii , zaczyna tupać nogą o podłogę rozgniatając tym samym resztki probówek, które leżały porozsypywane na całej powierzchni.

 

Marta Perska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *