„Clannad”, a właściwie ‚Clannad after story”

Jeśli miałeś kontakt z kilkoma anime zapewne zauważyłeś(aś) pewien czynnik wspólny. Fabuła często prezentuje się następująco: jest chłopak, który jest największym idiotą na świecie, często nawet nieprzystojny, w którym kochają się wszystkie żeńskie postacie. Seria kończy się, albo tym, że wybiera jedną z nich (tę najgorszą), albo tym, że odkrywa, iż jest gejem i wybiera mężczyznę. Obejrzenie kilkunastu animacji tego typu sprawia, że stają się nudne i z czasem zaczynają się mylić. Dziś kilka słów o jednym z tych niewielu wyróżniających się.

Po sześciu latach bycie otaku zaczęło mnie nudzić. Japonię oczywiście nadal kocham i chcę ją odwiedzić, chcę nauczyć się języka japońskiego i kiedy tylko mogę jem pałeczkami, ale to całkowicie inna sprawa. Uznałam to za etap w moim życiu, który się zakończył. Pogodziłam się z myślą, że z tego „wydoroślałam”, że sprzedam moje mangi (uwaga lokowanie produktów – jeszcze tego nie zrobiłam) i pozostawię konwenty jako przyjemne wspomnienie.

Podczas jednej z luźnych rozmów, których jest przecież tak wiele, moja koleżanka opowiedziała mi o anime „Clannad”. Oglądałam je już kiedyś, było to nawet moje pierwsze świadome anime (czyt.: od początku oglądania wiedziałam, że jest to anime). Postanowiłam sprawdzić co sprawiło, że po nim zaczęłam oglądać i 2-3 serie tygodniowo (błagam, nie pytajcie ile to godzin!). Miałam akurat trochę czasu więc włączyłam odc. 1. Nic zaskakującego, a nawet wręcz trochę czegoś odpychającego. Dwoje trzecioklasistów rozmawia przed szkołą o „wspaniałych i szczęśliwych chwilach”, które minęły, ale mogą pojawić się nowe. Nie pamiętam już czy stało się to z przekory czy z nudów, ale obejrzałam jeszcze osiem i … przerwałam. Co prawda Okazaki Tomoya jest dość ciekawym charakterem, a postacie żeńskie przemyślane oraz z oryginalnymi cechami i historiami. Mimo wszystko było to typowe anime opisane powyżej.

Przypomniałam sobie o nim w październiku, gdy księga od historii (tego podręcznika nie da się nazwać „książką”) patrzyła na mnie z wyrzutem na brzegu biurka. Obejrzałam odcinek 10., a następnie, tym razem doskonale pamiętam dlaczego (sytuacja z poprzedniego wersu), jeszcze parę. Doznałam szoku. Chociaż stopniowo, coraz bardziej lubiłam zaprezentowane postacie, przeżywałam owe „chwile” wraz z nimi i martwiłam się o ich dalsze losy. Potem nadszedł sezon drugi o prostej nazwie „Clannad After Story”. Wytłumaczenie Wam dlaczego jest tak wyśmienity byłoby okropnym spoilerem całego pierwszego sezonu, dlatego musicie wierzyć mi na słowo. Wylewa się na nim mnóstwo łez (przyłapałam się na zamartwianiu się o postacie w czasie lekcji), a także zauważa, że ten dziwny robot, który przeplatany jest z historią właściwą ma ogromne znaczenie. W tym momencie chciałabym powiedzieć, że ktoś, kto bez urojenia ani jednej łzy obejrzy to anime będzie potworem, jednakże, jak wspomniałam wcześniej, oglądałam to anime po raz drugi, a za pierwszym razem nie płakałam. Nie jestem pewna czy chodzi o moje inne podejście do życia (minęło sześć lat!), aktualny nastrój, czy jeszcze co innego. Wiem jedno – naprawdę warto je obejrzeć!

Niech dango będzie z Wami!(patrz: ending)

Karolina Nosek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *