Merlin 2

– Zaskocz mnie.

Dwa magiczne słowa. Słowa, które miały zmienić wszystko. Nowa era. Jedna strona triumfuje, druga przegrywa. Jedna powstaje, druga ugina się pod nią i rozsypuje w pył.

Odszedł król, porzuciła królową korona. Niech żyje król, niech żyje jego królowa.

Merlin nie odwrócił wzroku. Nie padły żadne magiczne słowa. Zadrżały jedynie porzucone puchary, zadrżał ogień pochodni. Zapłonęły oczy.

*

Nie były to oczy Morgany, oczywiście, że nie. To nie ona miała zaskakiwać, miała być zaskoczona. I była, bo ona również nie odwróciła wzroku, więc nie było to trudne. Osoba, która zawsze kryła się w cieniu, która wyglądała tak niepozornie, która wracała do Artura za każdym razem jak obity pies do swego pana. Ta osoba stała przed nią w pełni gotowa, aby zaskoczyć właśnie ją. Nie była już domowym zwierzątkiem, odrzuciła smycz i zmieniła stronę.

Merlin poddający się jej byłby czymś niezwykłym. Czymś, o czym nie marzyła, o czym nie myślała. Czymś, co było po prostu niemożliwe. Gdyby miała wyznać jedną rzecz, której była absolutnie pewna, wśród wielu przewijających się przez jej głowę wybrałaby Merlina. Merlin, on nigdy nie zostawi Artura. Merlin, on nie jest czarownikiem.

Merlin… on najwidoczniej był człowiekiem, którego nie można być pewnym. Oczy zapłonęły.

*

To były oczy Merlina, oczywiście. Zazwyczaj szaroniebieskie i spokojne, czasem roześmiane, czasem wzburzone. Teraz złote.

Krótki okrzyk zaskoczenia, dźwięk miecza opadającego na kamień. Coś wzniosło Heliosa w powietrze i z ogromną siłą rzuciło nim o filar, pozwalając opaść pośrodku sali. Łoskot opadającego na ziemię ciała. I wcale nie było głośno, a strażnicy nie weszli do środka. Wszystko dlatego, że pośrodku sali położony był dywan, a Helios nosił przecież skórzaną zbroję.

Oczy zgasły. Morgana odwróciła wzrok i z powrotem opadła na oparcie tronu, od którego zdążyła się odsunąć. Wyglądała na bijącą się z myślami. Merlin nadal stał przodem do niej, nie zwracając uwagi na jęczącego Heliosa. Tak jak myślał, zwykły wojownik, nieważne jak silny i okrutny, nie jest żadną przeszkodą. Nie dla niego.

– To niemożliwe – odezwała się Morgana, unosząc głowę.

– Wciąż wierzysz, że są takie rzeczy? – Merlin zaśmiał się gorzko, w końcu odwracając wzrok. Już go to nie  bawiło. – Ja wierzyłem, kiedyś. Ale dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Tak samo, jak dla ciebie.

Oczywiście, Merlin nadal patrzył na Morganę. Nie wwiercał się już jednak w jej własne oczy. Nastał czas na rozmowę, skończyła się bitwa na spojrzenia.

– Jedyna rzecz, jakiej byłam pewna – odparła. – Twoja nie-magiczność. Twoja zwykłość i niezwykłość jednocześnie. Przyjechałeś z prowincji, byłeś miły, spokojny i uśmiechnięty, nawiązywałeś przyjaźnie i znalazłeś miejsce na dworze. Idealnie normalny. A potem pomagałeś, ratowałeś, oddawałeś siebie w zamian za Artura i wciąż mi przeszkadzałeś. Idealnie nienormalny.

Merlin prychnął. Zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne jak zdenerwowany był w środku, na zewnątrz wyglądał nienagannie. Idealnie pewny siebie.

– Na świecie nie ma ideałów – stwierdził, kręcąc lekko głową. – Ideały odwagi odczuwają strach, ideały spokoju krzyczą, ideały mądrości czynią głupie rzeczy. Można tak wymieniać w nieskończoność. A tak naprawdę chodzi o to, że można przez całe życie udawać kogoś zwykłego, a być niezwykłym.

– Jak ty.

Postanowił nie odpowiadać, w końcu nie było to pytanie. Morgana przyglądała mu się z uwagą, po chwili jednak zwróciła uwagę na Heliosa, który próbował podnieść się z posadzki. Zmarszczyła nos. Całkiem uroczo.

– Mówiłam, żebyś się wynosił. Co cię zatrzymało?

– Pani… – Helios wstał z wysiłkiem, trzymając się kurczowo kamiennego filaru. – Co uczyniłem, że postanowiłaś mnie ukarać?

– Och, to nie ja – głos Morgany złapał nutkę wesołości. – To nasz gość. Nie spodobał mu się ton, jakim do niego przemówiłeś.

– Nie wiedziałem, że jest twoim gościem, pani.

Morgana już miała odpowiedzieć, ale Merlin stracił cierpliwość. Pomyślał właśnie, że Artur powinien już wyruszyć. Nie było zbyt wiele czasu.

– Och, błagam – warknął, ponownie zaskakując Morganę. Odwrócił się w stronę Heliosa. – Słyszałem, że jesteś władcą. Królem. Popatrz na siebie. Nie jesteś wart swojego i tak nędznego życia. Wynoś się stąd wreszcie, jeśli chcesz je zachować, inaczej zdecyduję za ciebie.

Merlin spodziewał się tego, co się stanie. Miał jednak nadzieję, że Helios zachowa jasny umysł i wraz z resztkami godności wyjdzie z Sali. Zająłby się nim później. Nie byłby przeszkodą. Ale Helios nie widział w nim potęgi, nie dostrzegał mocy. Nie potrafił. Stał przed nim niezbyt umięśniony mężczyzna w mizernym ubraniu, z mieczem nadal przypiętym u pasa. Nie zrozumiał też słów Morgany. Więc uznał za stosowne chronić swojego honoru.

Ostrożnie okrążył Merlina, który nie spuszczał z niego wzroku. Dotarł do swojego miecza i podniósł go gwałtownym ruchem, mierząc w czarownika.

– Teraz zapłacisz za odzywanie się do mnie w ten sposób, sługo.

Merlin tylko pokręcił głową.

– Nie sądzę.

Było jak z Agravainem. Helios go nie docenił. Zamachnął się, tym razem Merlin wyciągnął przed siebie ręce. Ostatnią reakcją Południowca było zaskoczenie. Jego głowa uderzyła w ścianę, ciało osunęło się na ziemię bez życia. Nastała cisza.

Drzwi otwarły się, do środka wbiegło dwóch strażników. Jeśli byli zaskoczeni widokiem martwego przywódcy, nie dali tego po sobie poznać.

– Wszystko w porządku, pani?

– W najlepszym. Zabierzcie go stąd.

Po chwili Heliosa już nie było. Merlin dokładnie obserwował strażników i zamykane za nimi drzwi. Dopiero potem przeniósł wzrok z powrotem na Morganę. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, za to mężczyzna zdawał sobie sprawę, że patrzy na nią jak na ofiarę, jakby był tym złym. Bo rzeczywiście miał się nim przecież stać.

– Zabiłeś mojego sprzymierzeńca – powiedziała cicho.

– Nie powstrzymałaś mnie – odparł Merlin, przechylając głowę i zmieniając wyraz twarzy na zaciekawiony. – A on nie był do końca sprzymierzeńcem, prawda? Bardziej sługą.

– Był świetnym wojownikiem.

– Irytował cię. Królowa nie powinna się otaczać idiotami.

Morgana nie starała się już ukryć zdziwienia i ciekawości. Wyglądała na ucieszoną nowym Merlinem, który wydawał się być po jej stronie.

– Nie sądzisz, że mogłem przybyć jako szpieg? Sądzisz, że chcę zdradzić Artura?

Spojrzała na niego intensywnie swoimi wszystko-wiedzącymi oczyma o niemożliwym do jednoznacznego określenia, zielono-szarym kolorze. W tym momencie rzeczywiście wyglądała na prorokinię, wwiercała się w głąb jego duszy.

– Myślę, że padłbyś przede mną na kolana i skomlał jak pies. Błagałbyś o ochronę, pokazał marna sztuczkę z płomykiem w dłoni i przeklinał Artura za to, że cię odrzucił. Chciałbyś zostać moim sługą – podniosła się z tronu i zbliżyła się o kilka kroków. – A teraz… nie chcesz nim być, prawda, Merlinie?

Uniosła dłoń i pogładziła go po policzku. Wygiął lekko wargi w pewnym siebie uśmiechu, choć od jego decyzji tyle zależało.

– To ty będziesz służyć mi.

Szerzej otworzyła oczy i zatrzymała dłoń przy jego obojczyku, ale nie zabrała jej.

– Tak sądzisz?

– Jestem pewien.

Opuściła dłoń niżej, zaciskając palce na jego koszuli.

– Skoro myślisz, że możesz mną władać, dlaczego tego nie udowodnisz?

– Nie prowokuj mnie.

– Wiesz kim jestem?

– Doskonale wiem.

– Co sprawia, że uważasz się za lepszego?

– Wcale nie jestem lepszy od ciebie, Morgano. Jestem silniejszy.

Jeżeli ktoś nakryłby ich teraz, uznałby sytuację za schadzkę kochanków. Patrzyli sobie w oczy, dłoń Morgany nadal była kurczowo zaciśnięta na błękitnym materiale jego koszuli, Merlin również wyciągnął dłoń, bawiąc się jej lokami.

– Szukałaś mnie, a ja sam przybyłem do ciebie, Morgano.

Westchnęła lekko, zerkając przez chwilę na dłoń błądzącą w jej włosach.

– Jedyny człowiek, którego szukałam, ma się okazać moja zgubą.

– Chyba, że on sam o tym wie. Swoje własne przeznaczenie zawsze można zmienić, zwłaszcza, jeśli się je zna.

– Więc… jesteś moim przeznaczeniem? Emrysie? – zniżyła głos do szeptu.

Czarownik tylko się uśmiechnął, tym razem szczerze. Dawny Merlin zakwilił cicho w jego głowie i ostatecznie pogodził się z porażką. Przeznaczenie zostało zmienione. I on, Merlin, jako tego główna przyczyna, miał prawo naprowadzić je na nowe tory. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest ono kapryśne, ale był pewien, że da sobie radę. Zawsze dawał.

Pochylił się nad nią boleśnie powoli, wciąż patrząc jej w oczy. To nie miało być tak patetyczne, to miało boleć, ale zdawał sobie sprawę z tego, że ta chwila jest konieczna. Morgana w końcu przestała myśleć, skupiła się tylko na nim. I w tym momencie miała być zaskoczona ponownie, wzięta w niewolę. Merlin przyciągnął ją do siebie bez ostrzeżenia i wpił się w jej usta. Kobieta przywarła do niego, zaciskając na jego ramieniu drugą dłoń i całkowicie oddała się pod jego kontrolę. Objął ją mocno i pogłębił pocałunek, by po chwili zabrać ręce i odsunąć się od niej. Z ust Morgany wyrwał się krótki dźwięk rozczarowania. Osunęła się przed nim na kolana, biorąc głęboki oddech. Popatrzył na nią przez chwilę.

– Wszystko w porządku? – powiedział z nonszalancją, wymijając ją i idąc w kierunku tronu.

– To wszystko… – zamilkła na chwilę, unosząc głowę i odgarniając włosy ze swojej twarzy. – To wszystko możesz sobie tak po prostu zabrać. Jest twoje. Do czego jestem ci potrzebna?

Nadal klęczała na podłodze, ale odwróciła się w jego stronę.

– Jesteś Wysoką Kapłanką, potężną, widzącą wiedźmą.

– Nie będę błagać – powiedziała twardo. – Nie będę twoją własnością. Równam się z tobą.

Merlin nie bez zdziwienia zarejestrował, że jej barwa głosu była taka sama, jak na samym początku ich rozmowy.

– Właśnie dlatego – powiedział cicho i jakby do siebie, jednak kobieta doskonale go słyszała. – Jesteś wyjątkowa.

Podszedł do niej, chwycił delikatnie za ramiona i pomógł jej wstać. Wciąż patrzyła na niego intensywnie, jakby jeszcze nie otrząsnęła się po pocałunku, jednak sprawiała wrażenie niepokonanej. Merlin trafnie odczytał jej myśli – najpewniej wolała z nim walczyć ze świadomością, że prawdopodobnie przegra, niż stać się jego służką. Nie wiedziała, że władzę i poddaństwo można połączyć i to w bardzo satysfakcjonujący sposób.

– Tylko ty możesz się ze mną równać – powiedział miękkim głosem, biorąc jej dłoń w swoją i gładząc ją delikatnie. – Jesteś jedyna. Niepowtarzalna. Masz rację, poradziłbym sobie sam, ale to nie byłoby to samo. Potrzebuję ciebie.

Jej postawa zelżała, ale wciąż patrzyła na niego z nieufnością. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła.

– Oczywiście, że potrzebujesz – niepewnie, ale zabrała rękę. – Ale ja nie będę ci służyć, nie oddam ci korony dobrowolnie. Należy się mnie, noszę nazwisko Pendragon.

Spodziewała się, że może go zdenerwować, ale nic takiego się nie stało. Uśmiechnął się tylko szeroko, niemal jak dawny Merlin.

– Nie, nie rozumiesz. Jesteś królową, więc nie uczynię cię przecież służką. Ale czy nie można tego połączyć? Powiedzieliśmy dzisiaj sobie, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.

Wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się gwałtownym ruchem i ruszył w stronę tronu, zdzierając z siebie po drodze swoja sfatygowaną, skórzaną kurtkę. Stanął na podwyższeniu, oparł nogę na tronie Morgany i odsunął go na bok. Dostrzegł tron Artura ukryty z tyłu, za kolejnymi sztandarami, więc przywołał go zaklęciem i ustawił obok poprzedniego.

– Czyż nie tak powinno to wyglądać? – zapytał głośno, z powrotem odwracając się w stronę sali.

Morgana stała w tym samym miejscu, uważnie go obserwując. Wyglądała na zmieszaną, chyba nie do końca zrozumiała, o co chodziło czarownikowi.

Merlin uśmiechnął się z satysfakcją. Oto jego chwila, nie potrzebował świadków. Oto jego chwała. Ale ona nie musiała już być taka patetyczna, prawda? Więc nie zrobił tego z namaszczeniem, nie czekał na okrzyki, nie spodziewał się aplauzu. Po prostu usiadł. Zasiadł na tronie Camelotu.

Morgana wpatrywała się w niego ze zdumieniem i szacunkiem jednocześnie. Podeszła bliżej, nie spuszczając z niego wzroku.

– Nic nie powiesz? Nie wytłumaczysz? Zostawiłeś mnie obok siebie, w zdumieniu i zabrałeś co twoje. Co niemożliwego chciałeś uczynić możliwym?

– Nie chcę cię jako Wysokiej Kapłanki i sojuszniczki – powiedział Merlin twardym głosem. – Ani nie chcę cię jako służki. Ale czy nie powiedziałem, że cię potrzebuję?

– Do czego?

– Do rządzenia. Chcę, abyś była u mego boku – złagodził swoją surową wcześniej postawę, wyciągając rękę w jej stronę. – Chcę ciebie.

To słowo zabrzmiało jak zaklęcie. Zdumienie wyparło z niej na moment wszystkie inne uczucia. Zamarła bez ruchu. Merlin napawał się przez chwilę tym widokiem.

– Chyba nie jesteś zadowolona – powiedział z lekkim niepokojem. – To naprawdę wszystko czego chcę i co mogę ci dać. Nie możemy żyć osobno, Morgano. Albo razem, albo wcale.

Morgana uśmiechnęła się szeroko, podchodząc pod samo podwyższenie.

– To coś, o czym nie śmiałam marzyć.

Merlin rozsiadł się wygodnie na tronie, patrząc na nią z góry.

– Co, jeśli teraz ja ci nie wierzę? Jesteś zdradliwa, nie zdążyłbym nałożyć na głowę korony, a już miałbym wbity nóż w plecy, po samą rękojeść. A ty nadal rządziłabyś sama, jak zawsze chciałaś. Wielka Morgana Pendragon. Nie jestem zainteresowany zdradą.

Pokręciła głową.

– Nie możesz sądzić, że nie jestem lojalna tylko dlatego, iż nie miałam osoby, wobec której mogłabym być. Powiedziałeś prawdę, Merlinie. Albo razem, albo wcale. Bez ciebie zginę, przepadnę… stracę sens – westchnęła lekko, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi. – Mam wrażenie, że od kiedy tu wszedłeś minęły całe lata. Jakbym stała się inną osobą. Nie wiem, jak jeszcze rano mogłam sobie wyobrażać, że dam radę rządzić sama.

– Mówisz szczerze – powiedział z lekkim zdziwieniem w głosie, przeszywając ją wzrokiem.

– Mogę przysiąc, jeśli chcesz – odparła, jakby zinterpretowała jego wypowiedź jako pytanie.

– O, tak, przysięgniesz – Merlin opadł z powrotem na oparcie tronu.

– Na co? – zapytała ze zrezygnowaniem.

Wyglądała na rozczarowaną, że jej zapewnienie nie wystarczyło. Merlin poczuł się z tym źle.

– Nie chodzi mi o taka przysięgę, o jakiej pomyślałaś – stwierdził uspokajającym głosem. – Przysięgniesz przy wszystkich. Na swoją krew. Potem otrzymasz ode mnie obrączkę. A na samym końcu nałożę na twoja głowę koronę.

Gwałtownie uniosła spuszczoną wcześniej głowę.

– Tak, wiem, to niezbyt romantyczne oświadczyny. Zrobię to jeszcze raz, później – odchylił się w jej stronę z  czarującym uśmiechem. – A teraz proszę, Morgano. Podejdź do mnie. Usiądź obok.

Wyglądała na nieco oszołomioną. Odwzajemniła jego uśmiech, odzyskując część pewności siebie. Zrobiła dwa kroki w prawo, a potem weszła na podwyższenie i stanęła przed tronem, na którym siedziała przedtem. Odwróciła się w stronę sali powoli, chwytając fałdy sukni i usiadła. Zwróciła głowę w stronę Merlina, który patrzył na nią z zadowoleniem. Mężczyzna położył swoją rękę na oparciu i wystawił w jej stronę otwartą dłoń. Morgana przygryzła wargę i splotła ich palce.

CDN

Morgause de Saint

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *